*: Uważam, że to przesadna wypowiedź, prawdopodobnie zresztą wyrwana z kontekstu. Poza tym Soros też nie jest wróżką, więc nie należy traktować jego słów jako
pewnej prognozy. Trzeba pamiętać, że rynki finansowe są trochę jak ogień - od czasu do czasu część ludzi się nim poparzy, ale przecież nie można sobie wyobrazić życia bez ognia. Rynki
finansowe, a także rynki nieruchomości po okresach wzrostu nieuchronnie wchodzą w okres spadku. Podkreślają to wszyscy ekonomiści - muszą to robić, bo inni zapominają o tej
prawidłowości.
Nie zwykłem komentować wypowiedzi innych ludzi, natomiast jeżeli pani zapyta, czy widzę jakieś analogie między sytuacją dziś a kryzysem w 1929 r. - to odpowiem, że słabe. I sięganie do
takich analogii jest bardzo naciągane; m.in. dlatego, że skala zmian na rynkach finansowych jest dużo mniejsza niż w czasie Wielkiego Kryzysu. Poza tym w tej chwili o wiele lepiej orientujemy
się, jak zapobiegać takim kryzysom i jak przeciwdziałać zagrożeniom o charakterze lawinowym. Niestety, w okresach zaburzeń na rynkach finansowych ludzie często zapominają, z czego one
wynikają.
Powtórzę raz jeszcze - rynki finansowe mają okresy wzrostu i spadku. I wszędzie tam, gdzie jest wzrost - zawsze występuje tendencja do przegrzania, po której nieuchronnie musi nastąpić
odreagowanie, czyli spadek. W ostatnich latach nadmiernie obniżono stopy procentowe w USA, co dodatkowo spowodowało, że szybko zaczęła tam rosnąć masa pieniądza, a inwestorzy poszukiwali dla
niej lokat. I część tych lokat okazała się nadmiernie ryzykowna. Z ostatnich wydarzeń należy więc wyciągnąć taką lekcję, że bank centralny każdego kraju powinien zachowywać
umiarkowanie w obniżkach stóp procentowych wtedy, kiedy czasy są dobre.
Mamy do czynienia ze spowolnieniem wzrostu gospodarczego kraju, który jest bardzo bogaty i nadal będzie szybko się rozwijał. Nie ma podstaw do przedstawiania katastroficznych wizji, ale
załóżmy, że w USA nastąpi wyraźne spowolnienie wzrostu - przez jakie mechanizmy będzie się to przenosiło na inne kraje? Po pierwsze przez handel, czyli przez eksport. O tym, jaki wpływ na
inne kraje będzie miała sytuacja w Stanach, zadecyduje to, jak silna jest zależność handlowa między tymi krajami. W naszym przypadku i w przypadku innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej
jest ona relatywnie mała - więc wpływ spowolnienia w USA na naszą gospodarkę nie powinien być duży. Po drugie - mamy powiązania przez rynki finansowe. Ale giełda na razie nie odgrywa takiej
roli w naszej gospodarce jak w gospodarce USA. Spadki na giełdzie mają więc o wiele mniejszy wpływ na konsumpcję niż w krajach rozwiniętych.
Nie mówmy o kryzysie na giełdzie. Podkreślam jeszcze raz, że ze względu na daleko mniejszą rolę giełdy w polskiej gospodarce niż w amerykańskiej te spadki będą miały o wiele mniejszy
makroekonomiczny wpływ na naszą gospodarkę.
Nie można używać takich argumentów, jakby ten kraj miał się rozpaść. Chodzi o próbę stabilizacji wzrostu gospodarki, a nie jej "ratowanie".
Naszym problemem są opóźnione reformy, widzę więc powody, aby polski rząd skupił się właśnie na tym. Wszystko to, o czym wcześniej mówiliśmy, dzieje się w innej gospodarce - w Stanach
Zjednoczonych. Polityka gospodarcza zajmuje się realnymi problemami - mamy rosnącą inflację, mamy wprawdzie stosunkowo wysoki wzrost, ale jednocześnie strukturalne fundamenty gospodarki są zbyt
słabe, by wzrost mógł się utrzymać długo. Od pewnego czasu płace rosną szybciej niż wydajność w skali całej gospodarki i w związku z tym polskie przedsiębiorstwa powoli przestają być
konkurencyjne. Jeśli to trwałoby dalej, zapłacilibyśmy wolniejszym wzrostem popytu na polskie produkty, co musiałoby się odbić na naszej gospodarce, szczególnie gdyby nastąpiło znaczące
spowolnienie. I to są realne problemy, nie ma sensu kierować uwagi opinii publicznej ku problemom urojonym.