Ta podróż musiała być naprawdę ważna, skoro Donald Tusk udał się do Nigerii dokładnie 10 kwietnia. „To wizyta, której celem jest nadgonienie zaległości” – powiedział premier przed odlotem. Szefowi rządu towarzyszyło aż 30 przedstawicieli firm, na miejscu podpisano trzy umowy o współpracy oraz partnerstwie strategicznym. Najpewniej afrykańska wyprawa, poza szumnymi deklaracjami, nie przyniesie zbyt wielu konkretnych efektów. Zawsze istnieje jednak szansa, iż będziemy świadkami trzeciej odsłony fascynującego spektaklu o polskich ambicjach na Czarnym Lądzie.

Ci tchórzliwi Portugalczycy

Wiadomością, że Polska planuje odebranie Portugalii jej kolonii w Angoli, zainteresowała się w 1930 r. prasa na świecie. Rząd portugalski zajął natychmiast wrogą postawę wobec naszej polityki, a nasze poczynania zrodziły w pewnych poważnych kołach angielskich zaniepokojenie aspiracjami Polski – zanotował ówczesny wiceminister spraw zagranicznych Józef Beck.

Na pomysł przejęcia Angoli wpadł już w połowie lat 20. założyciel Polskiego Towarzystwa Kolonialnego Kazimierz Głuchowski. Po podróży do Afryki opublikował w miesięczniku „Morze”, wydawanym przez Ligę Morską i Rzeczną (LMiR), artykuł wzywający do wykrojenia tej połaci Czarnego Lądu dla osadników z Polski. Idea szybko zyskała zwolenników, Głuchowski został prezesem LMiR i wysłał do Angoli delegację ekspertów, by zbadali teren. Ich raport stał się podstawą do wywierania nacisków na rząd, by przy okazji rokowań z Portugalią na temat traktatu handlowego zagwarantował Polakom możliwość prowadzenia akcji osiedleńczej. Zawiązano też spółkę Polangola i spółdzielnię kooperacyjną Alfa, planując, iż będą one pośredniczyć w wymianie handlowej między Rzeczpospolitą a jej przyszłą kolonią.

W grudniu 1929 r. prasa informowała o wyjeździe pierwszej grupy osadników. W rzeczywistości tworzyli ją hrabia Michał Zamoyski z żoną, mający zostać przedstawicielami spółki „Polangola”. Pół roku później dołączyło do nich jeszcze sześciu Polaków z inż. Adamem Paszkowiczem na czele, chcącym wybudować w Afryce wielką cementownię. Ich wyjazd wzbudził w prasie entuzjazm i tak pobudził wyobraźnię czytelników, że grupa oszustów podszywających się pod organizatorów akcji osiedleńczej z powodzeniem wyłudzała od ziemian spore sumy, sprzedając im nieistniejące afrykańskie grunty.

Ten skandal nie przeszkodził w rozpoczęciu dyskusji o tym, jak odebrać kolonie Portugali. Być może gdyby do Afryki dotarło jeszcze kilku osadników znad Wisły, szanse wyparcia Portugalczyków poważnie by wzrosły. Tak się jednak nie stało, zaś zaniepokojona Lizbona wprowadziła liczne obostrzenia prawne uniemożliwiające Polakom wjazd na teren Angoli. Ofiarą wywołanej przez siebie afery padł też Głuchowski, który stracił fotel prezesa LMiR.

Jednak propagowane przez niego idee okazały się bardzo frapujące. Rzeczpospolita pogrążała się w gospodarczym kryzysie, rosło bezrobocie, wsi doskwierało przeludnienie. Pomysł, by ekspediować do odległych kolonii ludzi niemogących znaleźć pracy w kraju, wydawał się na czasie. Decyzją rządu LMiR w 1930 r. przekształcono w Ligę Morską i Kolonialną (LMiK), powierzając stanowisko prezesa jednemu z najbliższych współpracowników marszałka Piłsudskiego – generałowi Gustawowi Orlicz-Dreszerowi. Nieco wcześniej rząd Francji zaproponował nam utworzenie sześciu rejonów osiedleńczych na Madagaskarze. Paryż chciał ściągnąć tam tanią siłę roboczą, z kolei Warszawa zażądała obszarów autonomicznych i możliwości transferowania zysków do kraju. W efekcie rozmowy zerwano, ale pomysły, jakie się wówczas narodziły, zaczęły żyć własnym życiem.

