. To nie jest wstęp do felietonu Slavoja Žižka czy Rafała Wosia. To początek tekstu opublikowanego na łamach najnowszego kwartalnika "Finanse i Rozwój", wydawanego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Esej "Neoliberalizm. Przeceniony?" autorstwa Jonathana D. Ostry’ego, Prakasha Lounganiego i Davide’a Furceriego należy uznać za przełom. Trzej ekonomiści MFW kreślą w nim krytyczną ocenę koncepcji, która od początku lat 80. była dogmatem światowej ekonomii.
MFW w korespondencji z Dziennikiem Gazetą Prawną zastrzega, że kwartalnik . Ci autorzy to jednak czołowe postaci myśli ekonomicznej, która wychodzi z MFW. Ich tekst jest jednym z najważniejszych głosów w debacie o przyszłości (lub jej braku) neoliberalizmu. Jak komentuje "Financial Times", nawet użycie terminu "neoliberalizm" ma znaczenie i jest w tym przypadku prowokacyjne. Do tej pory był zarezerwowany dla krytyków koncepcji Friedricha Hayeka i Miltona Friedmana. Stosowali go lewicowi publicyści. Gdy ukazał się na łamach "Finansów i Rozwoju", musiał wywołać ferment. Twórczy ferment.
– pyta Dani Rodrik, ekonomista, były pracownik ONZ, w 1990 roku doradca polskiego rządu, a dziś wykładowca na Harvardzie. – pisze na Twitterze ekonomista i antyglobalista Robert Went.
"Financial Times" cytuje wypowiedź jednego z autorów tekstu Jonathna Ostry’ego. Wiceszef departamentu badań MFW przekonuje, że tezy nie są atakiem "na całą neoliberalną agendę czy na konsensus waszyngtoński". Zaraz jednak dodaje, że w ten sposób przygotowano po prostu grunt do szerszej dyskusji o roli neoliberalizmu.
– – dodawał.
Obok tez zawartych w tekście trzech ekonomistów MFW nie sposób przejść obojętnie. – analizują rozwój doktryny autorzy, by natychmiast dodać, że "są jednak aspekty neoliberalnej agendy, które nie zadziałały, jak oczekiwano".
Kontrolowany przepływ kapitału
Co zatem nie zadziałało?
Gdy w 2012 roku negocjowano w Europie pakt fiskalny, takie poglądy uznawano za herezję. Angeli Merkel – perswazją lub szantażem – udało się wówczas przekonać niemal całą Wspólnotę do przyjęcia zasad austerity i dyscypliny fiskalnej (bez tradycyjnie opornych Czech i Wielkiej Brytanii). Przez kolejnych kilka lat doktryna Merkel była obowiązującą religią. Niezależnie od charakteru gospodarki, czy opartej na niemieckim ordo- liberalizmie, czy zbliżonej do modelu anglosaskiego – należy ciąć wydatki, ciąć i jeszcze raz ciąć. Dopiero później zorientowano się, że narzucone przez Berlin zasady na wiele lat pozbawiły Europę (a szczególnie zadłużone i uzależnione głównie od niemieckich pieniędzy pomocowych Południe) wzrostu.
Autorzy opracowania opublikowanego w "Finansach i Rozwoju" nie skupiają się jednak na szczególnym przypadku kryzysu zadłużenia w Europie. Znaczną część swoich rozważań poświęcają swobodzie przepływu kapitału, która ich zdaniem ma "podwójną naturę". Z jednej strony "gospodarki rozwijające się z małą ilością kapitału mogą pożyczać, by finansować inwestycje". Ale jest też druga strona medalu.
By poprzeć swoje tezy, Ostry, Loungani i Furceri powołują się na byłego pierwszego zastępcę dyrektora zarządzającego w MFW, a obecnie wiceprzewodniczącego Rady Prezesów Systemu Rezerwy Federalnej Stanleya Fischera. Wyrażał on podobne wątpliwości. Przypominają, że dziś trendem obowiązującym jest dążenie przez decydentów na całym świecie do zwiększania kontroli nad przepływami kapitału.
Więcej państwa
.
Autorzy stosują dwa argumenty. Zazwyczaj podają je zwolennicy konserwatywnej polityki wobec długu państw, które są obciążone niewielkim ryzykiem popadnięcia w kryzys zadłużenia. Pierwszy: mimo że załamania takie jak w latach 30. czy obecne zdarzają się rzadko, umiarkowane zadłużenie państwa pozwala lepiej przetrwać takie sytuacje (jeśli już do nich dojdzie). Drugi to założenie, że dług jest zły dla wzrostu gospodarczego.
. Autorzy konkludują: koszty polityki austerity nie tylko generują znaczne koszty społeczne, uderzają również w popyt i pogarszają sytuację na rynku pracy.
– konkludują Ostry, Loungani i Furceri. Ich zdaniem o ile bezpośrednie inwestycje zagraniczne dają państwu korzyści, o tyle napływ kapitału krótkoterminowego już niekoniecznie. Nie doceniano również wpływu polityki oszczędności na wzrost bezrobocia. Podobnie zresztą jak niedoszacowany był wpływ otwarcia rynku i cięć budżetowych na pogłębienie nierówności i obniżenie wzrostu gospodarczego. W końcu dodają, że pełna liberalizacja w przepływie kapitału nie zawsze prowadzi do pożądanych rezultatów. Jest ona korzystna tam, gdzie osiągnięto odpowiedni pułap rozwoju instytucjonalnego.
