Inne / PIOTR POLAK
Reklama

Rząd powinien się zdecydować na cięcia i radykalną naprawę finansów publicznych. Inaczej grozi nam los Grecji. Tymczasem planowane przez gabinet Tuska działania są absolutnie niewystarczające - uważają liczni ekonomiści.

Rząd przestraszył się wzrostu deficytu i długu publicznego. Zastanawia się nad znaczącym ograniczeniem wydatków większym niż, wynikałoby z reguły wydatkowej - ustalił „DGP”. Przewiduje ona, że tzw. wydatki elastyczne nie mogą rosnąć szybciej niż 1 proc ponad inflację, czyli w przyszłym roku nie mogłyby wzrosnąć ponad 3,3 proc.

W resorcie finansów trwają prace nad projektem budżetu na przyszły rok, przeglądane są wydatki i sprawdzana możliwość cięć. Budżet ma mieć założenia konserwatywne, czyli ma dawać margines bezpieczeństwa na wypadek realizacji pesymistycznego scenariusza. Tak została założona prognoza wzrostu - 3,5 proc PKB, choć w programie konsolidacji założył, że będzie to 4,5 proc. Przyjęto założenia konserwatywne , bo podoba się to rynkom finansowym i daje poczucie bezpieczeństwa. - Lepiej nie być skazanym na ostre cięcia w razie czego - mówi osoba z resortu finansów.

Ale zdaniem ekonomistów i tak bez ostrych cięć się nie obejdzie. - Bez nich nie da się obniżyć deficytu, który wynosi 100 mld zł, a przyjęty pakiet działań nie generuje oszczędności. Trzeba spojrzeć na Wielką Brytanię, Niemcy, gdzie cięcia wydatków dotyczą miliardów euro - mówi Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP.

By zmniejszyć deficyt do wymaganych przez Unię 3 proc. w 2012 roku, potrzebne są oszczędności lub dodatkowe dochody na kwotę 60-70 mld zł. Można to zrobić ograniczając wydatki, podnosząc podatki lub uzyskując te pieniądze dzięki zwiększającym się z powodu rosnące wzrostu PKB dochodom.

Czytaj dalej...



Rząd założył, że ograniczenie wzrostu wydatków za pomocą reguły budżetowej i szybszy wzrost doprowadzą do zmniejszenia deficytu. Ekonomiści obawiają się jednak, że wzrost nie okaże się tak wysoki a zmiany możliwe do przeprowadzenie w trakcie kolejnych kampanii wyborczych.

Wtedy w roku 2012 deficyt sektora finansów publicznych będzie zamiast 3 proc PKB w okolicach 5 proc., czyli o 30 mld większy. A dług może przekroczyć nawet 60 proc. Wówczas mielibyśmy z budżetowym kataklizmem, gdyż według prawa rząd musi przygotować kolejny budżet już bez deficytu, a więc nagle ciąć wydatki aż o 52 mld zł.

- W chwili, gdy politycy powinni obiecać krew pot i łzy, obiecują podwyżki dla nauczycieli, ulgi dla studentów i nie ruszanie wieku emerytalnego. Tak się nie da. Kiedyś mieliśmy być drugą Japonią potem drugą Irlandią, ale teraz grozi nam, że będziemy drugą Grecją- mówi prof. Robert Gwiazdowski z Centrum im Adama Smitha.

Rząd mógłby już teraz zdecydować się na dużo bardziej radykalne kroki. Jakub Borowski , główny ekonomista InwestBanku, proponuje, m.in. zmniejszenie zasiłków chorobowych, które wynoszą 80 proc. wynagrodzenia. Obecnie FUS wypłaca na ten cel 6 mld zł. Kolejne pozycje to zasiłki pogrzebowe, które waloryzowane są o wskaźnik wzrostu wynagrodzeń a nie inflację, gdyby to zmienić pojawią się koleje oszczędności. Z 2 mld zasiłków wypłacanych przez FUS można oszczędzić 0,5 mld.

Ale największe oszczędności powinno dać okrojenie dużych pozycji w budżecie. wynagrodzenia w administracji to 26 mld złotych, zdaniem ekonomisty powinno nastąpić zamrożenie wysokości wynagrodzeń i redukcja zatrudnienia. Tak robią Grecja Hiszpania czy nawet Francja, która zapowiedział redukcję liczby urzędników docelowo aż o 100 tys. Kolejna propozycja to rezygnacja ze sztywnych wydatków na wojsko. Ustawa o modernizacji sił zbrojnych przewiduje, że będzie to 1,95 PKB.

Czytaj dalej...



- Polska doszła do ściany. I musi dojść do redukcji wydatków, chyba, że ktoś chce podnosić podatki. Bo oczywiście można też podnieść podatki tak, by uzyskać w ten sposób 2 proc PKB około 30 mld zł, ale to nie zwiększy konkurencyjności Polski - mówi Borowski. Taki ruch zwiększy tylko udział wydatków publicznych w PKB. W Polsce jest on wysoki i wynosi około 40 proc. PKB . W krajach na podobnym poziomie rozwoju z którymi konkurujemy jest niższy. Na Słowacji wynosi 32, 5 kraje bałtyckie 36 proc. Hiszpania 37 proc Irlandia 34,9 proc.

Simon Tilford, główny ekonomista z Center for European Reform, przestrzega jednak przed radykalnymi cięciami. - Nie spodziewam się, by rząd się na nie zdecydował, bo w ten sposób spowolniłby wzrost gospodarczy. A w Polsce na razie nie ma potrzeby szybkich cięć, bo nie ma ani problemów z wiarygodnością, ani nie jest niebezpiecznie zadłużona - powiedział nam Simon Tilford.

Reklama

Takie opinie to miód na serca Tuska i Rostowskiego. Zdają sobie sprawę, że radykalne kroki mogłyby zaszkodzić PO w jesiennych wyborach samorządowych i przyszłorocznych parlamentarnych.