Anna Masłoń: Cena ropy przekroczyła właśnie 100 dolarów za baryłkę. Eksperci ostrzegają, że wkrótce będzie kosztować 110, a nawet 150 dolarów. Czy nadciąga światowy kryzys?
John C. Hulsman*: Tak, wyraźnie widać sygnały tego kryzysu. A jednym z najważniejszych oznak zbliżającej się katastrofy jest stan amerykańskiej gospodarki. Najważniejszym wskaźnikiem dla USA jest bez wątpienia tamtejszy rynek nieruchomości, a ten przeżywa ostatnio spore trudności. Po drugie, PKB większości krajów europejskich nie rośnie, a co gorsza - spada. Podczas gdy wzrost w USA przez ostatnie 15 lat wynosił 5 proc., w Europie było to zaledwie 2 proc. i nic się nie zmienia. Kolejnym problemem jest to, że Stany Zjednoczone i Chiny nie konsultują ze sobą kursu swoich walut. Wygląda więc na to, że podobnie jak w latach 20. ubiegłego wieku mamy do czynienia z problemami z uwolnieniem rynku. Zamiast uwalniać, poszczególne kraje decydują się raczej na coraz większą ochronę swoich rynków. Wreszcie bardzo niepokojące jest to, że sporą grupę ludzi inwestujących na giełdach stanowią giełdowi amatorzy. I choć bardzo pozytywne jest to, że inwestowanie staje się coraz powszechniejsze, to jednak tacy niedzielni inwestorzy nie mają długoterminowej strategii i są skłonni do panicznego wyprzedawania akcji gdy tylko obserwują spadki. Wszystko to bardzo mnie niepokoi.

Ale czy cena ropy ma rzeczywiście aż tak wielki wpływ na światową gospodarkę?
Tak. Wysokie ceny ropy spowodują przecież, że wskaźniki wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów spadną o kilka punktów. A dla Ameryki, gdzie i tak widać spore spadki, będzie to bardzo dotkliwe. Ale równie dotkliwe będzie dla Europy, która nie wykorzystuje swoich szans na gospodarczy rozwój, a także dla Chin, których szybkie tempo wzrostu na pewno zostanie spowolnione. Tak więc rosnące ceny ropy pogrążą cały świat, nie tylko Stany Zjednoczone.

Czy grozi nam powtórka krachu z 1929 roku?
Jeszcze nie dotarliśmy do punktu, który kazałby się spodziewać tak czarnego scenariusza jak w roku 1929, ale jeśli poskładamy wszystkie części tej ekonomicznej układanki, widmo kryzysu stanie się coraz wyraźniejsze. Na horyzoncie gromadzą się czarne chmury i jeśli nic się nie zmieni, powinniśmy się spodziewać poważnej recesji, żeby nie powiedzieć - depresji. Takie niebezpieczeństwo realnie istnieje, choć wciąż możemy go uniknąć. Ale rzeczywiście podobieństwo obecnej sytuacji do lat 20. jest uderzające.

Na czym ono polega?
Podobnie jak dziś, tak i wtedy bardzo wiele osób grało na giełdzie, łącznie z Josephem Kennedym (magnat przemysłowy i dyplomata, założyciel klanu Kennedych - przyp. red.), który uniknął bankructwa jedynie dlatego, że tuż przed krachem na nowojorskiej giełdzie wycofał z niej oszczędności. Teraz bardzo wielu Amerykanów decyduje się na lokowanie swoich oszczędności na giełdzie, bo sprzyja temu amerykański system emerytalny. Problem z inwestowaniem w Ameryce polega jednak na tym, że Amerykanie są przyzwyczajeni do ciągłego wzrostu giełdy i na wszelkie spadki reagują bardzo nerwowo. Właśnie w tym widzę podobieństwo do roku 1929 - jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do wzrostów, nawet drobna korekta kursu może się nam wydawać początkiem recesji i reagujemy na spadki panicznie. Tak zaczyna działać mechanizm samospełniającej się przepowiedni. Każdy makler wie, że na giełdzie należy się spodziewać wzrostów i spadków. Ale niestety, nie wszyscy rozumieją, że indeksy giełdowe czasem idą w dół. W 1929 roku zadziałał ten sam mechanizm - ludzie nie byli przygotowani na spadki i zareagowali bardzo nerwowo, a to doprowadziło do krachu. Teraz też widzimy symptomy podobnej paniki.

