"Główną walutą, w której obecnie widzimy słabość, jest złoty. Polska wydaje się mieć mniejszą poduszkę niż Węgry i w razie kryzysu zostałaby prawie bez rezerw" - napisali analitycy JP Morgan w swym raporcie, którego fragmenty publikuje dziś "Rzeczpospolita".

To mocne słowa. Tym bardziej, że to Węgry uchodziły za kraj, który pogrąża się w recesji. To forint miał być tą walutą, która potrzebowała pomocy MIędzynarodowego Funduszu Walutowego. Polska miałaby być na tle innych krajów regionu wyspą, którą oszczędzi finansowe tornado.

Po co ludzie banku JP Morgan piszą takie rzeczy? "To bardzo nieprofesjonalne i nielicujące z godnością analityka opracowanie" - powiedział "Rzeczpospolitej" Jarosław Janecki, główny ekonomista Societe Generale.

Kłamliwe argumenty

Nielicujące z godnością jest głównie to, że argumenty przytaczane przez JP Morgan są dyskusyjne, a niektórzy twierdzą, że nawet kłamliwe. JP Morgan twierdzi, że Polska ma gigantyczny krótkoterminowy dług zewnętrzny, z którym sobie nie poradzimy (w przyszłym roku mamy ponoć spłacić 96,3 miliarda dolarów).

Były minister finansów Mirosław Gronicki twierdzi, że dane są zawyżone. Powiedział "Rzeczpospolitej", że analitycy wzięli pod uwagę całkowity dług, łącznie z zadłużeniem przedsiębiorstw. Dodał, że w raporcie nie uwzględniono możliwości, jakie ma Polska przy spłacaniu tego długu. Chodzi o to, że możemy odroczyć spłatę więcej niż 50 procent zadłużenia.

W dobie silnych wahań na rynku walutowym i zawirowań na giełdzie, raport wygląda wyjątkowo podejrzanie. Powszechnie bowiem wiadomo, że gdy gwałtownie spadają i rosną notowania, zarabiają na tym spekulanci.

Po kilkudniowym załamaniu się naszej waluty, złoty odrabia straty. Dziś pnie się do góry. Nie wiadomo jednak, jak długo potrwa taki trend. Rynki zachowują się nieprzewidywalnie.