Od Portugalii po Łotwę, od Irlandii po Grecję – rządy większości krajów UE radykalnie obniżają wydatki i drenują kieszenie podatników, by zwiększyć budżetowe dochody. Robią wszystko, by zachować zaufanie inwestorów i uniknąć bankructwa, bo utrzymanie korzystnej oceny wiarygodności kredytowej to dla nich absolutny priorytet.

Strategia ta uderza przede wszystkim w ludzi młodych. Bez widoków na stałą pracę, bez szans na kupno mieszkania i założenie rodziny są pierwszym pokoleniem od końca II wojny światowej, które będzie żyło znacznie gorzej niż ich rodzice. A to oznacza wielkie problemy dla gospodarek, bo to konsumpcja urządzających sobie życie młodych ludzi napędzała wzrost PKB.

W tym tygodniu Eurostat opublikował dane o bezrobociu w Unii. Wynika z nich, że kraje, które zostały zmuszone do przeprowadzenia planów oszczędnościowych, poświęciły młode pokolenie. W Hiszpanii przeszło 45 proc. osób w wieku do 25 lat nie ma pracy, w Grecji – 38 proc., w Irlandii – 28 proc. A ci, którzy cudem zdobyli angaż, muszą zadowolić się pensją w wysokości kilkuset euro miesięcznie, krótkoterminowym kontraktem, brakiem zabezpieczeń socjalnych.

Czasy, w których ostatni raz pracowano na takich warunkach, sięgają lat 20. XX, jeszcze przed wprowadzeniem pierwszych zabezpieczeń socjalnych, a czasem nawet epoki kanclerza Bismarcka, który w 1880 r. ustanowił płatne urlopy.

Plaga bezrobocia wśród młodych uderza także z niespotykaną siłą w niektóre z najbogatszych krajów Wspólnoty, które co prawda utrzymały znacznie lepszą kondycję finansów publicznych, ale nie uniknęły stagnacji. W Wielkiej Brytanii i we Włoszech co piąty młody człowiek pozostaje bez pracy, a we Francji – co czwarty.

Na utrzymaniu rodziców

Nie mogąc zapewnić sobie samodzielnego utrzymania, młodzi coraz później wchodzą w dorosłość. Jednym z przykładów są Włochy. Jak wynika z raportu tamtejszego banku centralnego, aż 40 proc. osób w wieku 30 – 39 lat mieszka z rodzicami (w USA 31 proc.). W Londynie mimo spadku zarobków ceny mieszkań w ostatnim roku poszybowały w górę (o 9 proc.), bijąc rekord wszech czasów: 10 tys. euro za metr kwadratowy.

– Zakup mieszkania przestaje być w zasięgu większości młodych ludzi nie tylko dlatego, że albo nie mogą zdobyć pracy, albo jest ona za mało płatna, ale także z powodu zasadniczego zaostrzenia warunków udzielania przez banki kredytów. Przed kryzysem finansowały one często całość zakupu nieruchomości, dziś domagają się przynajmniej 30-proc. wkładu własnego. Młodzi ludzie nie mają takich pieniędzy – mówi „DGP” Cinzia Alcidi z brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS).

Sytuacja ta ma głębokie skutki ekonomiczne. Kupno mieszkania i wyposażenia, podobnie jak innych dóbr trwałych, to jedno z najważniejszych kół zamachowych gospodarki. Daje prace milionom, stanowi potężne źródło podatków i zapewnia szybki wzrost. Bez tego trudno się spodziewać, że kraje zachodnie w przewidywalnej przyszłości powrócą do w miarę przyzwoitego tempa wzrostu gospodarczego. Przeciwnie: pozostając w tyle za dynamicznie rozwijającymi się krajami Azji Południowo-Wschodniej czy Ameryki Łacińskiej, znaczenie gospodarcze Europy będzie stopniowo maleć.

