Rozmowa z dr. hab. Krzysztofem Koźmińskim, prezesem Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki, adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego

Reklama

Czy posiadając umowę na kredyt we frankach z klauzulą wymiany waluty, można z pełnym przekonaniem liczyć na to, że da się ją w sądzie unieważnić lub zamienić na kredyt w złotych z oprocentowaniem dla franka – czyli przerzucić na bank stratę związaną z osłabieniem złotego w stosunku do franka?

Zanim odpowiem na zadane pytanie – rozpocznę od istotnej deklaracji. Nie jestem aktualnie ani nie byłem w przeszłości kredytobiorcą spłacającym zobowiązanie wynikające z kredytu waloryzowanego do kursu waluty obcej, nigdy nie zaciągałem też bankowego kredytu złotowego na zakup nieruchomości. Nie świadczyłem pomocy prawnej na rzecz kredytobiorców, nie obsługiwałem oraz nie obsługuję podmiotów z sektora bankowego. Podzielam natomiast pogląd, zgodnie z którym uczciwa dyskusja na temat sporów sądowych dotyczących spraw kredytowych powinna uwzględniać pytania o interesy osób w nią zaangażowanych. Czy wszyscy jej uczestnicy – np. prawnicy zachęcający do inicjowania sporów sądowych przeciw bankom – mogą to o sobie powiedzieć?

Przechodząc do pytania – każdy proces to długa i wymagająca droga, niekoniecznie zakończona sukcesem. Choć wizja taka kłóci się ze współczesnym wyobrażeniem porządku prawnego w demokratycznym państwie prawnym (jako przewidywalnego i racjonalnego, gwarantującego skuteczne dochodzenie jednoznacznie określonych oraz konsekwentnie egzekwowanych praw i wolności), jest w praktyce piękną ułudą. Widać to doskonale na gruncie procesów sądowych, aktualnie zwłaszcza spraw dotyczących sporów „frankowych”. Przeprowadziliśmy na ten temat, wspólnie z dr. Michałem Jabłońskim, wnikliwe badania orzecznictwa (na podstawie analizy ponad 500 orzeczeń sądowych z całej Polski, w większości nieznanych szerzej opinii publicznej, zdobytych przez nas dzięki wykorzystaniu ustawy o dostępie do informacji publicznej), ich efektem była książka „Bankowe kredyty waloryzowane do kursu walut obcych w orzecznictwie sądowym” wydana w 2018 r. Udowodniliśmy wówczas, że w tych sprawach – wbrew kreowanej w mediach narracji oraz „życzeniowemu myśleniu” niektórych kredytobiorców – nie ma automatyzmu.

Co to oznacza w praktyce?

Że – nawet jeśli w analogicznej sprawie sąsiada (kredytobiorcy, który zaciągnął kredyt frankowy na zakup nieruchomości w tym samym banku, zbliżonym czasie, podobna była kwota i warunki realizacji umowy) – jedna sprawa kończy się orzeczeniem korzystnym dla kredytobiorcy, następna prowadzona jest zupełnie autonomicznie i nawet ten sam skład sądowy potrafi wydać orzeczenie o odmiennej treści. Przyczyn tej sytuacji jest wiele, m.in. bogactwo stanów prawnych (liczne banki stosowały różne wzorce, umowy były zawierane pod rządami zmieniającego się stanu prawnego), a także odmienność statusu faktycznego konsumentów. A proszę pamiętać, że – w świetle obowiązującego prawa – ocena abuzywności postanowień umownych jest zawsze kwestią weryfikacji niepowtarzalnych okoliczności indywidualnego, konkretnego przypadku. To jedna z przyczyn, dla których wątpię w powstanie jakiejkolwiek jednej, uniwersalnej linii orzeczniczej w tych sprawach.

Faktem jest, że w ostatnim czasie, zapewne pod wpływem wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie C-260/18 (Kamil Dziubak i Justyna Dziubak przeciwko Raiffeisen Bank International AG), media coraz częściej informują o korzystnych dla kredytobiorców rozstrzygnięciach sądowych – nie oznacza to jednak, że tylko takie się zdarzają. Tytułem przykładu: w grudniu zeszłego roku, a zatem już po wyroku prejudycjalnym TSUE, widziałem kilka artykułów o rzekomo sensacyjnej przegranej „znanej polskiej frankowiczki”.

Podejmując decyzję o zainicjowaniu sporu sądowego, kredytobiorca powinien dokonać bilansu potencjalnego zysku i ewentualnych strat: pierwszym jest szansa zwrotu/redukcji części swoich świadczeń, do drugich zaliczyć trzeba prawdopodobieństwo porażki, dodatkowe wydatki (koszty procesu, wynagrodzenie prawnika) oraz poświęcony na sprawę czas.

