Przeciętne oprocentowanie depozytów jest w Polsce niższe nawet niż w niektórych krajach strefy euro – wynika z danych Europejskiego Banku Centralnego. W czerwcu średnie oprocentowanie depozytów terminowych dla gospodarstw domowych wynosiło u nas 0,45 proc. Większe było nie tylko w posługujących się walutami narodowymi krajach, jak Węgry (0,53 proc.), Wielka Brytania (0,69 proc.) czy Rumunia (1,7 proc. – najwięcej w krajach UE), ale także w państwach unii walutowej, jak Włochy (0,64 proc.), Francja (0,81 proc.) czy Holandia (1,06 proc.).

Reklama

Podobnie było w odniesieniu do depozytów firmowych. U nas średnia w czerwcu wyniosła niespełna 0,1 proc. W ośmiu unijnych krajach była wyższa. Najwięcej dawały zarobić lokaty terminowe firm w Rumunii – 1,93 proc. Równocześnie w 12 krajach oprocentowanie depozytów przedsiębiorstw było ujemne. Banki z Danii za możliwość ulokowania tam środków kazały sobie dopłacać 0,48 proc. w skali roku. Jeszcze w końcu 2019 r. pod względem przeciętnego oprocentowania Polska była na trzecim miejscu w UE w odniesieniu do depozytów terminowych gospodarstw domowych i na drugim w lokatach firm.

Obrona wyniku

Zmianę przyniosły obniżki oficjalnych stóp procentowych dokonane po wybuchu pandemii przez Radę Polityki Pieniężnej. Najważniejsza stopa Narodowego Banku Polskiego, która jeszcze na początku marca (nieruszana przez pięć lat) wynosiła 1,5 proc., pod koniec kwietnia skurczyła się do 0,1 proc. Redukcja stóp oficjalnych wymusiła na bankach dostosowanie po stronie depozytów. W kredytach część zmian odbywa się automatycznie – oprocentowanie jest uzależnione od stawek rynkowych WIBOR, które reagują natychmiast po decyzjach RPP, lub (najczęściej w przypadku kredytów konsumpcyjnych) od limitu wynikającego z tzw. przepisów antylichwiarskich, który zmienia się razem ze stopami NBP.

W depozytach instytucje finansowe mają większą swobodę. Ale w efekcie to właśnie te stawki w największym stopniu decydują o poziomie wyniku odsetkowego – najważniejszej części dochodów banków. Jak wynika z danych NBP, w I kw. krajowe banki zarobiły na odsetkach 12,8 mld zł. W kolejnych trzech miesiącach była to już kwota o 1 mld mniejsza. Zysk netto sektora w II kw. wyniósł 2,6 mld zł, o ponad dwie piąte mniej niż w podobnym okresie 2019 r.

Jak wyglądało cięcie oprocentowania? W niektórych bankach (dotyczy to zwłaszcza czołowych instytucji, które liczą, że klienci nie będą skłonni przenosić się do konkurencji) oprocentowanie depozytów – nawet rocznych albo dwuletnich – spadło do przedziału 0,01–0,05 proc. Wyższe jest przede wszystkim w małych bankach, które muszą zdobyć się na większy wysiłek, by przyciągnąć środki. Niskie oprocentowanie depozytów bankowcy uzasadniają obciążeniami regulacyjnymi nakładanymi na sektor, jak opłaty na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a przede wszystkim podatek od instytucji finansowych. Z punktu widzenia instytucji finansowych podraża on koszt depozytu o 0,44 proc. w skali roku.

Sprzedaż maleje

Skutkiem zmian jest zauważalny w skali całego sektora odpływ środków z depozytów terminowych, rekompensowany napływem na rachunki bieżące (zwykle z zerowym oprocentowaniem). Według danych banku centralnego wartość lokat terminowych klientów indywidualnych była w końcu lipca o 57,7 mld zł mniejsza niż w grudniu 2019 r. Depozyty bieżące tej grupy klientów urosły w tym czasie o 118,3 mld zł. Dane Europejskiego Banku Centralnego pokazują spadek zainteresowania depozytami terminowymi z innej perspektywy. W ubiegłym roku – już dość słabym pod względem popularności tego typu lokat – klienci indywidualni przynosili do banków średnio 45 mld zł miesięcznie. W maju tego roku było to 23,5 mld zł, a w czerwcu nieco ponad 25 mld zł.