– Ludzie starsi znacznie mniej inwestują w swoich własnych krajach. Oszczędności zwykle lokują w funduszach inwestycyjnych, które z kolei transferują je za granicę, tam, gdzie tempo rozwoju jest najszybsze – tłumaczy nam Anders Aslund z waszyngtońskiego Peterson Institute for International Economics.

Dramatyczne pogorszenie kondycji społecznej młodych prowadzi do zwiększenia szarej strefy, ze szkodą dla starań rządów o zrównoważenie finansów publicznych. Nie mając możliwości znalezienia legalnej posady – bo firmy z powodu stagnacji boją się zwiększać zatrudnienie w obawie przed zbyt sztywnymi przepisami kodeksu pracy – dwudziestolatkowie chwytają się wszelkich sposobów zarobienia pieniędzy. To jednak w przyszłości będzie oznaczać, że pozostaną zdani sami na siebie w razie kłopotów zdrowotnych. A na emeryturę trudno będzie im liczyć.

O wiele szybciej nastąpi jednak inny, fatalny efekt dla społeczeństwa: załamanie demograficzne. Dwudziestolatków nie stać na założenie rodziny. Jak podaje Eurostat, przeciętny wiek urodzenia pierwszego dziecka dochodzi już do 31 lat i stale rośnie. Europejki rodzą także bardzo mało dzieci: wskaźnik dzietności spadł do 1,56. To o wiele mniej (minimum to 2,11), niż potrzeba do zapewnienia odnawialności pokoleń.

– Taka struktura demograficzna jest nie do utrzymania, bo oznacza gwałtowne starzenie się europejskich społeczeństw i stanowi potężną przeszkodę dla przywrócenia dynamicznego tempa wzrostu gospodarczego – mówi „DGP” Fabian Zuleeg z brukselskiego European Policy Centre. Jego zdaniem wyjście z tej sytuacji jest tylko jedno: jeszcze większy napływ imigrantów.


Zanim przyjdzie im łożyć na potomstwo, dzisiejsi dwudziestolatkowie będą musieli się zmierzyć z pilniejszym zadaniem: utrzymaniem rodziców. Kryzys uderzył w najgorszym możliwym momencie. Załamanie gospodarki zbiegło się w czasie z przejściem na emeryturę pierwszych roczników powojennego baby boomu. To oznacza, że coraz mniej liczni młodzi pracownicy będą musieli przez dziesięciolecia dźwigać ciężar utrzymania coraz większej rzeszy emerytów.

Taki ciężar finansowy będzie zbiegał się z i tak ogromnym zadłużeniem państw, które muszą spłacić ci, którzy dopiero wchodzą w wiek dorosły. Od wybuchu kryzysu przeciętne zadłużenie krajów strefy euro skoczyło aż o 20 pkt proc., do blisko 85 proc. PKB. Tak ogromnych zobowiązań państwa zachodniej Europy nie miały od II wojny światowej. Dziś średnio w krajach Unii zobowiązania państwa przypadające na jednego pracownika wynoszą 30 tys. euro i wzrosną w nadchodzących 5 latach do 40 tys. euro. W Stanach Zjednoczonych w tym czasie dług per capita będzie jeszcze większy: prawie 50 tys. euro. 

Większe podatki

Spłata tak ogromnych zobowiązań oznacza dla młodych pracowników jedno: wysokie podatki przez wiele nadchodzących lat. Proces ich podwyższania, przede wszystkim VAT, już się zresztą w wielu krajach europejskich rozpoczął.

Ale to niejedyna międzypokoleniowa różnica w warunkach pracy. CNN w ubiegłym tygodniu opisało przypadek Brittney Winters, absolwentki studiów ekonomicznych na prestiżowym Uniwersytecie Princeton, która po dwóch latach szukania pracy w zawodzie dała za wygraną i zatrudniła się w wypożyczalni filmów. Włoski dziennik „La Republicca” opisuje typowy przypadek 27-letniej absolwentki ekonomii na uniwersytecie w Mediolanie Benedetty Iacchia.