Jak zniewolić wyzwoleńców z Ameryki

Kierowana przez gen. Orlicz-Dreszera LMiK nie miała początkowo łatwego życia. Gdy w 1932 r. Józef Beck został szefem MSZ, zaczął utrącać wszelkie pomysły na pozyskanie dla Rzeczpospolitej terytoriów zamorskich. Uważał takie ambicje za absurdalne i grożące zepsuciem relacji z Wielką Brytanią oraz Francją.

Szybko się przekonał, że wiele wpływowych osób obozu sanacyjnego uważa coś przeciwnego. Wyobraźnie polityków rozpaliło zwłaszcza poufne memorandum Orlicz-Dreszera. Generał przedstawił w nim wizję Polski posiadającej zamorskie włości, oferujące nowym osadnikom żyzne ziemie, a przemysłowi z metropolii rynek zbytu gotowy wchłonąć wszelkie towary.

Pod wpływem memorandum na początku 1933 r. Senat uchwalił apel do rządu o przygotowanie raportu, który miał dać odpowiedź na pytanie, czy możliwe jest przejęcie części byłych niemieckich kolonii w Kamerunie oraz Togo. MSZ zajęło się sprawą, ale Beck robił wiele, żeby nic z tego nie wyniknęło. Szczęście jednak mu nie sprzyjało, bo traf chciał, że jesienią 1933 r. Warszawie przypadł na forum Ligi Narodów obowiązek przygotowania sprawozdania na temat szerzącego się niewolnictwa w Liberii. Temu afrykańskiemu krajowi, założonemu przez urodzonych w Stanach Zjednoczonych Murzynów, którzy odzyskali wolność, groziło narzucenie protektoratu Ligi Narodów, jeśli oskarżenia by się potwierdziły. Nic dziwnego, że prezydent Liberii Edwin Barclay wyprawił do Warszawy z misją posła Leo Sajousa. Zaoferował on stronie polskiej niezwykle korzystną ofertę gospodarczą. Rozpoczęte negocjacje zakończyły się w kwietniu 1934 r. podpisaniem w Monrovii umowy przyznającej Rzeczpospolitej na terytorium Liberii 50 plantacji o powierzchni ponad 10 tys. ha, koncesji na badania geologiczne oraz stref wolnocłowych w portach. Do paktu dołączono tajną klauzulę, w której Warszawa obiecywała pomoc przy modernizacji wojsk Liberii, w zamian oczekując, iż gdyby wybuchła w Europie wojna, wówczas afrykańskie państwo odda Polsce pod komendę 100 tys. żołnierzy.

Po podpisaniu dokumentu z Gdyni wyruszył do Liberii masowiec „Poznań”, wioząc w ładowniach: sól, cement, żelazo i nocniki. Obecny podczas rozładunku towarów w Monrovii pisarz i podróżnik Jerzy Giżycki zanotował, jak bardzo tubylcy poczuli się rozczarowani jakością polskiej oferty handlowej. „Nocniki takie odrapane i bez pokrywek? – zdziwili się czarni. – Czy wy sądzicie, że my jesteśmy dzikusami, aby wąchać smród z nocników bez pokrywek!” – opisywał. Podobny entuzjazm wzbudziły ćwierćtonowe beczki z cementem. „Najsilniejsi nawet Murzyni beczek na plecy nie wezmą, a rozbijać nie można, bo wilgoć piekielna i nim cement dojdzie do swego przeznaczenia – skamienieje!” – zanotował Giżycki.

