Gdy w 1995 r. amerykański ekonomista Jeremy Rifkin ogłosił „Koniec pracy”, wieszcząc, że automatyzacja i komputeryzacja gospodarki doprowadzi do globalnego bezrobocia i kryzysu społecznego o niespotykanej w historii świata skali, krytycy wytoczyli przeciwko niemu ciężkie działa, nazywając go wrogiem postępu, panikarzem i intelektualnym guru neoluddystów wzywających do walki przeciwko nowoczesnym technologiom.

Jednak światowe statystyki, gdziekolwiek by spojrzeć, tylko potwierdzają obawy Rifkina. Pod koniec XX wieku w fabrykach krajów rozwiniętych pracowało ponad 60 mln robotników, dziś jest ich o jedną trzecią mniej. Z raportu McKinsey Global Institute o przyszłości produkcji przemysłowej wynika, że w Stanach Zjednoczonych w fabrykach pracuje dziś o jedną czwartą mniej osób niż 15 lat temu. W Japonii 20 proc. mniej, w Niemczech 8 proc., a w Korei pracę stracił już co dziesiąty robotnik. I nie mają tu większego znaczenia koszty pracy – na jednym z najtańszych rynków siły roboczej, w Chinach, już od połowy lat 90. maleje zatrudnienie w zakładach przemysłowych. Spółka Hyundaia i Beijing Motors uruchomiła właśnie koło Pekinu wielką fabrykę samochodów, gdzie głównymi pracownikami są roboty. Zakład ma docelowo produkować rocznie milion aut, a zatrudnia kilka razy mniej osób niż konkurencyjne fabryki.

W rolnictwie jest jeszcze gorzej – z wyliczeń ekonomistów Massachusetts Institute of Technology automatyzacja, która wkroczyła na amerykańskie pola, zmniejszyła zatrudnienie z kilkudziesięciu procent w XX wieku do zaledwie 2 proc. obecnie. Efekty społeczne są zatrważające – gdy w latach 50. ubiegłego wieku na farmach południowych stanów pojawiły się maszyny do zbioru bawełny, miliony robotników rolnych praktycznie z dnia na dzień straciły zajęcie. Ruszyli na północ, szukając pracy. Część znalazła ją w fabrykach, gdzie wkrótce dopadł ich kolejny technologiczny postęp – komputeryzacja. Tylko w czterech miastach – Nowym Jorku, Chicago, Filadelfii i Detroit – maszyny wyparły w ostatnich latach z rynku ponad milion etatów w produkcji i handlu. Zamieszkane przez bezrobotnych Afroamerykanów dzielnice zamieniły się w getta z wysoką przestępczością – prawie połowa żyjących tam mężczyzn albo siedziała w więzieniu, albo siedzi, albo siedzieć będzie, bo poszukuje ich policja lub trwają ich procesy.

Cały tekst Rafała Drzewieckiego przeczytaj w elektronicznej wersji Magazynu "DGP" >>>