Widzę ogromną zmianę stylu, co jest dobrze odbierane przez opinię publiczną. A to dowód, że Polakom nie podoba się wykorzystywanie i tworzenie podziałów społecznych do utrzymywania się
przy władzy i tworzenie w tym celu wyimaginowanych wrogów zewnętrznych i wewnętrznych.
Nadchodzi decydujący test dla rządu. Oczekuję przyśpieszenia działań w sferze prywatyzacji, deregulacji, załatwienia sprawy przywilejów emerytalnych, naprawy finansów naszego państwa.
Tak się składa, że znam od lat i cenię zarówno Stanisława Gomułkę, jak i ministra Jacka Rostowskiego – obaj są świetnymi ekonomistami. Nie przesądzałbym więc, że odejście
Stanisława Gomułki zniweczy plan reform. Wiceminister zasygnalizował pewien problem, jednak przede wszystkim kształt budżetu pokaże, czy miał rację.
To, czy prof. Gomułka ma rację, pokażą najbliższe miesiące. Po pierwsze, zobaczymy, czy parlament przyjmie ustawę o wcześniejszych emeryturach. Po drugie, dużo powie projekt przyszłego
budżetu. Nie chce dołączać do głosów pospiesznej krytyki – chcę poczekać na konkrety. Ale będę zdziwiony, jeżeli budżet będzie odbiegał od założeń programu konwergencji.
Byłbym zdziwiony znacznym wzrostem wydatków państwa i nie zrealizowaniem planów prywatyzacji. To by oznaczało, że przedsiębiorstwa dalej zostaną w rękach państwa pod kontrolą polityczną.
A prowadzi to do takich absurdów, że w Polsce zaczyna brakować węgla. Opanowane przez związki zawodowe państwowe spółki węglowe nie są w stanie zapewnić wydobycia na odpowiednim poziomie.
To tak jak w dowcipie, że gdyby socjalizm wprowadzić na Saharze, wkrótce zabrakłoby piasku. Pojawia się też problem, czy energetyka – dotąd głównie państwowa – zapewni
Polsce dostateczne dostawy energii elektrycznej.
To kwestia techniczna – po pierwsze potrzebna jest determinacja nie tylko Ministerstwa Finansów, ale także całego rządu i układu politycznego. Wkrótce okaże się, czy tak w istocie
jest.
Z tym pierwszym na pewno mogę się zgodzić. W Polsce, w porównaniu do reszty Europy, wyjątkowo mało ludzi pracuje w tzw. sferze rejestrowanej. To tylko 57 proc. ogółu wszystkich w wieku
produkcyjnym. Krótko mówiąc – każdy pracujący Polak ma na utrzymaniu prawie jednego niepracującego. Z tego są wysokie podatki – a te największe i najuciążliwsze wcale
nie nazywają się podatkami, ale składkami na ZUS, służbę zdrowia.
Na tle Europy, w Polsce dużo wcześniej przechodzi się na emeryturę. Jednocześnie – z czego akurat należy się cieszyć – ludzie coraz dłużej żyją. Co więcej, kobiety,
które statystycznie żyją dłużej, mają prawo przejść na emeryturę już w wieku 55 lat. Ten problem miała rozwiązać reforma emerytalna. Zgodnie z jej założeniami im dłużej pracujesz,
tym wyższą masz emeryturę. Jednak reforma nie została jeszcze zakończona i wciąż ponad milion pracujących posiada przywileje emerytalne. One pozwalają przejść wcześniej na emeryturę bez
straty w dochodach, a to zniechęca ludzi do dłuższej pracy. Roczne koszty tych przywilejów dla państwa wynoszą 30 miliardów złotych. To sprzeczne z logiką ekonomiczną, społeczną i
moralną. Żaden kraj w Europie nie boryka się z takim problemem.
Należy reformę emerytalną dokończyć i zlikwidować wiele z tych przywilejów. Niestety poprzednie rządy nie wywiązały się z tego zadania. Obecnie Ministerstwo Pracy przedstawiło projekt,
który wprawdzie zostawia część przywilejów emerytalnych, ale jednocześnie przewiduje, że dodatkowe 700 tys. miejsc pracy przejdzie do normalnego systemu emerytalnego. Dokończenie tej reformy
będzie jednym z głównych testów wiarygodności dla obecnej ekipy.