A był to dopiero początek kłopotów. Gdy w Liberii zaczęli się osiedlać polscy plantatorzy, wywiady krajów zachodnich ujawniły tekst tajnej klauzuli. W lokalnych gazetach zaczęły się pojawiać ostrzeżenia, iż Warszawa zamierza podbić to afrykańskie państwo i zamienić w swoją kolonię. W końcu miejscowi żołnierze przechwycili tajemniczy transport ciężkich karabinów maszynowych i broni strzeleckiej. „Liberia może być wchłonięta przez żarłoczną Polskę” – ostrzegał w lipcu 1937 r. amerykański „Pittsburgh Courier”, donosząc, że Warszawa planowała dokonać przewrotu w tym afrykańskim kraju. W tym momencie zareagował rząd Stanów Zjednoczonych: ambasador RP w Waszyngtonie był kilkakrotnie wzywany do Departamentu Stanu. Tam uświadamiano go, że USA nigdy nie dopuszczą do tego, aby Liberia utraciła niepodległość. Presja wywierana przez Amerykanów zmusiła Warszawę do zaniechania dalszej akcji osiedleńczej.

Kolonie na miarę mocarstwa

Pod koniec 1936 r. szef francuskiej dyplomacji Yvon Delbos wznowił rozmowy z Polską na temat możliwości wspólnego użytkowania Madagaskaru. Podczas jego wizyty w Warszawie przygotowaniem śniadania zajęła się osobiście Jadwiga Beck. Chcąc olśnić gościa, udekorowała stół w bardzo niezwykły sposób. „Na wielkich taflach lustrzanych płynęły śliczne cacka – żaglówki. Wśród nich, po jednej lub grupami, rozrzucone były (na niewidocznych spodeczkach z wodą) pąsowe gwiazdy kwiatu poncji” – zapisała we wspomnieniach żona polskiego ministra spraw zagranicznych. Po ujrzeniu zastawy francuski ambasador Leon Noel wysłał do Paryża raport o treści: „Chcąc od początku zwrócić uwagę na polskie ambicje (kolonialne – aut.) użyto dość nieoczekiwanego sposobu. Na śniadaniu wydanym przez państwa Becków dla naszego ministra tylko okręty i morskie emblematy znajdowały się na stole”.

Same rozmowy przebiegły jednak owocnie, zwłaszcza dla strony polskiej, bo wówczas zrodził się pomysł, by na Madagaskarze osiedlać Żydów. Idea wyekspediowania na drugi koniec świata choć części z liczącej 3,4 mln ludzi mniejszości bardzo się spodobała polskiemu rządowi, który nie wiedział, jak uporać się z rosnącą w kraju falą antysemityzmu. Na Madagaskar wysłano polsko-żydowską komisję, którą kierował mjr Mieczysław Lepecki, a sekundował mu dyrektor Żydowskiego Towarzystwa Emigracyjnego Leon Alter. Po powrocie ogłoszono raport uznający wyspę za teren przyjazny dla osadników.

Jednak gdy polski ambasador w Paryżu Juliusz Łukasiewicz chciał przystąpić do finalizacji rozmów, usłyszał od francuskiego ministra terytoriów zamorskich i kolonii Georgesa Mandela ostrzegawczą uwagę: „Pan ambasador chce, żebym ja – Żyd – rozpętał antysemicką burzę we Francji?”. Nie mylił się. Kiedy francuska opozycja dowiedziała się o planach osiedlenia Żydów na Madagaskarze, natychmiast wyeksponowała to, iż socjalistyczny premier Leon Blum ma semickie korzenie, podobnie jak kilku ministrów. Sugestia, że rząd chce oddać francuską kolonię Żydom, rozwścieczyła także francuskich patriotów. Gdy w kwietniu 1938 r. gabinet Bluma upadł, Paryż zerwał wszelkie rozmowy dotyczące Madagaskaru.

