Widmo kryzysu powróciło. Niespełna trzy lata po upadku banku Lehman Brothers druga fala gospodarczego wstrząsu przybiera na sile. Ciągnące się od miesięcy dramaty zadłużeniowe strefy euro i USA zaowocowały serią spadków na zachodnich parkietach i ostrymi zawirowaniami walutowymi. Eksperci wciąż się spierają, czy giełdowy chaos przeleje się na realną gospodarkę i postawi nadchodzące miesiące pod znakiem bankructw, zwolnień i spadków PKB. Aby temu zapobiec, rządy i banki centralne na całym świecie reagują tak jak w 2008 r. Mamy więc powtórkę z wymuszonego gospodarczego interwencjonizmu, który – nawet zdaniem jego adwokatów – jest tylko mniejszym złem. A na dodatek niesie ze sobą wiele dramatycznych zagrożeń.

Reklama

Pierwszy sygnał do najnowszej gorączki interwencyjnej dał Europejski Bank Centralny. Tydzień temu jego szef Jean-Claude Trichet ogłosił, że Frankfurt zaczął skupowanie obligacji rządowych kolejnych zadłużonych krajów strefy euro. Deklaracja Francuza stała się sensacją. Interwencja EBC nie dotyczyła już bowiem małych unijnych maruderów – Grecji, Portugalii czy Irlandii. Rozpoczęła się gra o fiskalną przyszłość Hiszpanii i Włoch, których gospodarki stanowią odpowiednio 9 i 13 proc. PKB całej Unii. Dla porównania Grecja, Portugalia i Irlandia to razem zaledwie 5 proc. – Stoimy wobec najpoważniejszego gospodarczego zagrożenia od czasu II wojny światowej – mówił Trichet na początku tygodnia. I zaraz dodawał: „A gdybyśmy nie podjęli działania, sytuacja mogła się przeistoczyć w największy kryzys od czasów I wojny”. Tak dramatycznych słów w ustach wyważonego zazwyczaj szefa EBC jeszcze nie słyszano.

Mniej więcej w tym samym czasie w podobnym tonie wypowiadał się szef amerykańskiego banku centralnego Ben Bernanke. – Przyglądamy się sytuacji z uwagą i jesteśmy gotowi do użycia dostępnych nam narzędzi, gdy zajdzie potrzeba – ogłosił po wtorkowym posiedzeniu Fed. Zapowiedział też, że przynajmniej do 2013 r. stopy procentowe pozostaną na bliskim zeru poziomie. Dla obeznanych z fedowską dyplomatyczną nowomową przekaz był jasny: Ameryka jest dziś tak zadłużona, że żadna poważniejsza interwencja ze strony rządu nie wchodzi na razie w grę. Niemniej waszyngtońskie elity zgadzają się, że łapiąca zadyszkę gospodarka potrzebuje nowych bodźców stymulacyjnych. W tej sytuacji rola ratownika spada na barki konstytucyjnego strażnika stabilności amerykańskiej waluty i jej szefa. Bernanke dał przy okazji do zrozumienia, że jest gotów sięgać nawet po najbardziej ryzykowne narzędzia interwencji, włącznie z wpompowaniem w gospodarkę kolejnych wirtualnych miliardów w ramach trzeciego już etapu poluzowania ilościowego.



Ogień trzeba zwalczać ogniem

Kłopoty dużych zmuszają też do interwencji mniejszych graczy. W Szwajcarii, Japonii czy Brazylii przedsiębiorcy mocno naciskają na władze, by wpłynęły na obniżenie kursu ich walut, które rosły w siłę w związku z lawinowym wzrostem popytu. Jeśli to nie wystarczy, może przyjść pora na bardziej radykalne rozwiązania. Wśród krążących w obiegu pomysłów szwajcarski dziennik „Tagesanzeiger” wymienia np. powiązanie franka z euro albo dodatkowe opłaty nałożone na zagranicznych inwestorów lokujących oszczędności w szwajcarskim pieniądzu. To ostatnie rozwiązanie było już zresztą stosowane po kryzysie naftowym lat 70., gdy świat – podobnie jak dziś – rzucił się na helwecką walutę w poszukiwaniu bezpiecznej przystani.