Bo usunięcie tych przywilejów jest jednym z głównych punktów programu gospodarczego rządu, między innymi programu konwergencji. To pakiet reform, które mają przybliżyć nas do unijnych
standardów zdrowej gospodarki i przy tym spełnić warunki potrzebne do wprowadzenia Euro. Jeżeli uda nam się zwiększyć liczbę zarejestrowanych pracujących do poziomu unijnego, czyli o 10
punktów proc., to da to wymierne korzyści budżetowi i może w perspektywie doprowadzić do kolejnej obniżki podatków. Poza tym, dzięki zwiększaniu zatrudnienia, wzrost naszej gospodarki
mógłby być nawet o 1,5 punkta procentowego wyższy.
Proszę nie używać słowa protesty społeczne, bo sugeruje pan, że całe społeczeństwo sprzeciwia się tym zmianom. A protestować będą jedynie uprzywilejowane grupy. Byłbym bardzo zdziwiony,
gdyby rząd wycofał się z tej reformy i uległ protestom. Mam nadzieję, że to zrozumienie będzie dominować we wszystkich partiach politycznych.
Tu też potrzebne są działania we wszystkich resortach, które wydają – nasze przecież – pieniądze.
Obniżenie podatków, które przegłosowano w poprzedniej kadencji to krok pozytywny. Jednak – podobnie jak ulgi prorodzinne i obniżenie kosztów pracy – w krótkim czasie
niższe podatki obniżą wpływy do budżetu. Ciężko mi zachwalać reformę podatków, bo sam jestem współautorem tego pomysłu jeszcze za czasów rządów AWS-UW. Niestety wtedy Aleksander
Kwaśniewski zawetował zmiany.
Zawsze się cieszę i chwalę moich wcześniejszych oponentów, gdy realizują projekty, w które wierzę. Podobnie cieszyłem się, gdy premier Miller wprowadził podatek liniowy dla osób
pracujących na własny rachunek, chociaż kiedyś był tego przeciwnikiem. Co do dwóch stawek PIT-u, to szkoda, że była to jedna z niewielu reform gospodarczych, jakie przeprowadziła partia
Jarosława Kaczyńskiego.
Na pewno nie można podnosić innych podatków. Trzeba sprawić, żeby więcej osób pracowało, a do tego potrzebne jest usunięcie przywilejów emerytalnych. Poza tym bardzo uważnie trzeba się
przyjrzeć stronie wydatków. I nie mówię o jakichś spektakularnych cięcia, ale o wprowadzeniu mechanizmu, który sprawi, że wydatki będą rosły wolniej niż gospodarka. Niestety w ciągu
ostatnich dwóch i pół roku było dokładnie na odwrót. Musimy więc oszczędniej dysponować pieniędzmi publicznymi, czyli naszymi.
Na pewno można przyjrzeć się wydatkom na administrację oraz wziąć pod lupę jej liczebność. Ponadto w sektorze publicznym nie ma miejsca na tak gwałtowny wzrost płac, jaki miał miejsce w
ciągu ostatnich 2 lat. Nie można się poddawać krzykom, że wszędzie brakuje pieniędzy, jak ma to miejsce np. w przypadku służby zdrowia. Najczęściej ci, którzy domagają się coraz więcej
pieniędzy, najbardziej je marnują.
I słusznie, bo nie można ulegać naciskom. Jednak marszałek Dorn reprezentuje jednocześnie partię, która tumani Polaków w kwestiach prywatyzacji szpitali twierdząc, że to zaszkodzi
pacjentom. Tymczasem już teraz mamy wiele prywatnych szpitali, które działają na zasadach kontraktu z NFZ. Pacjenci leczą się tam bez dodatkowych opłat, a placówki są lepiej zarządzane, nie
zadłużają się.
Niesłusznie, bo przekazanie szpitali powinno być wstępem do przekazania w prywatne ręce. Państwowe szpitale nie mają oporów przed zaciąganiem kolejnych długów, bo wiedzą, że zawsze
państwo może je poratować. Frajerami są placówki, które nie zaciągają długów.