Napięcia na rynku pracy są coraz wyraźniejsze. Po stronie popytowej odnotowujemy rekordowe zapotrzebowanie na kadry, głównie ze strony dużych i prywatnych przedsiębiorstw – mówi DGP Andrzej Kubisiak, dyrektor zespołu analiz w Work Service, firmie specjalizującej się w rekrutacji pracowników.
Jego słowa potwierdzają najnowsze dane GUS. W końcu I kwartału 2018 r. liczba wolnych miejsc pracy w firmach zatrudniających co najmniej jedną osobę przekroczyła 152 tys. Ostatni raz tyle wakatów było dekadę temu, tuż przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego.
Nieobsadzonych miejsc pracy było na koniec marca o ponad 27 proc. więcej w porównaniu z tym samym okresem rok temu. Ssanie na pracowników widać też po rekordowej liczbie utworzonych w I kwartale nowych miejsc zatrudnienia. Ich liczba wyniosła 258 tys. i była o 14,4 proc. wyższa niż rok temu.
Od czterech lat systematycznie zawęża się podaż pracy w naszym kraju. Ograniczana jest głównie czynnikami demograficznymi, emigracyjnymi i niską aktywnością zawodową. W efekcie tych zjawisk pracodawcy w Polsce borykają się z coraz większymi trudnościami rekrutacyjnymi – zwraca uwagę ekspert Work Service.
Reklama
Z badań firmy wynika, że problemy z zapełnieniem wakatów raportuje już ponad połowa krajowych przedsiębiorstw. Dzieje się tak mimo napływu imigrantów zarobkowych zza naszej wschodniej granicy. To Ukraińcy są balsamem łagodzącym napięcia na rynku pracy. Bez nich pula wakatów na koniec I kwartału mogłaby przebić nawet pół miliona. Wciąż dominuje u nas imigracja krótkookresowa, ale przybywa też bardziej stabilnych form pobytu, których pozytywne efekty to odprowadzenie składek do ZUS, ale przede wszystkim szansa, że przybywający za pracą zapuszczą w Polsce korzenie. Dla ekspertów od migracji oczywiste jest bowiem, że tylko długookresowy napływ cudzoziemców do Polski daje nadzieję na łagodzenie naszych problemów demograficznych, które zaczynają się coraz mocniej dawać we znaki pracodawcom.

Imigranci to za mało

Andrzej Kubisiak z Work Service zwraca jednak uwagę, że paradoksalnie napływ pracowników ze Wschodu na podstawie oświadczeń – pozwalających na pół roku legalnej pracy w ciągu 12 miesięcy – w pierwszych miesiącach tego roku był niższy niż w roku ubiegłym. Pomimo tak dużego zapotrzebowania na kadry, w I kwartale urzędy pracy rozpatrzyły 317 tys. oświadczeń o powierzeniu zatrudnienia, co stanowiło wynik o ponad jedną trzecią mniejszy niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Był to głównie wynik zmian w przepisach dotyczących legalizacji zatrudnienia dla cudzoziemców. W efekcie pośredniaki zostały zasypane wnioskami od pracodawców i procedury zatwierdzania zezwoleń gwałtownie się wydłużyły.
Chociaż rola cudzoziemców na rynku pracy w Polsce rośnie i dotyczy już nie tylko prac niewymagających kwalifikacji, to nadal łatają oni luki w dużej mierze na podstawowych stanowiskach i w robotach sezonowych.
Ze statystyk GUS wynika zaś, że największe problemy rekrutacyjne są w przetwórstwie przemysłowym, gdzie liczba wakatów przekracza 34 tys. Nieco tylko „lepiej” jest w handlu i naprawie pojazdów (30 tys. wolnych miejsc pracy) czy budownictwie (23,9 tys.).
Największy skok liczby nieobsadzonych etatów zanotowano w budownictwie, gdzie w IV kwartale brakowało 17,9 tys. pracowników, i handlu, który potrzebował 11,9 tys. osób – podkreśla Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker.

Bezrobocie już dawno nie jest problemem

Eksperci zwracają uwagę, że w dłuższym horyzoncie czasowym rekrutowanie pracowników będzie dla przedsiębiorców coraz większym wyzwaniem. Do stawienia mu czoła mogą nie wystarczyć imigranci zarobkowi, ale trzeba będzie sięgnąć po rezerwy rynku pracy w postaci długotrwale bezrobotnych oraz biernych zawodowo.
Bezrobocie bowiem nie jest już w Polsce problemem. Ze statystyk Eurostatu wynika, że sięgający na koniec kwietnia 3,8 proc. odsetek osób bez pracy sytuuje nas na 5. miejscu w unijnej „28”, jeśli chodzi o najniższą stopę bezrobocia. Lepiej jest tylko w Czechach, na Malcie, w Niemczech i na Węgrzech.
Według krajowej metodologii obliczania stopy bezrobocia na podstawie osób zarejestrowanych w urzędach pracy, statystyki są nieco gorsze. Z szacunków resortu pracy wynika, że osoby bezrobotne stanowią 6,1 proc., ale i tu z miesiąca na miesiąc mamy do czynienia ze zmniejszaniem się tego odsetka. W pierwszych dwóch miesiącach tego roku stopa bezrobocia rejestrowanego spadała w relacji rocznej o 1,6 pkt proc., w kwietniu o 1,3 pkt proc., a w maju o 1,2 pkt proc. Jednak w ocenie ekonomistów pole do dalszej poprawy się zawęża.
Naszym zdaniem główną przyczyną wolniejszego niż w poprzednich miesiącach tempa spadku stopy bezrobocia rejestrowanego jest niedopasowanie kwalifikacji osób zarejestrowanych jako bezrobotne do struktury popytu na pracę zgłaszanego przez przedsiębiorców. Zakładamy, że roczne tempo redukcji stopy bezrobocia w kolejnych miesiącach będzie w dalszym ciągu się kurczyło – przewiduje Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku, i wskazuje, że na koniec roku bezrobocie wyniesie 5,8 proc., czyli będzie rok do roku niższe o 0,8 proc.

Roboty na ratunek

Z kolei analitycy Banku Pekao, którzy również stoją na stanowisku, że na spektakularne spadki liczby bezrobotnych nie należy już liczyć, zwracają uwagę, że wkrótce problemem stanie się hamowanie wzrostu zatrudnienia. Zasób wolnej siły roboczej kurczy się bowiem, chociaż popyt na pracę pozostaje silny.
Nieunikniony ze względów demograficznych spadek liczby aktywnych zawodowo przy jednoczesnym braku potencjału do dalszego istotnego spadku bezrobocia w średnim terminie przełoży się na wyhamowanie, a następnie kurczenie się liczby pracujących – rok 2018 najprawdopodobniej zakończy długi okres jej wzrostów. Będzie to kluczową barierą rozwoju dla polskiej gospodarki, która wymusi dalszą aktywizację zawodową ludności oraz intensyfikację wzrostu produktywności pracy – ocenia w czerwcowym raporcie z prognozami Bank Pekao.
Droga do osiągnięcia tego drugiego celu wiedzie zaś przez innowacyjność i automatyzację.