Wersję maksimum przedstawił w 2014 r. Donald Tusk. Koncepcja Junckera jest wersją minimum. DGP prezentuje główne założenia propozycji.

Wspólne zakupy

Najważniejszą różnicą między Junckerem i Tuskiem jest odejście od propozycji wspólnych zakupów ropy i gazu. Miało to wzmocnić pozycję UE w negocjacjach z dostawcami spoza Unii (głównie z Rosją). Jak wynika z propozycji Komisji, takie zakupy byłyby dobrowolne. Wcześniej KE chciała je ograniczyć tylko do sytuacji nadzwyczajnych. Tyle że w takim przypadku odpada najważniejszy element wynikający z propozycji Tuska, czyli wzmocnienie siły przetargowej. Pomysłowi sprzeciwiały się duże kraje, np. Niemcy, bojąc się osłabienia własnej pozycji przetargowej na korzyść mniejszych państw. Dziś Niemcy zużywają 80 mld m sześc. gazu, podczas gdy np. Polska 15 mld m sześc. Propozycja Junckera to raczej kurtuazyjny ukłon w stronę autora planu. Dobrowolne wspólne zakupy możliwe są już dziś.

Przejrzyste umowy

Zwiększenie przejrzystości umów dotyczących zaopatrzenia jest kluczowym elementem planu Junckera. Już dziś porozumienia muszą być zgodne z regułami Unii. Jednak sprawdzenie, czy tak jest rzeczywiście, może nastąpić post factum. Pakiet ma dać możliwość wglądu w umowy, zanim zostaną zaakceptowane, i uczestnictwa w tym procesie KE. – Chodzi o to, by Komisja mogła uczestniczyć w negocjacjach na początkowych etapach, a nie była stawiana przed faktem dokonanym – mówi DGP wiceszef polskiego MSZ Rafał Trzaskowski. Gdy Polska negocjowała z Rosją i Gazpromem w latach 2009 i 2010, interwencja Komisji nastąpiła dopiero po zawarciu umowy (była ona renegocjowana, a jej warunki zmieniane). Polska chce, by powstał katalog klauzul zakazanych w takich porozumieniach.

Bezpieczeństwo dostaw

Unia przewiduje dalszą dywersyfikację zaopatrzenia europejskiego rynku w gaz. Temu ma służyć rozwój rynku LNG, rozwój stosunków z Norwegią, USA i Kanadą. Wobec Rosji UE zamierza utrzymywać dystans. Rozważy przewartościowanie relacji z nią w oparciu o zasady otwartego rynku, uczciwej konkurencji, ochrony środowiska i bezpieczeństwa, z korzyścią dla obu stron – proponuje Komisja Junckera. – Do tej pory mówiło się o dywersyfikacji szlaków zaopatrzenia Europy w gaz, to jednak nie zapewni nam bezpieczeństwa energetycznego. Nie chodzi o to, by mieć kilka gazociągów od jednego dostawcy, ale różnych dostawców – mówi jeden z polskich dyplomatów. Z kolei w sprawie Ukrainy dokument mówi o wzmocnieniu strategicznego partnerstwa energetycznego z tym krajem.

Nowe stare prawo

Unia Energetyczna opiera się na dorobku prawnym UE. Znacząca część dokumentu to wprost powtórzenie istniejących regulacji dotyczących ryku energii. Pierwszym krokiem Komisji w stronę Unii energetycznej ma być dopilnowanie pełnego wdrożenia trzeciego pakietu energetycznego. To był także element pakietu Tuska. Także działania dotyczące wsparcia budowy infrastruktury gazowej integrującej rynek europejski to polityka Komisji od lat. Chodzi o nowe gazociągi, interkonektory, czyli łączniki międzysystemowe integrujące rynki państw UE. W okresie rządów Tuska jednym z priorytetów Polski na forum unijnym było lansowanie pomysłu korytarza Północ-Południe, czyli rynku gazu od Świnoujścia do Triestu. W założeniach Unii czytamy, że Komisja będzie wspierała tego typu projekty poprzez swój własny fundusz Connecting Europe, fundusze strukturalne oraz fundusz Junckera. W przypadku Polski tego typu inwestycją ma być gazociąg i interkonektor na Litwę

