Paweł Szewczyk, prezes windykacyjnej spółki Kredyt Inkaso, mówi, że w tym roku bankowcy będą próbowali sprzedać tzw. detaliczne kredyty niezabezpieczone warte 14 mld zł. Do tego dorzucą jeszcze jakieś 5 mld zł niespłacanych kredytów hipotecznych. Skąd ten wniosek? Banki są ostatnio bardzo aktywne na rynku. Już pod koniec ubiegłego roku Raiffeisen Polbank sprzedał z sukcesem 1,7 mld zł złych kredytów. Getin Noble Bank znalazł kupców na jeszcze większy portfel wart prawie 2 mld zł. W kolejce mamy kolejne co najmniej dwie duże transakcje: zachęcony ubiegłorocznym sukcesem Raiffeisen Polbank szuka już kupców na 1 mld zł zagrożonych kredytów hipotecznych. A kolejny oferent, bank z pierwszej trójki polskiego sektora bankowego, wystawi niebawem na sprzedaż dług w wysokości 1,8 mld zł.

Zagranica szuka zysków

Pomijając wszystkie korzyści podatkowe i księgowe, banki pozbywają się złych długów, bo ich ceny w ostatnich miesiącach poszły w górę. Mówiąc inaczej, bardziej opłaca się sprzedać niepracujący kredyt nawet za 20 proc. jego wartości (a w przypadku hipotek 30 proc. i więcej) i zainkasować kilkaset milionów złotych, niż utrzymywać rezerwy na taki dług, które pogarszają tylko bankowe wskaźniki.

A ceny długów rosną, bo coraz bardziej interesują się nimi zagraniczni inwestorzy z branży windykacyjnej.

ZOBACZ TEŻ: Marek Belka do bankowców: A teraz powiem o was prawdę >>>

- Napływ kapitału zagranicznego przełożył się na wzrost cen wierzytelności osiąganych na przetargach. Zjawisko takie obserwowaliśmy w ubiegłym roku, kiedy to wzrost ceny wybranych klas wierzytelności sięgnął nawet 50 proc. Wzrost ten wywołany był właśnie napływem kapitału, a nie poprawą wskaźników spłacalności lub polepszeniem jakości sprzedawanych portfeli – mówi Krzysztof Borusowski, prezes spółki Best, jednej z największych na tym rynku.

Zagranica wietrzy bowiem niezły zysk na inwestycjach w niespłacane polskie kredyty. Z jednej strony inwestor z Zachodu może dość tanio sfinansować całą operację, pożyczając na nią pieniądze u siebie (rentowność długu w strefie euro jest bardzo niska i będzie jeszcze niższa ze względu na rozpoczynający się w marcu program drukowania euro przez EBC). Z drugiej odzysk na kupionym długu w Polsce z dużym prawdopodobieństwem będzie wyższy niż na jego macierzystym rynku, gdzie panuje gospodarcza stagnacja.

- Rynek wierzytelności w takiej Hiszpanii czy we Włoszech jest co prawda głęboki, jest na nim sporo ofert, ale warunki odzyskiwania takich wierzytelności się pogorszyły. Mówiąc krótko potencjalny zysk z inwestycji jest niski. To zmusza zagraniczne firmy do szukania go na innych rynkach. Szacujemy, że w Polsce mogą oni zarobić o około 30 proc. więcej niż u siebie - mówi prezes Szewczyk.

Kierowane przez niego Kredyt Inkaso podjęło właśnie współpracę ze światowym potentatem w tej branży - amerykańskim funduszem PRA. To on stoi za kupnem 2 mld zł wierzytelności od Getin Noble Banku z grudnia ubiegłego roku.

Kredyty hipoteczne idą na sprzedaż

Piotr Krupa, prezes firmy Kruk, dodaje, że kapitał z zagranicy od dawna interesuje się polskim rynkiem długów. Ale do tej pory wielu z nich nie odważyło się na wejście z uwagi na mocno konkurencyjny rynek wierzytelności niezabezpieczonych.