Jak może wyglądać czarny scenariusz kryzysu?
Siłą dzisiejszej gospodarki, która w chwili kryzysu może okazać się jej przekleństwem, jest wzajemna zależność ekonomii poszczególnych krajów. Amerykańska gospodarka jest dwa i pół razy większa od chińskiej. Ale chińskie inwestycje w amerykańskiej ekonomii są potężne. Jeśli Ameryka utknie w kryzysie, natychmiast pociągnie za sobą chińską gospodarkę, która ulegnie całkowicie zniszczeniu. Kiedy choruje Ameryka, reszta świata też zaczyna chorować. Blisko powiązana z Ameryką jest Wielka Brytania i będzie w większym stopniu niż pozostałe kraje kontynentu dotknięta przez depresję. Tyle że Wielka Brytania jest z kolei silnie powiązana z krajami europejskimi, więc one byłyby następne. Ta sieć powiązań, która w warunkach wzrostu przyspiesza go jeszcze bardziej, w chwili kryzysu sprawia, że w kłopoty popadają wszyscy po kolei. Bardzo dobrą ilustracją tego mechanizmu jest kryzys w Tajlandii w latach 90. Gospodarka Tajlandii nie wydawała się szczególnie ważna ani dla Azji, ani dla reszty świata, ale kryzys w Tajlandii pogrążył w olbrzymim kryzysie całą Azję. Można wręcz powiedzieć, że w światowej gospodarce zachodzi efekt motyla, znany nam z teorii chaosu fenomen, że ruch skrzydeł motyla w jednym miejscu świata powoduje pojawienie się tsunami w innej jego części. Być może to przerysowanie, ale dobrze oddaje wzajemną zależność w dzisiejszym świecie.

Na razie jednak nie widać, aby świat zabezpieczał się przed tym tsunami.
Stany Zjednoczone będą wkrótce zmuszone do podjęcia jakichś działań chroniących rynek. Poza tym wiemy doskonale, że jedyną rzeczą gorszą do nadmiernego zaangażowania Ameryki jest jej niewystarczające zaangażowanie. Obawiam się jednak, że w najbliższym czasie Stany Zjednoczone będą zajęte głównie własną gospodarką, a szczególnie walką z rosnącym bezrobociem. Poza tym Amerykanie są zadłużeni, szybko spada wartość nieruchomości, a poczucie braku bezpieczeństwa fatalnie wpływa na nastroje opinii publicznej. Sytuacja w USA do złudzenia przypomina tę z lat 20. i jest to o tyle niepokojące, że kryzys największej gospodarczej potęgi świata będzie miał dla całej reszty katastrofalne skutki. Ani Chiny, ani Brazylia czy Rosja nie są jeszcze gotowe, żeby przejąć główną rolę, Europa również boryka się z wieloma problemami.

A może to początek końca amerykańskiej dominacji w świecie?
Nie sądzę. Jestem pewien, że Stany Zjednoczone utrzymają swoją pozycję gospodarczą jeszcze przez najbliższe dekady. Ameryka to w końcu największy rynek świata i nowe potęgi gospodarcze będą potrzebowały jeszcze dużo czasu, żeby ją dogonić. Imperia nie upadają ta szybko. Podobnie było przecież z Wielką Brytanią, która przez długi czas dominowała w świecie i pod względem politycznym, i gospodarczym. W tej chwili kraje takie jak Brazylia, o której jeszcze kilka lat temu nikt nie pomyślałby jako o wielkiej gospodarczej sile, czy Chiny są na początku procesu, który może zdetronizować Amerykę. Ale to nawet jeszcze nie połowa tej drogi. Oczywiście pozostaje pytanie, jak w tym dynamicznie zmieniającym się świecie będzie sobie dawać radę Europa. Wydaje mi się, że w obliczu kresu transatlantyckiej supremacji, która trwała od stuleci, kiedy to Stany Zjednoczone i Europa, a zwłaszcza Wielka Brytania dominowały nad światem, Europa powinna szukać dla siebie nowego miejsca. Gospodarcza mapa świata, na której Europa i USA zajmowały najważniejsze miejsce, na naszych oczach dezaktualizuje się. Nie wiemy jeszcze, jak będzie wyglądała nowa mapa. Amerykanie, ale również Europejczycy powinni się przyzwyczajać, że najważniejsze decyzje, które zaważą na przyszłym kształcie światowej gospodarki, będą podejmowane również przez innych graczy. Tych z lekceważonego do tej pory Trzeciego Świata.

*John C. Hulsman zajmuje się problematyką ekonomiczną, bliskowschodnią i stosunkami transatlantyckimi w Council on Foreign Relations w Berlinie. Był analitykiem The Heritage Foundation w Waszyngtonie

Symptomy nadciągającego kryzysu

*Amerykański rynek nieruchomości ma problemy: coraz mniejszy jest popyt na nowe domy, a ludzie mają problemy ze spłatą kredytów hipotecznych

*Rośnie zadłużenie na amerykańskich kartach kredytowych

*Ropa gwałtownie drożeje, co powoduje podwyżki cen towarów i usług

*Wzrasta inflacja, co pociąga za sobą spadek konsumpcji i kłopoty w handlu i przemyśle

* Spada amerykańskie PKB, co pociąga za sobą spowolnienie tempa wzrostu na całym świecie

*Rozpowszechnienie giełdy spowodowało napływ inwestorów amatorów. Nerwowo reagują na spadki na Wall Street, co coraz bardziej destabilizuje rynki finansowe

* Złoto idzie w górę. W sytuacjach kryzysowych jest pewniejsza lokatą niż dolar czy euro

* Spadek wartości dolara prowadzi do recesji w USA