Jeśli sąd uzna klauzulę dotyczącą wymiany walut za abuzywną, to jakie to ma konsekwencje dla ważności bądź nieważności umowy?

Przypomnijmy rzecz podstawową: uznanie postanowienia umownego za niedozwolone (abuzywne) w danym stosunku kontraktowym nie kończy sprawy. Innymi słowy: nie jest tak, że sam fakt uznania postanowienia umownego za niedozwolone powoduje automatyczne uwzględnienie roszczenia kredytobiorcy i przegraną banku. Nie jest w końcu również prawdą – co wynika z niektórych komentarzy formułowanych wokół orzeczenia w sprawie C-260/18 – iż abuzywność musi pociągać za sobą upadek umowy kredytowej.

Jest dokładnie odwrotnie: w sytuacji takiej należy rozważyć, czy możliwe jest utrzymanie w mocy stosunku prawnego, łączącego bank i kredytobiorcę. Choć definitywny upadek umowy (stwierdzenie nieważności stosunku zobowiązaniowego) jest jedną z potencjalnych konsekwencji, możliwe są też rozwiązania alternatywne, włącznie z zastosowaniem obowiązującego przepisu o charakterze dyspozytywnym (który znajdzie zastosowanie do wypełnienia luki w umowie), a nawet oświadczenia konsumenta, wyrażającego zgodę na dalsze realizowanie umowy, zawierającej postanowienia abuzywne – sytuację taką wyraźnie dopuszcza prawo unijne i TSUE.

Podkreślić trzeba, że upadek umowy jest i powinien być najbardziej radykalną, ostateczną sankcją wobec stosunku prawnego, którego „nie da się uratować”. Pamiętajmy, że – poza dążeniem do eliminacji postanowień niedozwolonych z obrotu konsumenckiego – nie powinniśmy ignorować zasad trwałości stosunku kontraktowego, równowagi kontraktowej i swobody umów (kredytobiorca i kredytodawca zgodzili się na określoną treść umowy, zasadniczo tylko oni są jej „gospodarzami”, a ingerowanie w ich relacje kontraktowe przez władzę publiczną nie może być nadmierne).

Czy wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie w sprawie państwa Dziubaków jest dla nich jednoznacznie korzystny, jak mogłoby się wydawać po początkowych doniesieniach medialnych?

W tej sprawie mamy co najmniej kilka paradoksów. Po pierwsze: dzięki wyrokowi polskiego sądu okazało się, że orzeczenie TSUE w sprawie C-260/18 nie jest tak jednoznaczne, jak mogło się to wydawać, i jego aplikacja przez sędziego krajowego, autora pytań prejudycjalnych wywołuje kontrowersje. Po drugie: pojawiły się wątpliwości, czy sprawa, która miała stać się wzorcem dla tysięcy innych postępowań sądowych, rzeczywiście taki status uzyska. W końcu – jak wynika z licznych komentarzy samych zainteresowanych – „sędzia-bohater” szybko roztrwonił swoją popularność na skutek stosowania „niewłaściwej” teorii salda... Choć orzeczenie to stanowić miało zwieńczenie „precedensowej” (bo pierwszej polskiej sprawy frankowej, w której wypowiedział się TSUE), otwarło zarazem kolejny front dyskusji na temat sporów kredytobiorców z sądami, zwłaszcza w kontekście wzajemnych rozliczeń między stronami.

Polski wyrok ws. państwa Dziubaków pokazał też, jak relacje dziennikarskie, wypowiedzi pełnomocników procesowych i komentarze osób trzecich potrafią zniekształcać prawny oraz faktyczny obraz sprawy. Dzieje się tak prawdopodobnie w każdym przypadku wywołującym emocje społeczne i zainteresowanie opinii publicznej. Podam przykład: w trakcie prowadzonych badań orzecznictwa sądowego w sprawach kredytów indeksowanym i denominowanych do kursu walut obcych wielokrotnie konfrontowaliśmy treść rozstrzygnięć, o których wcześniej czytaliśmy w prasie lub na stronach internetowych organizacji kredytobiorców. Często towarzyszyło nam wrażenie, że poznajemy dwie zupełnie inne sprawy. Przekaz medialny radykalnie „rozjeżdżał się” z rzeczywistą treścią wyroku sądowego. Zdarza się, że prezentowany w gazetach obraz rzekomo „przełomowego i miażdżącego dla banku” rozstrzygnięcia jest wykreowany w oparciu o kilka wyrwanych z kontekstu zdań z uzasadnienia lub w związku z częściowym uznaniem powództwa kredytobiorcy. Mimo że przyznana kwota stanowi niewielki ułamek dochodzonego w procesie roszczenia, sprawa taka ogłaszana jest potem jako zwycięstwo jednej ze stron.

