Prace nad zmianą ustawy o sprzedaży gruntów rolnych owiane są największą tajemnicą. Ale najbardziej ciekawe pomysły wyciekają z urzędu. I tak właśnie okazało się, że resort chce, by
właściciel ziemi rolnej musiał wypasać na niej bydło! Ale żeby za prosto nie było - musi być to - uwaga! - co najmniej 0,4 zwierzaka na hektar. Czyli mając 2,5 hektara, wystarczy dokupić
jedną krowę za kilkaset złotych. I można bez przeszkód stać się obszarnikiem.
Skąd to całe zamieszanie? Ano stąd, że odkąd weszliśmy do Unii, ta płaci nam za to, że mamy ziemię rolną. Dopłaty sięgają od 80 do 200 euro za hektar (ok. 320-800 zł). Poza tym ziemia
rolna to świetna lokata kapitału. Bo w Polsce grunty są najtańsze w Europie. A jak przewidują eksperci, będą drożeć co roku o 15-20 proc. Kto może, kupuje więc pola. A statystyki
wykazują, że zwykle są to bogaci mieszczanie, którzy potem nic na nich nie robią, czekając na łatwy zysk po sprzedaży.
Ministerstwo Rolnictwa nakazało więc najpierw, że do kupienia ziemi rolnej trzeba mieć uprawnienia rolnicze. Ale odpowiedni kurs każdy może zrobić w kilka miesięcy, więc niczego to nie
zmieniło. Kolejny, że pole należy kosić co najmniej raz w roku, też nie pomógł, bo przecież wystarczy wynająć kogoś do koszenia.
Niedawno była więc propozycja, by na wsi mieć meldunek - i to od co najmniej 5 lat. Ale nim weszła w życie, już jest następna. Pytanie tylko, kto zawaha się przed wydaniem na jedno zwierzę
hodowlane kilkuset złotych, jeśli ma do zarobienia przez kilka najbliższych lat grube tysiące na samym tylko kupnie i sprzedaży gruntów rolniczych?