Dla uważnych obserwatorów globalnej gospodarki nerwowe ruchy po obu stronach Atlantyku nie są zaskoczeniem. Ich zdaniem obecne ryzykowne interwencje Fedu czy EBC to po prostu nieuchronna konsekwencja odpowiedzi udzielonej przez rządy rozwiniętych krajów bogatego Zachodu na kryzys 2008 r. Wówczas – w ciągu zaledwie kilku dramatycznych wrześniowych tygodni – z niezliczonych nerwowych telekonferencji na linii Waszyngton – Londyn – Berlin – Paryż wykuł się szeroki ponadpartyjny konsensus, który można podsumować jednym słowem: „interweniujemy”. Bankowe długi wykupił zarówno republikanin George W. Bush, jak i laburzysta Gordon Brown. Na bezprecedensowe w swojej wysokości miliardowe pakiety stymulacyjne zdecydowali się bez wahania zarówno pozująca jeszcze niedawno na „niemiecką Margaret Thatcher” Angela Merkel, jak i centroprawicowy Nicolas Sarkozy. Najbardziej celnie ujął panującą atmosferę ówczesny niemiecki minister finansów Peer Steinbrueck: ten ogień można zwalczać tylko... ogniem.

Pomysł na ratowanie gospodarki poprzez zmasowaną państwową interwencję nie był nowy. Zarówno najważniejsi politycy, jak i eksperci powszechnie odwoływali się wówczas do dziedzictwa brytyjskiego ekonomisty Johna Maynarda Keynesa. Kalkulacja była prosta: skoro pomysł na gospodarkę lansowany w pismach zmarłego w 1945 r. akademika z Cambridge i byłego dyrektora Bank of England pozwolił Zachodowi wydźwignąć się z wielkiej depresji lat 30. i pobudzić gospodarki wszystkich krajów rozwiniętych do trwającego przez całe lat 50. i 60. nieprzerwanego wzrostu, to dlaczego nie zastosować tych samych interwencyjnych chwytów również w roku 2008. – Mimo wszystkich zastrzeżeń wobec skuteczności tamtych posunięć głęboko wierzę, że uchroniły nas one przed powtórką wszystkich dramatycznych konsekwencji charakteryzujących poprzednią wielką zapaść światowej gospodarki w latach 30. Wówczas rządzący nie zdecydowali się na ratowanie banków przed upadkiem i kryzys przeistoczył się w głęboką depresję ekonomiczną trwającą wiele lat. Nauczeni doświadczeniami lat 2008 – 2009 zdecydowaliśmy się na ratowanie chwiejących się prywatnych firm zastrzykami publicznych pieniędzy. Jestem głęboko przekonany, że to było w gruncie rzeczy bardzo rozsądne posunięcie – mówił w rozmowie z „DGP” amerykański ekonomista z Uniwersytetu Chicagowskiego i laureat Nagrody Nobla Roger B. Myerson. Jego ocena dobrze oddaje panujące trzy lata temu nastroje.



Na kłopoty Keynes

Nawet Keynes nie wymyślił jednak państwowej interwencji w gospodarkę. Już przed nim rządy, które – zwłaszcza na Zachodzie – przez cały XIX wiek rozbudowywały aparat administracyjny, miały tendencję do wpływania na bieg ekonomicznych wydarzeń. „Jednak dopiero on dał tym nieskoordynowanym poczynaniom uzasadnienie teoretyczne. Był dla rządzących, szukających pragmatycznych rozwiązań, wyważoną alternatywą pomiędzy kompletnym leseferyzmem, który zdaniem wielu doprowadził do wielkiej depresji lat 30., a forsowaną przez marksistów opcją antykapitalistyczną” – pisał jeden z jego biografów Gordon Fletcher. To dlatego wydana w 1936 r. najsłynniejsza książka Keynesa „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” stała się w ówczesnych kręgach rządowych prawdziwym hitem. Poczucie, że można osiągnąć stan pełnego zatrudnienia poprzez zwiększanie wydatków publicznych, które nakręcą konsumpcję i rozruszają gospodarkę (nawet za cenę rosnącego zadłużenia), było niezwykle nęcące dla przywódców USA czy Europy, gdzie bezrobocie sięgało wówczas 20 proc. W ten sposób ekonomia keynesowska stała się intelektualną podbudową rooseveltowskiej polityki Nowego Ładu w USA. Na szeroką skalę pobudzanie wydatków stosowano też w całej Europie od Wielkiej Brytanii po hitlerowskie Niemcy. Filozofia Keynesa legła też u podstaw budowy powojennego ładu ekonomicznego (Keynes był nawet przedstawicielem Londynu w czasie rokowań w Bretton Woods, gdzie powołano do życia takie instytucje jak np. MFW). Jeszcze w 1971 r. amerykański prezydent Richard Nixon mówił: „Dziś wszyscy jesteśmy keynesistami”.