Reklama

Na ile sprawa Dziubaków może być wskazówką dla osób zastanawiających się nad wystąpieniem przeciwko bankowi na drogę sądową?

Nie mam wątpliwości, że szum medialny towarzyszący temu procesowi skutecznie podgrzał atmosferę i jest impulsem dla kolejnych kredytobiorców decydujących się na zainicjowanie procesu z bankiem.

Paradoksalnie efektem ubocznym tej sytuacji może być… znaczne wydłużenie się czasu trwania tych postępowań, a także trudniejszy dostęp do pełnomocników faktycznie doświadczonych w prowadzeniu spraw kredytów frankowych. Problemy w sprawnym rozpatrywaniu tych spraw – ze względu na ich rosnącą liczbę – sygnalizowały już same sądy, np. ogólnopolskie media informowały o wystąpieniu prezes Sądu Okręgowego w Warszawie w tej sprawie.

Jednakże od kilku miesięcy obserwujemy niespotykany urodzaj firm prawniczych oraz prawników „specjalizujących się w tematyce kredytów indeksowanych/denominowanych”. Sam dostaję reklamy takich usług, przychodzą na moje konto

e-mailowe, atakują mnie w mediach społecznościowych. Z ciekawości sprawdziłem kilka z nich – ku mojemu zdziwieniu niektóre z tych podmiotów powstały w październiku ubiegłego roku (a zatem kilka dni po wyroku C-260/18). Sugeruję korzystać z pomocy tych prawników, którzy zdobywali doświadczenie w tej materii nieco dłużej (śmiech).

Czy po orzeczeniu TSUE w sprawie państwa Dziubaków widzi pan zmianę, jeśli chodzi o wyroki wydawane w sprawach kredytów walutowych? Czy ta zmiana będzie trwała?

Jestem pewny jednego: zmianie ulegnie sposób argumentacji polskich sądów, prezentowany w uzasadnieniu wyroków. Zdarzało się już w przeszłości, że skład orzekający powoływał się na prawo unijne, czasem nawet wybrane wyroki TSUE, lecz – w kontekście całości uzasadnienia oraz kierunku rozstrzygnięcia – miało to charakter ornamentacyjny. Po ogłoszeniu wyroku C-260/18, a zwłaszcza w kontekście związanego z nim szumu medialnego, sędzia krajowy nie będzie chciał narazić się na zarzut nieznajomości lub zlekceważenia wyroku prejudycjalnego.

Czy w dłuższym okresie przełoży się to na merytoryczny sposób rozstrzygania tych spraw?

Może tak być, lecz proszę zwrócić uwagę, że w orzeczeniu TSUE wyrażono szereg tez, które chłodzą pierwotny optymizm kredytobiorców (wywołany opinią rzecznika generalnego z 14 maja 2019 r.). Na przykład trybunał wyraźnie podkreślił, że istotą umowy kredytu waloryzowanego do kursu waluty obcej jest uzyskanie przez konsumenta niższej ceny pożyczanego kapitału jako ekwiwalentu dla ryzyka kursowego

(a zatem ryzyko kursowe jest typową oraz dopuszczalną cechą tego kredytu). Brak też w orzeczeniu TSUE akceptacji koncepcji „przekształcenia” umowy w umowę kredytu w walucie krajowej, ale oprocentowanego stawką właściwą dla franka szwajcarskiego.

Czy zakładając wygrane klientów w sprawach o unieważnienie umowy, należy się spodziewać drugiej fali spraw – tym razem wytaczanych przez banki – dotyczących korzystania z kapitału? Na ile mocne są podstawy banków do tego typu żądań?

Nie mam wątpliwości, że

– w przypadku korzystnych dla konsumentów rozstrzygnięć sądowych – banki podejmą próbę zrekompensowania sobie poniesionych strat, zresztą niektórzy prawnicy bankowi już wprost to deklarują.

Czy są ku temu podstawy prawne? W ostatnim czasie ukazała się publikacja pt. „Procesy frankowe w Polsce po wyroku TSUE w sprawie C-260/18” pod redakcją dr. Michała Jabłońskiego i moją, efekt przeprowadzonej pod koniec zeszłego roku dyskusji eksperckiej o znaczeniu i konsekwencji orzeczenia prejudycjalnego. Zaproszeni przez nas autorzy rozważali również i ten wątek, udzielając rozbudowanej odpowiedzi na to pytanie.

Krzysztof Koźmiński jest współautorem książki „Bankowe kredyty waloryzowane do kursu walut obcych w orzecznictwie sądowym” (2018) oraz współredaktorem książki „Procesy frankowe w Polsce po wyroku TSUE w sprawie C-260/18” (2020), prezesem Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki, wykładowcą i pracownikiem naukowym Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego

PARTNER

Materiały prasowe

Czytaj także pozostałe artykuły z dodatku: