W czwartym kwartale ubiegłego roku takich bezrobotnych było 482 tys., rok wcześniej o 46 tys. mniej. W minionych dwunastu latach tylko w jednym roku ich liczba była wyższa – w 2006 r. Nie ma wątpliwości, że jej obecny wzrost ma związek z sytuacją na rynku pracy. W 2006 r. bezrobocie wynosiło 14,8 proc., podczas gdy w marcu tego roku wzrosło do 14,4 proc. i można się spodziewać, że wzrosła także liczba biernych, jeśli chodzi o poszukiwanie pracy.

To zjawisko pojawiające się w momentach pogłębienia nierównowagi rynku pracy. Gdy trudno jest uzyskać miejsce pracy, następuje ten proces zniechęcania przez jałowość wysiłków - podsumowuje prof. Elżbieta Kryńska. Powodem do zniechęcenia poszukiwaniem pracy jest nie tylko brak ofert. Inną przyczyną – jak wskazują eksperci – jest to, że oferty dostępne w urzędach pracy proponują często minimalne wynagrodzenie, co dla wielu osób nie jest wystarczające. Z kolei dla innych dostępne oferty zatrudnienia wiążą się z koniecznością zmiany miejsca zamieszkania lub dłuższymi dojazdami, na co nie są gotowe – dodaje Karolina Sędzimir, ekspert rynku pracy z PKO BP.

Na szybką poprawę sytuacji nie ma co liczyć, a to może mieć niekorzystne skutki dla rzeszy osób, które przestały szukać zajęcia. Wiąże się to z utratą wiary w siebie i kwalifikacji, bo nie ulega wątpliwości, że kwalifikacje, które nie są wykorzystywane, się starzeją. A im dłużej jest się bez pracy, tym trudniej potem do niej wrócić - mówi prof. Elżbieta Kryńska. To stwarza problem, który będzie istniał na dłuższą metę, nawet gdy bezrobocie zacznie spadać. Część z tych osób da się zaktywizować ponownie, ale niestety część z nich wypada już z rynku pracy – dodaje Karolina Sędzimir. Stają się wówczas długotrwałymi klientami pomocy społecznej.

Tak wysoka liczba osób biernych, jeśli chodzi o poszukiwanie pracy, ma jeszcze jeden aspekt. Jeśli doliczyć je do 2 mln 337 tys. bezrobotnych, którzy są zarejestrowani i czekają na oferty z pośredniaków, to okazuje się, że łączna liczba osób bez zajęcia wzrośnie do 2 mln 819 tys. – czyli faktycznie jest o jedną piątą wyższa. Kluczowe jest pytanie, jak długo będziemy mieli do czynienia ze spowolnieniem gospodarki. Jeśli potwierdzą się oczekiwania, że w drugiej połowie roku przyjdzie ożywienie, to sytuacja się poprawi. Inaczej takie osoby mogą być na trwałe wykluczone z rynku pracy – mówi Wiktor Wojciechowski, ekonomista Invest-Banku.