Po ukończeniu studiów udało jej się zdobyć trzy praktyki w działach marketingu: dwie bezpłatne i jedną za 270 euro miesięcznie. O stałym zatrudnieniu przestała marzyć. Matka Benedetty, 57-letnia Patrizia Pieri, nigdy nie musiała pukać do dziesiątek firm w poszukiwaniu zatrudnienia. Po ukończeniu nauki zdobyła stałą pracę w dziale księgowości jednej z wielkich włoskich korporacji. I po blisko 40 latach wciąż się z niej utrzymuje. – To prawda, że powinniśmy odejść i zrobić miejsce młodym. Ale też musimy z czegoś żyć – powiedziała dziennikowi.

W opublikowanym w tym miesiącu liście dotychczasowy i przyszły prezes Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet i Mario Draghi apelują o reformę regulacji rynków pracy. Ich zdaniem sztywne zabezpieczenia powodują, że przedsiębiorcom bardzo trudno zwolnić tych pracowników, którzy mają stały kontrakt. W Hiszpanii ryzykują oni np. wysokie odszkodowania, jeśli poszkodowany pracownik udowodni, że został pozbawiony pracy niesłusznie. Dlatego w kryzysie przedsiębiorcy wolą nie zatrudniać nikogo nowego, a jeśli już zdecydują się na zaangażowanie młodych, to na kilkumiesięcznych kontraktach bez żadnych zabezpieczeń.

– System zabezpieczeń socjalnych i sztywnych regulacji działał, dopóki gospodarka rozwijała się na tyle szybko, że tworzyła nowe miejsca pracy. Wówczas przedsiębiorcy planowali, że będą zatrudniali pracowników na lata i nie przejmowali się przepisami, które utrudniały ich zwolnienie. W sytuacji gdy gospodarki krajów zachodnich drepczą w miejscu, a widmo ponownej recesji jest realne, obecne przepisy tworzą przepaść między tymi, którzy mają etat, i tymi, którzy mogą o nim tylko marzyć – tłumaczy Zuleeg.


To jednak oznacza, że dla wielu młodych ludzi warunki pracy będą coraz bardziej przypominały te, jakie panowały w Europie przed wojną, a dziś są cechą takich krajów, jak Chiny czy Brazylia: brak ograniczeń w długości świadczenia pracy, wymóg dyspozycyjności w święta i na nocną zmianę, ograniczone do minimum urlopy, a nawet wątpliwości co do bezpieczeństwa i higieny pracy.

Przywileje tylko dla starych

Być może tak drastycznego załamania warunków pracy dla młodych dałoby się uniknąć, gdyby ciężar kryzysu po równo rozłożył się na wszystkie aktywne zawodowo pokolenia. Ale na to się nie zanosi. Społeczeństwa zachodniej Europy coraz bardziej się starzeją i średni wiek wyborców w takich krajach, jak Włochy i Hiszpania, przekracza już 45 lat. A to oznacza, że ci, którzy chcą zdobyć władzę, nie mogą proponować zbyt radykalnych zmian uderzających w średnie pokolenie. Inaczej będą mieli przeciw sobie związki zawodowe i przegrają wybory. Dlatego opozycja wobec ekipy Jose Luisa Zapatero w Hiszpanii czy Silvio Berlusconiego we Włoszech wcale nie domaga się radykalnych zmian w regulacjach rynku pracy.

– Taki układ powoduje, że młodzi czują się coraz bardziej wykluczeni ze społeczeństwa nie tylko ekonomicznie, ale też politycznie. Uważają, że żadna z tradycyjnych partii politycznych nie reprezentuje ich interesów. Rodzi to na razie polityczną apatię, ale w przyszłości może okazać się potężną pożywką dla partii populistycznych – uważa Anders Aslund. Taką ocenę potwierdzają trwające od wielu miesięcy demonstracje na madryckim Puerta del Sol i barcelońskiej Ramblas, w Lizbonie i Atenach. A ostatnio także gwałtowne protesty w Londynie i masowe podpalanie samochodów w Berlinie i Hamburgu.

