Dziennik Gazeta Prawana logo

Niewidzialna pięść rynku bije po głowach polskich konsumentów

Cios pięścią w twarz
Konsument kontra niewidzialna pięść/Shutterstock
Po dwudziestu latach transformacji widać, że niewidzialna ręka rynku jest dobra, ale tylko do pewnego stopnia. Można się dzięki niej nieźle dorobić, ale można też dostać od niej nieliche lanie. Tym, który obrywa najczęściej, jest polski konsument.

– usłyszał w słuchawce swojego telefonu komórkowego Ryszard Bugaj. Telefony powtarzały się już od kilku dni. – odpowiadał ekonomista, były poseł Unii Pracy i doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego, po czym wyłączał telefon. Był to ledwie epizod w trwającej od wielu miesięcy epopei. – opowiada nam Bugaj.

Po dwóch latach zgłosiła się do niego kolejna firma windykacyjna – tym razem z Luksemburga – przysyłając list domagający się zapłaty tego samego ubezpieczenia. Oczywiście z odsetkami i już po upływie terminu, który został przedstawiony jako ostateczny. – wspomina Bugaj.

Wtedy zaczął do niego wydzwaniać mężczyzna, który głosem jak z filmów gangsterskich coraz bardziej natarczywie domagał się spłaty długu. Po nim do akcji wkroczył adwokat, informując, że podejmuje kroki przy pomocy komornika. – mówi DGP były poseł.

Historię Ryszarda Bugaja można oczywiście łatwo zbyć jako aberrację z kryminalnego pogranicza. Takich historii jest jednak wiele, nawet wśród ludzi doskonale zorientowanych w meandrach prawa. Zbyt wiele. – opowiada nam Jerzy Stępień, prawnik i były prezes Trybunału Konstytucyjnego. – opowiada. Stępień poinformował o sprawie odpowiednie organy nadzoru bankowego, ale nie opuszczało go poczucie bezradności. On na szczęście się połapał, ale co z milionami Polaków, którzy dysponują dużo mniejszym doświadczeniem prawniczym niż wieloletni sędzia TK?

Potęga ekonomicznej władzy

Zdaniem Ewy Łętowskiej, eksperta od prawa cywilnego, te sprawy nie są odosobnionymi przypadkami. Stoi za nimi pewien głębszy systemowy błąd. I najwyższy czas, by 20 lat po polskiej transformacji zająć się nim na poważnie. – mówi DGP pierwsza polska rzecznik praw obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.

Ta pięść spada właśnie na konsumenta, czyli na każdego z nas. Temat jest na tyle zwyczajny, że przypomina się o nim szerszej publiczności tylko w przypadku dużych spraw, takich jak tegoroczna fala bankructw biur turystycznych czy upadek Amber Gold. Wtedy jednak najczęściej spór (tak jak w przypadku piramidy finansowej z Gdańska) zostaje utopiony w sporze politycznym. Tymczasem kluczem są małe sprawy. Tak jak historia, która przytrafiła się samej Łętowskiej. – mówi nam prawniczka. I chyba każdy z nas mógłby w tym miejscu dopisać podobną opowieść. Czy takich historii musi być aż tak wiele?

Sprawa nie jest oczywiście ani typowo polska, ani nowa. – pisał już w 1941 r. w słynnej „Ucieczce od wolności” filozof Erich Fromm.

Umowy z olbrzymami

Początkowo problem pozostawał w cieniu. Wielkie boje tamtych czasów toczyły się w całym zachodnim świecie raczej na polu praw obywatelskich i zapewnienia jednostce ochrony przed ekscesami władzy politycznej. Powstały więc takie narzędzia jak sądowa kontrola administracji, rozwinęły się sądownictwo konstytucyjne oraz prawa człowieka. Z tego wyrosła możliwość skarżenia się na własną władzę polityczną (albo na opieszałe sądy) np. do Strasburga. A także cała masa procedur, m.in. kodeksy postępowania administracyjnego. – uważa Ewa Łętowska.

Na dodatek sprawy jeszcze bardziej się pogmatwały. Opisywane przez Fromma domy towarowe były sympatycznymi krasnalami w porównaniu z wielkimi, często ponadnarodowymi potężnymi korporacjami. Banki, przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe czy nawet związki sportowe, takie jak UEFA, to niepaństwowe twory gospodarcze, które mają ogromne środki i nie wahają się używać swoich wpływów do kształtowania ram, w których potem działają i zarabiają pieniądze. – wylicza Ewa Łętowska. Nie dość, że giganci są bogaci i potężni, to jeszcze ich pracownicy z zasady nie identyfikują się ze swoją firmą. A call center, do którego możemy się pożalić, jest najczęściej wynajętym zewnętrznym organizmem, tak zbudowanym, by zmęczyć i zniechęcić klienta.