Według Ostry’ego, Lounganiego i Furceriego "politycy powinni być bardziej otwarci na redystrybucję" i zwracać uwagę na "wyrównywanie szans". Na przykład poprzez zwiększenie wydatków na edukację. Dodają, że takie wnioski powinny prowadzić do bardziej zniuansowanego spojrzenia na możliwości zastosowania recept neoliberalnych, a MFW jest w czołówce instytucji, które takiej rewizji dokonują.
Dla poparcia swoich rozważań powołują się na wcześniejsze wypowiedzi głównego ekonomisty MFW Oliviera Blancharda z 2010 roku, wypowiedź szefowej MFW Christine Lagarde z roku 2015, w której poparła decyzję amerykańskiego Kongresu o zwiększeniu pułapu zadłużenia, czy też rekomendacje Funduszu dla strefy euro z ubiegłego roku, w których zaleca się pobudzanie inwestycji poprzez większe zadłużenia w krajach unii walutowej (tych, które mają do tego możliwości fiskalne). Cytują również Josepha Stiglitza, który sukcesu szuka w odpowiednim miksie polityk neoliberalnych i regulacji wprowadzanych przez państwo. – podsumowują. Ich słowa w tym kontekście brzmią bardziej jak deklaracje szefa rządu węgierskiego, który wbrew elitom Unii Europejskiej wprowadził w życie orbanomikę.
Podzielony MFW
Po publikacji tekstu Ostry’ego, Lounganiego i Furceriego lewica uznała, że jest równie ważny, co przedstawiony pod koniec lat 80. przez Johna Williamsona konsensus waszyngtoński. Tak jak kiedyś podstawą działania MFW (m.in. zaleceń dla krajów wychodzących z komunizmu takich jak Polska) były deregulacja, prywatyzacja i dyscyplina finansowa, tak dziś podstawą powinny być zrównoważony wzrost, wyrównywanie szans i redukowanie nierówności. Konserwatyści przekonują z kolei, że dział badań MFW, z którego wywodzą się autorzy, nie jest reprezentatywny dla całej instytucji. Należy wręcz traktować go z przymrużeniem oka. Jako głos w dyskusji nieco ekscentrycznych akademików. Jak przekonuje na łamach "Financial Timesa" Dani Rodrik, operacyjna część MFW, czyli ta, gdzie wszystko się dzieje, gdzie wypracowywane są programy dla poszczególnych państw i gdzie negocjowane są zasady kredytowania – jest bardziej ortodoksyjna.
Z naszych informacji wynika, że po publikacji w Funduszu rzeczywiście doszło do małego zamieszania. Mimo że autorzy chętnie prezentują swoje poglądy jako stanowisko MFW, biuro prasowe organizacji twierdzi, że tak nie jest. Ograniczone są również możliwości przeprowadzenia z nimi rozmowy, gdyż jak przekonywał nas przedstawiciel MFW, . Odesłano nas do wywiadu z głównym ekonomistą Funduszu Maurice’em Obstfeldem (opublikowanym w serwisie internetowym MFW i pełniącym swego rodzaju rolę sprostowania czy też wyjaśnienia do tekstu "Neoliberalizm. Przeceniony?"), w którym ten tłumaczy, że przemyśliwanie na nowo polityki MFW powinno odbywać się w drodze ewolucji, a nie rewolucji (to swoją drogą założenie, że trójka ekonomistów takiej rewolucji chce dokonać). Jego zdaniem MFW bierze udział w międzynarodowej debacie na temat zmian w światowej gospodarce. Tak samo jak bierze pod uwagę wszelkie nowe dane, które mają wpływ na ewolucję myśli ekonomicznej. Ale zaraz dodaje, że ta debata nie zmieniła radykalnie podejścia MFW, którego podstawą jest otwartość i konkurencyjność rynków oraz "silne instytucje i finansowa stabilność". Jedno z pytań do Obsfelda wprost dotyczy tezy, że polityka cięć nie działa, za to pogłębia nierówności.
W odpowiedzi próbuje tłumaczyć, że "artykuł został źle zrozumiany". I nie należy go interpretować jako zmiany stanowiska całej instytucji. W zasadzie cały wywód jest przeprowadzony niemal jako pacyfikowanie rebelii.
Niezależnie jednak od "legalności" poglądów prezentowanych przez Ostry’ego, Lounganiego i Furceriego w MFW doszło do zmiany, która jest nieodwracalna. Jeśli MFW uznać za Kościół, a konsensus waszyngtoński za religię, tezy opublikowane na łamach kwartalnika "Finanse i Rozwój" można określić mianem reformacji. Ich autorzy pełnią rolę Marcina Lutra. Nie są z marginesu debaty. Raczej mnichami augustiańskimi i doktorami teologii. Należą do organizacji, ale kwestionują jej dogmaty. Z korzyścią dla wiedzy i szeroko pojętego ludu.