W żadnym z tych krajów młodzi ludzie nie formułują precyzyjnych postulatów politycznych, a tym bardziej nie popierają którejś z opcji politycznych. – Trudno protestować przeciwko tak abstrakcyjnym pojęciom jak redukcja długu publicznego czy ograniczenie sektora publicznego – wskazuje Cinzia Alcidi. To może oznaczać w nadchodzących latach tylko jedno: zapalną sytuację polityczną i stałe ryzyko, że populistyczni liderzy wykorzystają rosnącą frustrację młodych dla zdobycia władzy zgodnie z mechanizmem, który coraz bardziej przypomina ostatnie lata Republiki Weimarskiej w latach 30. XX wieku.

Już teraz zresztą trudna sytuacja młodzieży prowadzi do zaostrzenia konfliktów społecznych na tle rasowym, czego przykładem były ostatnie rozruchy w Londynie. Sytuacja w Wielkiej Brytanii nie jest wyjątkowa. Niedawne zamieszki na przedmieściach francuskich miast także miały rasowe podłoże, podobnie jak rosnące wpływy skrajnej prawicy w wielu krajach Europy – od Austrii po Holandię i Finlandię. W Niemczech kanclerz Angela Merkel na wszelki wypadek zdecydowała się całkowicie zastopować emigrację, przede wszystkim z Turcji.


Nie pomoże emigracja

Niektórzy eksperci uważają, że młodzi po części sami są sobie winni. Zapatrzeni w dostatnie życie rodziców, dziś płacą za lata beztroskiego życia i bujania w edukacyjnych obłokach. – Nigdy nie mieliśmy tak doskonale wykształconej młodzieży – przyznaje Anders Aslund. Problem w tym, że uczelnie produkują magistrów tych kierunków, których w ogóle nie potrzebuje rynek: historii sztuki, archeologii, ale nie fizyki, matematyki czy inżynierii. Dlatego dyplom przestał być w Europie paszportem otwierającym drogę do zatrudniania.

– W 2008 roku pękła bańka na rynku nieruchomości. Teraz nadchodzi moment, w którym pęknie bańka edukacyjna – przewiduje Zuleeg. W czasach prosperity państwo mogło fundować studentom kilka przyjemnych lat życia i rozwoju intelektualnego, nawet jeśli ta wiedza była później słabo przydatna w pracy. Ale ta epoka już się skończyła. We wrześniu przyszłego roku po raz pierwszy brytyjski rząd wprowadzi wysoką (9 tys. funtów) roczną opłatę za studia na uczelniach publicznych. – To w praktyce oznacza, że w przyszłości dzieci mniej zamożnych rodziców nie będą mogły studiować na wybranych kierunkach. Tak jak przed wojną – dyplom nauk podstawowych będzie synonimem luksusu – przewiduje Zuleeg.

Do takiej zmiany rządy krajów europejskich zachęca przykład Niemiec, gdzie udział osób w wieku do 25 lat pozostających bez pracy jest wciąż bardzo niski (7,9 proc.). Poza w miarę prężną gospodarką jednym z zasadniczych powodów jest system rozbudowanego szkolnictwa zawodowego i technicznego, który tradycjami sięga epoki Bismarcka. Absolwenci takich szkół średnich nie mają dziś kłopotów ze znalezieniem zatrudnienia.

W sytuacji gdy nawet solidne wykształcenie nie daje perspektyw na dobrą pracę, coraz bardziej zdesperowani młodzi nie widzą miejsca we własnym kraju i decydują się na emigrację. W Hiszpanii w ciągu ostatniego roku czterokrotnie zwiększyła się liczba słuchaczy kursów niemieckiego, bo tak jak w latach 60. Republika Federalna ponownie stała się symbolem eldorado. Młodzi Grecy zaczęli z kolei masowo pojawiać się w Wielkiej Brytanii, nierzadko stanowią konkurencję dla Polaków. Jednak taka ucieczka przed trudną rzeczywistością coraz częściej okazuje się ułudna. W globalnej gospodarce kryzys bije we wszystkich.