Interwencyjne pomysły Brytyjczyka od początku budziły jednak opory wielu ekspertów i akademików. Im bardziej zachodnie gospodarki siadały, tym głośniej słychać było ich głosy. Przełom przyniosły dopiero lata 70. Do tamtej pory pompowanie publicznych pieniędzy w gospodarkę traktowano jak inwestycję, która się zwracała, przynosząc wysoki wzrost. Jednak mniej więcej od połowy lat 70. wzrost przestał równoważyć ponoszone koszty, a na Zachodzie zaczęła rosnąć góra długów, której kulminację mamy dziś. To wówczas zaczęło się poszukiwanie innych niż wydatki mechanizmów pompowania wzrostu. Aktywniejszą rolę zaczął odgrywać bank centralny, który próbował pobudzać gospodarkę, coraz śmielej operując stopą procentową. Z kolei w USA i Wielkiej Brytanii pod rządami Ronalda Reagana oraz Margaret Thatcher triumfy święciło wycofywanie państwa z bezpośredniego wpływu na gospodarkę poprzez przyspieszenie prywatyzacji, zwiększanie wolnej konkurencji i demontaż wielu ograniczeń (choćby w sektorze bankowym), które miały wyzwolić spętany przez keynesistów potencjał wzrostu.

Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że po Keynesie państwa nigdy nie wyszły w pełni z zachodnich gospodarek. Kolejne pokolenia polityków szczycących się dystansem wobec ekonomicznej scholastyki i pragmatyzmem interweniowały dalej. Programy pobudzania gospodarek poprzez zwiększenie wydatków stosowały w latach 90. zarówno USA, jak i Japonia. Interwencjonistyczne podstawy nosiły też programy ratunkowe MFW po fali kryzysów bankowych w Azji, Ameryce Łacińskiej i Rosji. Jednak z całą siłą interwencja wróciła do łask dopiero w 2008 r. Jej zwolennicy mieli w ręku dobre argumenty. Jeden z biografów Keynesa, Robert Skidelsky, porównał np. podstawowe dane ekonomiczne z dwóch okresów: mody na interwencję (1951 – 1973) i odejścia od keynesizmu (1981 – 2008). Większość przemawiała na korzyść tego pierwszego. Publicysta liberalnego „Financial Timesa” Martin Wolf wyliczył natomiast, że o ile za czasów Keynesa świat dotknęło 38 kryzysów finansowych, o tyle w latach 1973 – 1997 było ich aż 139. Trudno się dziwić, że w takiej atmosferze, na którą nałożyła się jeszcze presja ze strony obywateli przerażonych krachem 2008 r., politycy od Waszyngtonu po Berlin znów stali się keynesistami.



Dziś – trzy lata później – sytuacja jest jednak zupełnie inna. Psychologicznie być może nawet jeszcze bardziej dramatyczna niż w 2008 r. Zupełnie wyparował ówczesny ożywczy entuzjazm panujący wśród elit finansowo-politycznych, gdy spotkania grup G8 czy G20 regularnie kończyły się wezwaniami do kontroli przepływów kapitałowych i celowej redukcji nierówności handlu międzynarodowego. Z tamtych nadziei na ożywczy szok, który doprowadzi do reformy kapitalizmu, nie został już nawet ślad. Teoretycznie przeważająca część elit rządzących najbogatszymi krajami świata od Obamy po Sarkozy’ego nadal głosi potrzebę interwencji. Tyle że w praktyce w rękach zostało im coraz mniej narzędzi. Rządy walczą z rosnącym zadłużeniem i siedzącymi im na głowie agencjami ratingowymi. Interwencje fiskalne – czy to pod postacią nowych pakietów stymulacyjnych, czy nawet obniżek podatków – są ze względów budżetowych na dobrą sprawę wykluczone. Cały wysiłek pompowania ekonomii został tym samym złożony na barki banków centralnych, które za pomocą interwencji monetarnych mają przynieść trochę ulgi. To one są dziś uważane za ostatnią deskę ratunku przed wpadnięciem w 2012 r. przez Europę i USA w drugą fazę recesji.