Kolejne niepowodzenie nie ostudziło kolonialnych apetytów w Polsce. Po śmierci Orlicz-Dreszera nowym prezesem Ligi Morskiej i Kolonialnej został gen. Stanisław Kwaśniewski, a głównym protektorem organizacji gen. Kazimierz Sosnkowski. Organizacja skupiała już ponad milion członków i do pełni szczęścia brakowało jej tylko jakiejś afrykańskiej kolonii. Wówczas powstał plan zagarnięcia portugalsko-belgijskiej kompanii handlowej posiadającej we władaniu angolańską prowincję Kabinda.

Spółka z powodu marnych przychodów traciła płynność finansową i Belgowie szukali kupców na swoje udziały. I znaleźli ich w Warszawie. Negocjacje ze stroną belgijską zakończono w połowie 1938 r. i natychmiast zaczęto wysyłać do Kabindy osadników, którzy dzięki pomocy nadal przebywającego tam hrabiego Zamoyskiego założyli siedem plantacji. Do pełnego sukcesu brakowało jedynie odsprzedania akcji przez stronę portugalską, by Kabinda stała się polska. W MSZ powstał plan założenia przez podstawione osoby fikcyjnej spółki i wykupienia w Lizbonie rzeczonych udziałów. Ministerstwo zamierzało wyasygnować na ten cel prawie 2 mln zł (ok. 400 tys. ówczesnych dolarów). Potem rozważano nawet przejęcie całej Angoli. W przygotowanych w marcu 1939 r. przez MSZ opracowaniu zwracano uwagę na to, że Portugalia jest krajem słabym i nie ośmieli się wystąpić zbrojnie przeciwko Polsce mającej podpisane układy sojusznicze z Wielką Brytanią i Francją.

Pechowo właśnie akurat wtedy Adolf Hitler postanowił rozpocząć realizację planów zdobycia przestrzeni życiowej dla Niemców na wschodzie i polska ekspansja kolonialna wzięła w łeb.

Premierze, co z tą Angolą

Po II wojnie światowej to, iż Polska Ludowa stała się krajem podporządkowanym woli Moskwy, wcale nie oznaczało, że wszyscy Polacy przestali marzyć o afrykańskich podbojach. Kiedy na początku lat 60. dekolonizacja Czarnego Lądu zaczęła nabierać tempa, dyplomaci z PRL wykazywali niezwykłą aktywność w tamtym rejonie świata. Spośród krajów Bloku Wschodniego Polska była pierwszym, który zawierał w 1961 r. umowy o współpracy gospodarczej z Ghaną i Nigerią.

Sprawy wyglądały bardzo obiecująco. Oba państwa posiadały ogromne zasoby cennych surowców i zdawały się ogromnym rynkiem zbytu dla produktów przemysłowych. Premier Ghany Kwame Nkrumah chętnie dał się zaprosić do Warszawy, a gdy wrócił do ojczyzny, z ochotą zabrał się do wprowadzania systemu jednopartyjnego. Dużo większy dystans wobec komunistycznych przyjaciół zachował premier Nigerii Abubakar Tafawa Balewa, być może dlatego, że był muzułmaninem. Jednak nie przeszkodziło mu to w przyznaniu PRL klauzuli najwyższego uprzywilejowania. Idylla trwała krótko. Obaj afrykańscy przywódcy z powodu zamachów stanu stracili władzę (Balewa także życie) w 1966 r. Ich następcy nie zamierzali okazywać Polsce już tyle przyjaznych uczuć. Analizując przyczyny klęski, MSZ w przygotowanym w 1969 r. opracowaniu tłumaczyło się, że: kraje socjalistyczne z przyczyn obiektywnych nie były w stanie zastąpić krajów zachodnich zarówno dlatego, że nie miały odpowiednich możliwości udzielania szerokiej pomocy gospodarczo-finansowej, jak i z braku dostatecznego rozeznania sytuacji i potrzeb poszczególnych krajów.