W firmach średnia miesięczna sprzedaż depozytów terminowych wynosiła w 2019 r. prawie 76 mld zł. W maju tego roku spadła poniżej 52 mld zł, a w czerwcu niewiele przekraczała 35 mld zł. Statystyki na temat sprzedaży depozytów nie rozróżniają ich terminów zapadalności, do jednego worka wrzucając lokaty jednodniowe i trzymiesięczne. Rzucają jednak światło na popularność innych form oszczędzania, jak skarbowe obligacje oszczędnościowe. Według Ministerstwa Finansów w lipcu ich sprzedaż wyniosła prawie 2,4 mld zł. Odpowiadała więc ok. 1/10 wartości zawieranych w ostatnim czasie depozytów terminowych ludności.

Słabiej w kredytach

Pod względem oprocentowania kredytów polskie banki są bliżej europejskiego topu niż w depozytach. Najdroższe hipoteki są tam, gdzie nie ma euro. W Rumunii przeciętna stawka w czerwcu przekraczała 5 proc., na Węgrzech wynosiła 4,6 proc. i w porównaniu z końcem 2019 r. lekko wzrosła. W Polsce nastąpił spadek oprocentowania, ale odpowiadał on tylko połowie cięcia stóp dokonanego przez RPP. Oznacza to, że marże w kredytach hipotecznych poszły wyraźnie w górę. To efekt chęci poprawienia sobie przez banki wyniku odsetkowego, ale także wzrostu ryzyka, że klienci, którzy biorą kredyt w czasie koronakryzysu, nie będą w stanie poradzić sobie z terminową obsługą zobowiązań.

Spadki sprzedaży, choć mniejsze niż w przypadku lokat terminowych, widać również w kredytach. Po załamaniu z początku wiosny z każdym kolejnym miesiącem normalizuje się sytuacja w kredytach konsumpcyjnych. W lipcu udzielono ich co prawda o 28 proc. mniej, ale w kwietniu i maju spadki wynosiły 45–60 proc. Równocześnie w lipcu sprzedaż pierwszy raz od lutego przekroczyła 5 mld zł. W hipotekach lipcowy wynik był o 12 proc. słabszy niż rok wcześniej, a w kredytach dla firm – o 10 proc.

W ostatnim czasie szczególne zainteresowanie budzą kredyty dla przedsiębiorców indywidualnych. Ta grupa klientów jest w największym stopniu narażona na zakręcenie kurka z finansowaniem bankowym. Na razie obawy o dostępność kredytów się potwierdzają. Jak podało wczoraj Biuro Informacji Kredytowej, w lipcu banki udzieliły mikrofirmom o 37 proc. mniej pożyczek niż rok wcześniej. W ujęciu wartościowym sprzedaż spadła o 27 proc., do 1,3 mld zł. W pierwszych siedmiu miesiącach liczba udzielonych kredytów była o niemal jedną trzecią mniejsza niż rok wcześniej, a wartość – o 31 proc. Od stycznia do lipca najmniejsze firmy zdołały pożyczyć w bankach 9,2 mld zł. ©℗

Poprawa nastrojów

Reklama

Pengab, indeks koniunktury bankowej, w sierpniu pierwszy raz od pięciu miesięcy był na plusie – wynika z badania firmy Kantar prowadzonego wśród szefów placówek bankowych. Po wzroście o 7,1 pkt. wskaźnik znalazł się na poziomie 4,1 pkt.

Wskaźnik powstał jeszcze w latach 90. Do momentu wybuchu pandemii koronawirusa w całej historii utrzymywał się na plusie – nawet w czasie takich zawirowań, jak globalny kryzys finansowy, który wybuchł pod koniec ubiegłej dekady. Obecny kryzys ponad połowa ankietowanych bankowców ocenia jako silniejszy niż ten sprzed ponad 10 lat. Niemal co trzeci pytany mówi, że jest on „zdecydowanie silniejszy”. Jakie zagrożenia dla rozwoju gospodarki widzą bankowcy? Najczęściej wybierana odpowiedź (26 proc. wskazań) to wzrost inflacji. Na drugim miejscu (19 proc.) znalazł się wzrost długu publicznego, a na kolejnych zagrożenie bezrobociem (16 proc.) i słabość inwestycji (15 proc. ankietowanych).