Klimat też ważny

Komisja łączy unię energetyczną z polityką klimatyczną. W dokumencie na 15 działań mających służyć wdrożeniu Unii jedna trzecia dotyczy klimatu. Dokument zobowiązuje Komisję do pokazania propozycji zmian prawnych prowadzących do ograniczenia redukcji gazów cieplarnianych, do zwiększenia udziału energii odnawialnej. Choć to faktycznie powtórzenie dotychczasowych ustaleń, to potencjalnie część klimatyczna może zacząć dominować nad częścią energetyczną, co może być dla Polski niekorzystne.

Konflikt gazowy w tle wojny o Zagłębie Donieckie
Jednym z elementów wojny rosyjsko-ukraińskiej są również tarcia gazowe. Gazprom grozi Kijowowi odcięciem dostaw za rzekome długi. Naftohaz skarży się, że Moskwa nie wywiązuje się z zawartego kontraktu. Długotrwała wojna gazowa jest jednak na razie mało prawdopodobna. To Ukraina zaopatruje w surowiec przyłączony przez Rosję Krym. I tak będzie aż do 2018 r., gdy Rosjanie mają położyć gazociąg łączący półwysep z Krajem Krasnodarskim.
Gazprom zapowiada, że od przedpłaty uiszczanej co miesiąc przez Naftohaz będzie odliczał koszt gazu dostarczanego na kontrolowane przez prorosyjskich separatystów obszary Zagłębia Donieckiego. Sęk w tym, że Naftohaz nie ma kontroli nad realną objętością zużywanego na tych terenach gazu. Moskwa może więc dowolnie kreować rachunki, które następnie będą przedstawiane Kijowowi. Ten ostatni zaś jest zobowiązany do płacenia za surowiec z góry, zgodnie z protokołem podpisanym w Brukseli w październiku 2014 r. przez ministrów energetyki obu państw, Aleksandra Nowaka i Jurija Prodana, oraz unijnego komisarza Günthera Oettingera.
Rosjanie zapowiadają, że jeśli Ukraina się nie ugnie, dzisiaj albo jutro dostawy gazu mogą zostać całkowicie wstrzymane. Naftohaz alarmuje, że objętość dostarczanego gazu już zdążyła spaść. – Zamiast zamówionych w ramach kontraktu 114 mln m sześc. gazu Gazprom dostarczył tylko 47 mln m sześc. – mówiła rzecznik Naftohazu Ołena Osmołowska. Ukraińcy tłumaczą też, że nie licząc wartości gazu dla niekontrolowanych przez nich obszarów Zagłębia Donieckiego, bilans na rachunku Gazpromu powinien wystarczyć na dodatkowe 287 mln m sześc. Gazprom replikuje, że Kijów wciąż nie uiścił wartego 2,4 mld dol. długu za dawniej dostarczony gaz.
Konflikt jest częścią większego sporu o to, kto powinien utrzymywać obszary zajęte przez samozwańcze doniecką i ługańską republiki ludowe. Ukraina twierdzi, że to Rosja powinna dostarczać im surowce, skoro gros oddziałów separatystów stanowią jej obywatele, a i ich liderzy są kontrolowani przez Kreml. Moskwa replikuje, że ciężar utrzymywania DRL i ŁRL powinna ponosić Ukraina, skoro zgodnie z prawem międzynarodowym to do niej należą te tereny. Rosjanie zaprzeczają również, aby mieli znaczący wpływ na przywódców z Doniecka i Ługańska.
Kijów ma w tej sferze jeden poważny atut, jakim jest Krym. Ukraińska autonomia, anektowana przez Rosję w marcu 2014 r., wciąż jest zaopatrywana w gaz, prąd i wodę z kontynentalnej Ukrainy, choć lokalne władze zdążyły znacjonalizować majątek Czornomornaftohazu, lokalnej spółki córki Naftohazu. Rosja nie ma możliwości dostarczania błękitnego paliwa na Krym inną drogą, a rurociąg przez Cieśninę Kerczeńską ma być gotowy dopiero w 2018 r. Krym ma też własne złoża. – W ciągu roku, półtora jest w stanie zagwarantować sobie samowystarczalność w tej sferze – mówił rosyjski deputowany Iwan Graczow. Na razie jednak, gdyby Rosja odcięła od gazu Ukrainę, problem z dostawami szybko odczułby również Krym.