Reklama

Bank centralny ostatnią nadzieją

Nawet sami zwolennicy interwencji prowadzonych dziś przez banki centralne nie ukrywają, że ich przywódcy mogą dziś wybierać między złymi i jeszcze gorszymi rozwiązaniami. Najlepszym przykładem jest obecna polityka prowadzona przez EBC. Trudno nie zgodzić się z jego szefem Jeanem-Claude’em Trichetem, który twierdzi, że brak interwencji strąciłby w Europę w najgłębszy od stu lat kryzys. Przez cały tydzień poprzedzający decyzję EBC o rozpoczęciu skupowania obligacji Włoch i Hiszpanii rentowność ich papierów szła w górę w zastraszającym tempie. Obu krajom groziło tym samym wpadnięcie w tę samą spiralę zadłużeniową, w którą wcześniej osunęły się Portugalia, Irlandia i Grecja. A tego Europa prawdopodobnie by nie wytrzymała. Nie tylko dlatego, że na kredyty ratunkowe dla Włoch i Hiszpanii na pewno nie wystarczyłoby pieniędzy w obecnym – stworzonym z tak wielkim trudem – Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym (dziś to w sumie 750 mld euro, a przecież dług samych tylko Włoch sięga dziś 1,8 bln euro). Dla nikogo nie jest też tajemnicą, że na objęcie parasolem Włoch i Hiszpanii nie zgodziłyby się prawdopodobnie inne kraje Unii. Finał pozostawienia Włoch i Hiszpanii samym sobie mógłby być dramatyczny – nawet z początkiem końca unii walutowej włącznie.

Nikt jednak w Europie nie ma wątpliwości, że najnowsza akcja EBC to stąpanie po kruchym lodzie. Jej najbardziej bezpośrednim zagrożeniem jest na przykład rosnąca presja inflacyjna, którą przynosi unijnej gospodarce każde odkupienie obligacji Rzymu, Madrytu czy wcześniej Aten. EBC płaci za nie bowiem pieniędzmi, których de facto nie posiada. Jako emitent europejskiej waluty ma do tego oczywiście pełne prawo. Euro przekazywane zadłużonym krajom nie są fizycznie drukowane, lecz pojawiają się w księgach EBC po stronie wydatków. Aby je zrównoważyć, Frankfurt musi znaleźć w księgach jakieś wolne środki, które je zneutralizują. Do tej pory (pomagając na przykład Grekom) robił to, obniżając wolumen kredytów dostępnych w EBC dla banków komercyjnych. Taki trik działa jednak, tylko dopóki rynek międzybankowy jest w pełni zdrowy. Ale kiedy zaczyna wysychać – a tak, sądząc z wielu sygnałów, zaczyna się dziać właśnie teraz – szkody dla unijnego sektora finansowego mogą być znaczne i nieodwracalne.



Frankfurt może też oczywiście po prostu wykreować dowolną ilość euro i nie szukać neutralizacji. Wtedy jednak de facto wpuszcza w obieg pusty pieniądz i zwiększa zagrożenie inflacją do niebotycznych rozmiarów. To krok o tyle samobójczy, że według traktatów EBC stoi właśnie na straży stabilności cen w Eurolandzie. – Na tym ostatnim szczególnie zależy takim unijnym potęgom jak Niemcy. Można nawet powiedzieć, że im szybciej będą rosły ceny, tym szybciej będzie spadać poparcie mieszkańców największej unijnej gospodarki dla zjednoczonej Europy. A bez aprobaty Niemiec Unia na dłuższą metę nie ma szans przetrwania – dodaje Thomas Klau z Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych. Pocieszenia nie przynosi jednak nawet scenariusz, w którym inflację udaje się utrzymać w ryzach. EBC kupuje przecież obligacje, które – co wydaje się coraz bardziej prawdopodobne – nigdy nie zostaną w pełni wykupione. W wypadku częściowej niewypłacalności Grecji, Irlandii albo Hiszpanii Frankfurt stanie się po prostu złym bankiem siedzącym na nieściągalnych zobowiązaniach. Tak jak kiedyś nieszczęsny Lehman Brothers. Mówimy tu o ogromnych sumach. Zeszłoroczne interwencje EBC kosztowały już np. ok. 76 mld euro. Teraz eksperci twierdzą, że ratowanie przez bank Hiszpanii i Włoch będzie się wiązało z wydatkiem w przedziale od 100 (absolutne minimum) nawet do 250 mld euro. Dla zachowania kontaktu z rzeczywistością warto przypomnieć, że kapitał bazowy EBC to 10,76 mld euro pochodzące za składek państw członkowskich.

Na rozdrożu jest od kilku lat również Ben Bernanke, który po drugiej stronie Atlantyku robi od wielu miesięcy z grubsza to samo co EBC na Starym Kontynencie. Ten były amerykański akademik z renomowanego Uniwersytetu Harvarda doskonale wie, o co toczy się gra. W czasie swojej imponującej kariery naukowej specjalizował się przecież w badaniu Wielkiego Kryzysu lat 30. Być może również z tego powodu Bernanke już dwukrotnie decydował się na użycie niekonwencjonalnego narzędzia zwanego poluzowaniem ilościowym. Pojęcie ukute przez brytyjskiego ekonomistę Richarda Wagnera w 1994 r. zostało pierwszy raz zastosowane przez bank centralny Japonii na początku poprzedniej dekady. Zasada jest prosta i w zasadzie przypomina skup obligacji strefy euro przez EBC za sztucznie wykreowany na komputerach banku centralnego pusty pieniądz. Tyle, że najpierw Japończycy, a ostatnio Amerykanie kupowali w ten sposób nie czyjeś, ale... własne obligacje. Krok, na który odważył się Fed, najpierw w 2008 r. (wtedy chodziło też o ściągnięcie z rynków niespłacalnych kredytów hipotecznych), a potem w sierpniu 2010 r., był swego rodzaju aktem desperacji. – W takich wypadkach gra toczy się o podtrzymanie krwiobiegu gospodarki. Gdy uderza kryzys, wszyscy zamrażają pieniądze. Bez nich życie gospodarcze umiera. Nie da się tego obejść – mówił w rozmowie z „DGP” amerykański ekonomista z Harvarda i laureat Nagrody Nobla Eric Maskin. To na krótką metę przyniosło ulgę, a nawet pewne ożywienie w 2010 r. Zobowiązania, które zostają po takiej interwencji, są jednak potężne. Podczas pierwszego poluzowania (między grudniem 2008 r. a marcem 2010 r.) Fed kupił warte 300 mld dol. wieloletnie obligacje rządu USA, przejął 175 mld dol. długów rządowych agencji kredytowych Fannie Mae i Freddie Mac oraz gwarantowane przez te ostatnie instytucje kredyty na sumę 1,2 bln dol. Jak dotąd udało się odzyskać tylko część tych pieniędzy.

Bez happy endu

Podczas gdy banki centralne interweniują, rządy bogatych państw rozwiniętych koncentrują się raczej na próbie reform strukturalnych (by zwiększyć konkurencyjność gospodarek) i oszczędnościowych (które poprawią sytuację budżetową i zmniejszą koszt ściągania z rynków świeżego kapitału). Efekty są różne. W wielu krajach (Niemcy, Wielka Brytania, a nawet skazana już na pożarcie Grecja) cięcia i reformy idą – przynajmniej zdaniem takich instytucji jak OECD – w zadowalającym kierunku. Są jednak i tacy, którzy ewidentnie grają na zwłokę (Francja, Włochy i niestety Polska) albo utknęli na etapie żmudnego wykuwania politycznego kompromisu potrzebnego do ich przeprowadzenia. I przed jednymi, i drugimi droga jednak długa i ciernista. Dlaczego? Bo reformy – nawet gdy zostaną wdrożone – przyniosą owoce dopiero za kilka lat. A na razie ich efekt może być wręcz odwrotny do zamierzonego. MFW przebadał niedawno 170 przykładów konsolidacji finansów publicznych od roku 1930. Wnioski nie są zachęcające, bo każdy procent PKB po stronie obciętych wydatków państwa redukuje wzrost gospodarczy o 0,62 proc. PKB w dwóch kolejnych latach. Co pozostaje? Chyba tylko pogodzić się z tym, że czeka nas kilka chudych lat. I to w najlepszym wypadku..