Porażka nie oznaczała wyrzeczenia się planów politycznej i gospodarczej ekspansji Czarnej Afryki (tak nazywano środkową i południową część kontynentu dla odróżnienia od krajów arabskich nad Morzem Śródziemnym). Zadanie jej przygotowania powierzono departamentowi V MSZ. Na początku lat 70. PRL uruchomił ambasady w 26 państwach Czarnego Lądu. Ocieplaniem stosunków z Afrykańczykami zajmował się też Polski Komitet Solidarności z Narodami Afryki i Azji. Dostarczał on zaprzyjaźnionym państwom lub organizacjom za darmo lub na kredyt żywność, artykuły przemysłowe, a przede wszystkim broń pochodzącą z wojskowych zapasów (często zużytą i wybrakowaną). Komitet organizował też szkolenia wojskowe i rekrutował młodzież na studia w Polsce.

Próbowano także robić interesy za pośrednictwem Przedsiębiorstw Handlu Zagranicznego. Utworzone przez polskie państwo PHZ starały się na terenie Afryki zakładać lokalne spółki z miejscowymi rządami lub przedsiębiorcami. W Kenii PHZ Dal założył Kenya Engineering Industries produkujący na miejscowy rynek: narzędzia, kłódki i okucia budowlane. W Nigerii powstała spółka Polfa-Nigeria sprzedająca tam polskie farmaceutyki i wyroby chemiczne. Najciekawszy profil produkcji wybrała założona w Ghanie przez Dal i Metalexport w 1974 r. Bibiani Metal Complex Ltd. Według przedstawionego sprawozdania: „zakres działalności spółki obejmuje produkcję i zbyt maczet, sierpów, siekier, łopat i innych wyrobów metalowych”, co miało przynosić rocznie ok. 600 tys. dol. dochodu. Wiceminister handlu zagranicznego Stanisław Długosz w książce „Służyłem dziewięciu premierom” wspominał, że: „Szczytowe pochlebstwo słyszałem na naradzie ambasadorów prowadzonej przez I sekretarza Gierka”. Wygłosił je Witold Jurasz, ambasador PRL w Nigerii, powiadając, „że kiedy był w głębokim buszu, to spotkał Murzyna, który czytał gazetę. Jak dowiedział się, że jest ktoś z Polski, to prosił, aby przekazać najserdeczniejsze życzenia I sekretarzowi” – opisywał Długosz.

Na fali pierwszych sukcesów premier Piotr Jaroszewicz zainteresował się Angolą. Wiosną 1975 r. wszystko wskazywało na to, że kraj ten po wielu latach walk partyzanckich wyzwoli się spod kolonialnej dominacji Portugalii. Departament V MSZ donosił: „Angola i Mozambik są obiecującymi partnerami w dziedzinie handlu, żeglugi i rybołówstwa. Angola należy do najbogatszych w surowce krajów afrykańskich”. Po czym sugerowano: Okres przejściowy w obu tych krajach stanowi dogodny moment do zabezpieczenia przez kraje socjalistyczne – w tym Polskę – odpowiedniej pozycji na przyszłość. Sugerowano wysłanie tam ekspertów i nawiązanie za pośrednictwem Polskiego Komitetu Solidarności z Narodami Afryki i Azji kontaktów z organizacjami lewicowymi. Pozyskać je miano, oferując pieniądze oraz karabiny.

Tak też uczyniono, ale zaraz po tym, jak w listopadzie 1975 r. Angola proklamowała niepodległość, wybuchła wojna domowa. Zaangażował się w nią walczący o dominację w Trzecim Świecie Związek Radziecki wraz Kubą i innymi krajami bloku wschodniego. W efekcie Polska szkoliła nieodpłatnie marynarzy dla marynarki wojennej komunistycznej Angoli, wysyłała instruktorów wojskowych oraz importowała angolańską kawę, płacąc kilka razy więcej, niż wynosiła jej cena rynkowa. Do interesu trzeba było więc jak zwykle dokładać, nic w zamian nie zyskując. Te właśnie tradycje wieloletniej współpracy ukazują, czemu afrykańskie kraje tak lubią robić interesy z Polakami.

Tubylcy poczuli się rozczarowani jakością polskiej oferty handlowej. Nocniki odrapane i bez pokrywek? Czy wy sądzicie, że jesteśmy dzikusami?