ROZMOWA

Dominika Ćosić: Zmarnowaliśmy dziewięć lat, podczas których jeszcze bardziej uzależniliśmy się od Rosji

Jest pan usatysfakcjonowany planem unii energetycznej zaproponowanym przez Jean-Claude’a Junckera?

Guy Verhofstadt lider liberałów w Parlamencie Europejskim: Dobrze, że coś takiego wreszcie powstało. I z tego się cieszę. Ale z drugiej strony pamiętam, jak w 2006 r., w trakcie brytyjskiej prezydencji, z dumą ogłaszaliśmy początek unii energetycznej. I co? Minęło od tej pory 9 lat, a my dopiero teraz zaczynamy budować jej zręby. Zmarnowaliśmy 9 lat. Trudno zatem mówić o euforii.

Ma pan swoją propozycję działań na rzecz unii energetycznej. Czy to jest wotum nieufności dla unii Junckera?


Plan KE nie jest zły, ale my – frakcja liberalna – chcielibyśmy bardziej ambitnej propozycji, w kierunku, jaki zaprezentowaliśmy. To, co proponuje Juncker, to w zasadzie zwiększona koordynacja działań krajów członkowskich. Obecnie istnieje 28 różnych, niezależnych od siebie polityk energetycznych. Czego potrzeba? Stworzenia odpowiedniej infrastruktury oraz rządu. Myślę o czymś analogicznym do unii monetarnej i ekonomicznej. Powinien być specjalny rząd i specjalny superkomisarz odpowiedzialny za cały sektor energetyczny i tę unię. Taki komisarz powinien w imieniu wszystkich pozostałych prowadzić negocjacje z dostawcami. Kierować i kontrolować wdrażanie kolejnych etapów i trzymanie dyscypliny. Także w razie konieczności nakładać kary za brak implementacji. Powinien mieć wpływ na infrastrukturę, ale i ceny energii.

Co jest nowego w projekcie Junckera? Wiele z proponowanych rozwiązań już istnieje w prawie unijnym, tylko nie jest stosowanych.

Do tego właśnie zmierzam. O unii energetycznej mówi się już od 2006 r. i sporo zapisów z tym związanych już zostało przyjętych. Przecież istnieje III pakiet energetyczny, który wiele kwestii reguluje. Unijne prawo daje możliwość tworzenia regionalnych systemów reagowania kryzysowego. Kto z tego korzystał poza przymiarkami w krajach bałtyckich? Jest też możliwość udziału Komisji Europejskiej w negocjacjach z partnerem ościennym. Ale są to na ogół martwe zapisy, które nie są obowiązkowe i nikt ich nie egzekwuje. Stoimy w miejscu. Popatrzmy na sytuację, w jakiej teraz jesteśmy. W ciągu tych lat doszliśmy do momentu, w którym jesteśmy jeszcze bardziej zależni od Rosji niż w 2006 r., a ceny energii znacząco wzrosły: dla przemysłu są dwukrotnie wyższe niż amerykańskie. Ta zależność energetyczna od Rosji ma negatywny wpływ na politykę zagraniczną Unii Europejskiej. Wiele krajów chce wycofania się z sankcji przeciw Rosji, bo są po prostu zależni od energii z Rosji. Zwiększając niezależność energetyczną – zarówno od Rosji, jak i krajów bliskowschodnich – zyskujemy autonomię. Uderzmy Putina tam, gdzie go najbardziej zaboli. Czas najwyższy, żeby Unia pokazała zęby. Proszę popatrzeć na handel międzynarodowy, ten sektor działa dobrze. Jesteśmy jako UE liczącym się partnerem na świecie, bo w naszym imieniu umowy z innymi dużymi graczami negocjują unijni przedstawiciele. I tak powinna też w przyszłości wyglądać polityka energetyczna.