DGP: Sytuacja na polskim rynku pracy zaczyna przypominać tę w Niemczech z lat 60. XX w.: pojawia się coraz większa presja na ściąganie robotników z zagranicy. Co budzi liczne obawy i lęki. Część polityków oraz ludzi biznesu twierdzi uspokajająco, że to tylko sytuacja tymczasowa. Czy uważa pan, że właściwym podejściem do migracji jest myślenie, że ludzie popracują u nas kilka lat i sami wyjadą?

Reklama

Ruud Koopmans: Doświadczenie uczy, że jest to bardzo mało prawdopodobne, zwłaszcza gdy ściąga się ludzi z dalej położonych krajów. Ale do was przybyło pracować mnóstwo Ukraińców, prawda? Macie więc ogromną szansę na ich zintegrowanie na rynku pracy, bo to wasi bliscy sąsiedzi. A poza tym szansa, że ci migranci wrócą do siebie, jeśli potrzeby waszego rynku pracy spadną, jest znacznie większa, niż gdybyście sprowadzali pracowników z Brazylii czy Bangladeszu.

Przez lata panowała u nas zgoda, że należy zapraszać imigrantów z krajów bliskich kulturowo, takich jak Białoruś, Ukraina czy Gruzja. Teraz to się zmienia: otwieramy się na inne kierunki, bo potrzebujemy coraz więcej pracowników. Czy uważa pan, że taka postawa wobec migracji – zwracanie uwagi na bliskość kulturową – jest rodzajem dyskryminacji? Czy powinniśmy porzucić tę postawę i przyjmować po prostu tych, którzy mają największą szansę na integrację?

Im dystans kulturowy mniejszy, tym zwykle migranci zarobkowi łatwiej wtapiają się w przyjmujące społeczeństwo. Taki proces zachodzi również w specyficznym przypadku migracji zarobkowej, gdy rekrutuje się ludzi do konkretnej pracy. Ale to działa, pod warunkiem że granice otwieramy właśnie w sposób przemyślany – czyli określamy, jakich profesji nam brakuje, i przyjmujemy tych, którzy spełniają kryteria. Problem pojawia się przy migracji azylowej, bo tu najpierw wpuszcza się przybyszy, a dopiero potem ma się nadzieję, że znajdą pracę, co jest już ruletką.

A co z zarzutem dyskryminacji?

Migracja ekonomiczna jest uznaniowa, więc można np. zawierać umowy dotyczące migracji zarobkowej z dowolnym krajem. Nikt nie może zmusić państwa do zawarcia takiej umowy np. z Afganistanem czy Somalią. Nie ma więc powodu, dla którego nie można by brać pod uwagę czynników kulturowych jako jednego z wielu kryteriów.

CZYTAJ WIĘCEJ W ELEKTRONICZNYM WYDANIU MAGAZYNU DGP>>>

Autor wywiadu jest redaktorem „Układu Sił”
Reklama