- Sytuacja nieco zmieniła się w poprzednim roku, kiedy otworzył się rynek wierzytelności hipotecznych, który z racji wielkości nakładów jeszcze skuteczniej odcina małym firmom udział w przetargach - mówi Krupa. Bartłomiej Konradi, analityk rynku z firmy Ultimo, dodaje, że to typowa cecha zagranicy: interesują ich tylko duże "paczki" długów, transakcje sprzedaży kredytów wartych 200-300 mln zł to dla nich gra niewarta świeczki.

- Taka polityka inwestycyjna firm może jedynie skłonić banki, które wcześniej dzieliły portfele na mniejsze części, do wystawienia na sprzedaż jednorazowo dużych pakietów, licząc właśnie na zaangażowanie zagranicznych podmiotów - mówi Konradi. A Krzysztog Matela, prezes EGB Investment, dodaje, że konsekwencją tego jest może być napływ dodatkowego kapitału na rynek,

- Co w pewnych sytuacjach może doprowadzić do zawarcia transakcji, która nie mogłaby być dokonana z wykorzystaniem potencjału polskiego rynku - mówi.

Długi hipoteczne są naturalnym "przedmiotem zainteresowania" zagranicy, bo wartość takich portfeli z natury rzeczy jest większa: 2 tys. kredytów na zakup mieszkań jest więcej wartych, niż taka sama liczba kredytów detalicznych. W ubiegłym roku sprzedano około 2 mld zł długów mieszkaniowych. Sam Kruk kupił portfele warte 1,2 mld zł. Prezes Krupa mówi dziś, że to przyszłościowy segment i wartość inwestycji w tego typu dług w tym roku się zwielokrotni. A powodem wcale nie musi być rosnący apetyt zagranicy, tylko konieczność czyszczenia bilansów przez polskie banki, które obecnie mają około 11 mld zł zagrożonych kredytów hipotecznych.

Dłużnik nie jest bez szans

Przejęcie kredytu przez firmę windykacyjną wbrew pozorom dla dłużnika nie musi oznaczać końca świata. Windykator chce przede wszystkim zarobić na przejętym długu. To wcale nie musi oznaczać spłaty całego zadłużenia. Mówiąc obrazowo: jeśli inwestor kupił dług za 20 proc. wartości, to osiągnie zysk już wtedy, gdy dłużnik spłaci 20 proc. długu plus 1 złoty. Oczywiście każdy inwestor chce zmaksymalizować zysk – ale to pokazuje, jak duże jest pole do negocjacji między dłużnikiem a windykatorem. To dlatego czołówka firm z ten branży stosuje tzw. strategię prougodową – czyli dąży do porozumienia z dłużnikiem, by skłonić go do systematycznych spłat choćby w niewielkich kwotach.

Ta sama zasada dotyczy również kredytów hipotecznych. Co prawda w tym przypadku wierzytelność jest zabezpieczona i firma windykacyjna teoretycznie może przejąć nieruchomość - ale to nie zawsze się jej opłaca. Windykator w przypadku takiego kredytu też ma większe pole manewru niż bank. Może np. zgodzić się na radykalne zmniejszenie rat i rozłożenie ich w dłuższym czasie - to nie generuje u niego dodatkowych strat.

To, jak bardzo będzie skłonny do ugody, zależy od ceny, jaką zapłacił za dług, nie bez znaczenia będzie również typ nieruchomości, na którą wzięto kredyt. Mało prawdopodobne, by firma windykacyjna dążyła do przejęcia mieszkań w mało atrakcyjnych lokalizacjach, przy płytkim rynku wtórnym. Gorzej, jeśli to nieruchomości w dużych miastach, przy dużym popycie na mieszkania. Rynek wierzytelności hipotecznych dopiero raczkuje i nie wiadomo, co będą robić firmy windykacyjne, gdy już kupią dużą ilość złych kredytów hipotecznych.

Teoretycznie może się nawet wykształcić wtórny obrót mieszkań przejmowanych przez firmy windykacyjne.