W prawdziwym życiu stosunki z tymi olbrzymami regulowane są przez umowy. Z pozoru trudno o bardziej uczciwy konstrukt: jeden chce kupić, a drugi chce sprzedać. Trzeba więc zostawić ich w spokoju, a na pewno się dogadają. Nie jest to takie proste. – przekonuje większość prawników i ekonomistów. Konsumenta i sprzedającego różni niemal wszystko: siła ekonomiczna, doświadczenie, wiedza i zakres posiadanych informacji. – przekonuje Ewa Łętowska. Przełóżmy to na bliższe współczesnemu człowiekowi dylematy. – mówi nam Ryszard Bugaj.

Spławić sprawę

W połowie XX w. zachodnie społeczeństwa (Niemcy, Wielka Brytania czy USA) zaczęły się orientować, że obywatela trzeba wspierać w jego codziennym boju z władzą ekonomiczną. Od początku wiedziano, że materia jest delikatna, bo nie można zbyt głęboko wkraczać, żeby nie zdusić popytu. W sukurs szła jednak doktryna państwa dobrobytu, w myśl której interesy gospodarki i konsumentów nie muszą się wykluczać. Przeciwnie, im więcej zadowolonych i ufających rynkowi konsumentów, tym większa ich skłonność do kupowania dóbr i usług, czyli więcej oliwy w trybach całego gospodarczego mechanizmu. Polska w tej wczesnej fazie formowania się praw konsumenckich nie mogła uczestniczyć. – tłumaczy Ewa Łętowska, która w latach 70. zajmowała się zachodnimi nowinkami w dziedzinie prawnych zabezpieczeń interesu konsumenta. Jej zdaniem temat nie przebił się do powszechnej świadomości również po przełomie. – wspomina Łętowska.

W efekcie system funkcjonujący w Polsce jest pełen dziur i ułomności. Niektóre zachodnie rozwiązania zostały w Polsce wprowadzone, ale najczęściej działały słabo. – dowodzi Łętowska. Podobnie jest z zasadą przezroczystości transakcji, czyli wymyśloną na Zachodzie praktyką dokładnego informowania klienta o warunkach umowy. W polskiej rzeczywistości ta szczytna zasada została jednak sprowadzona do absurdu. – uważa Bugaj.

Jeszcze większy problem wiąże się z dochodzeniem swoich praw przed sądem. – mówi nam Łętowska. A nawet jeśli postępowanie ruszy, sędziowie, którzy sami są polskimi konsumentami nawykłymi do tego, że jak świat światem klient zbierał baty, nie wykazują się zbyt dużym wyczuleniem na konsumenckie problemy. (instytucja powołana do tego, by służyć konsumentom radą i pomocą prawną – red.)– opowiada Łętowska.

Jak w sztafecie

Jak przeciwdziałać tym wszystkim patologiom i lepiej chronić konsumenta? Intuicyjną odpowiedzią byłoby domaganie się zwiększonej aktywności państwa. I taki trend faktycznie obserwujemy po kryzysie finansowym (który ujawnił wielkie deficyty w systemach obrony konsumenta) w większości krajów Zachodu. To jednak ślepa uliczka. Problem w tym, że polskie instytucje państwowe są dużo mniej wydolne niż niemieckie albo amerykańskie. I dlatego niekoniecznie zmiana przyniosłaby konsumentowi prawdziwą ulgę. – uważa Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. Mało tego, zdaniem Gwiazdowskiego wiele państwowych regulacji jest wręcz częścią problemu. – uważa Gwiazdowski.

Jeśli więc nie państwo, to kto? – wylicza Jerzy Stępień. – zastanawia się Ryszard Bugaj. – przekonuje z kolei Ewa Łętowska. – przekonuje. I wylicza: rzecznicy konsumenta powinni działać procesowo, jeżeli im nie poprzeszkadza sąd. Sądy też powinny mieć w pamięci problematykę ochrony konsumenta jako osoby słabszej. I robić użytek z tego, co już mają w prawie. To wielkie rezerwy. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów musi wyciągnąć wnioski z afery Amber Gold i prześwietlać warunki umów oraz reklamy, pamiętając, że polski konsument jest bardzo łatwowierny i wierzy, że jak coś mieści się w ładnym pałacyku, to jest pewne jak bank. – irytuje się Łętowska.

Alternatywy właściwie nie ma. Owszem, wzmocnienie praw konsumenta kosztuje. Ale kosztuje również konsument słaby, niepewny i zastraszony. On mniej chętnie uczestniczy w oficjalnym życiu gospodarczym, nie ufa nowinkom takim jak e-handel czy bankowość elektroniczna, które dają zachodnim gospodarkom olbrzymie możliwości rozwoju. Taka sytuacja niszczy też zaufanie społeczne i sprawia, że konsument czuje się odarty ze swojej obywatelskości. Zwłaszcza jeśli nikt się za nim nie ujmuje i każdy uważa, że wszystko było w porządku. Nie każdy oszukany ma tyle humoru i dystansu co użytkownik jednego z internetowych forów, który wyznał: .

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Rafał Woś
Rafał Woś
Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” oraz publicystą wydawanego przez NBP „Obserwatora Finansowego”
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraNiewidzialna pięść rynku bije po głowach polskich konsumentów »
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj