Anna Lenar: Dlaczego absolwentka zarządzania, stypendystka programu Socrates Erasmus, bankowiec z szansą na wspaniałą karierę zawodową postanowiła zostać... detektywem?

Anna Charasz: Po roku pracy w banku zdałam sobie sprawę, że każdy mój dzień wygląda tak samo. Wstaję rano, idę do biura, a potem wracam w korku z takimi jak ja. I wtedy pomyślałam sobie: dosyć. Muszę coś z tym zrobić. Nie zniosę tej monotonii, tego że dokładnie wiem, jak będzie wyglądał mój dzień i jutro, i za tydzień. A praca detektywa? Zawsze wydawała mi się ciekawa. Sądziłam jednak, że do tego trzeba być policjantem. Aż do dnia, w którym przeczytałam wywiad z jakimś detektywem. Powiedział coś, co zadecydowało o wszystkim. Że zawód detektywa reguluje ustawa o usługach detektywistycznych. Więc przeczytałam ją i dowiedziałam się, jak zdobyć licencję. I okazało się, że spełniam wszystkie kryteria: wykształcenie minimum średnie, ukończone 21 lat, nie karana... Trzeba tylko przejść badania lekarskie i zdać egzamin państwowy. Doszłam do wniosku, że popełnię to szaleństwo. Bo jeśli nie teraz, kiedy mam 26 lat i nie jestem obciążona rodziną, to kiedy?

Są jakieś kursy, szkolenia przygotowujące do egzaminu?

Istnieją policealne szkoły detektywów, ale nie sądzę, by przygotowywały do takiego egzaminu. Tutaj potrzebna jest wiedza prawnicza. Zresztą nie mogłam pójść na żaden kurs, bo przecież pracowałam. A że z nauką nigdy nie miałam problemów, zaczęłam uczyć się sama. Ustawy drukowałam z internetu, książki kupowałam w antykwariatach... Tak przez pół roku. Tydzień przed egzaminem wzięłam urlop i zakuwałam od rana do wieczora. Byłam ostro zdeterminowana, również dlatego, że egzamin dużo kosztował i wiedziałam, że drugi raz nie spróbuję. Byłam naprawdę dobrze przygotowana i zrobiłam na komisji spore wrażenie. Równie silne, jak na rodzicach i znajomych, kiedy powiedziałam im, że mam licencję detektywa. Dla wszystkich to był szok.

Czy filigranowa młoda kobieta o dziewczęcym wyglądzie miała kłopoty ze znalezieniem pracy?

Żadnych. Wytypowałam cztery agencje, w których chciałam pracować. Po egzaminie zatelefonowałam do szefa pierwszej z listy. Zapytał mnie, czy dobrze znam angielski. Zdziwiłam się , że nie pyta o licencję, ale okazało się, że słysząc młody kobiecy głos, był przekonany, że dzwoni kandydatka na asystentkę. Kiedy wyjaśniłam, że chcę pracować jako detektyw, zaprosił mnie na rozmowę. Pracuję tam od półtora roku.

Ładnej kobiecie pewnie łatwiej prowadzić śledztwo?

Na początku stresowałam się, że ludzie będą mnie ignorować. Ot, taka dziewczynka, co robi „za detektywa”. Ale okazało się, że wzbudzam szacunek, bo mam licencję. Fakt, że jestem młodą kobietą, to mój atut w tej pracy. Podczas śledztwa nie wzbudzam podejrzeń, kiedy wejdę do budynku, w którym właściwie nie powinnam być. Mówię, że się zgubiłam, szukam toalety, uśmiecham się niewinnie i ochroniarzowi nie przyjdzie do głowy, że jestem detektywem. Ktoś za kim wchodzę do klatki schodowej, nie przestraszy się, bramkarze nie zatrzymają mnie przed wejściem do klubu.

Jakie sprawy pani lubi najbardziej?

Gospodarcze. I jeśli uda mi się rozwiązać jakąś zagadkę, jestem z siebie dumna. No i są to sprawy bardziej zgodne z moim wykształceniem. Niestety jest ich bardzo mało. A kiedy ich nie mamy, zbieram dane do spraw rozwodowych. Warto to robić, czekając na coś ambitnego.

Zawsze będzie pani detektywem?

Nie. Kiedy będę miała rodzinę, zrezygnuję. Może wówczas połączę doświadczenie w zdobywaniu informacji z pracą w banku przy ochronie informacji. Ale to daleka przyszłość.

Anna Charasz, absolwentka zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim, pracuje w agencji detektywistycznej ASVALIA