Dziennik Gazeta Prawana logo

Hipokryzja władzy? Niech ustawowe stawki zapłacą inni, ale nie rząd

6 stycznia 2017, 12:30
Ten tekst przeczytasz w 18 minut
Polski złoty
Polski złoty/Shutterstock
Rząd wprowadził minimalną stawkę godzinową – 13 zł. Mówi, że po to, by poprawić los najgorzej opłacanych pracowników. Ale sam tyle za pracę płacić nie chce.

Pan Marek prowadzi firmę ochroniarską pod Warszawą. Zatrudnia ludzi i na etat, i na umowę-zlecenie, lecz – tego nie ukrywa – ze znaczą przewagą tych drugich. Bo ci drudzy są tańsi. Jego pracownicy ochraniają parkingi, osiedla, sklepy czy jednostki wojskowe. Ma podpisane kontrakty zarówno z firmami prywatnymi, jak i państwowymi, bo w sądach, szpitalach i urzędach też ktoś musi stać na bramce. Do tej pory panu Markowi biznes kręcił się wzorowo, lecz teraz – po wejściu w życie nowych przepisów – może mu się zawalić. Bo od stycznia rynek usług za sprawą zmiany ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę zmieni się nie do poznania.

To dobra wiadomość dla pracowników pana Marka, ponieważ wszyscy, którzy zarabiali grosze, dostaną podwyżkę. Znacznie gorsza dla niego, bo kontrahenci nie kwapią się do zmiany stawek w kontraktach, choć ustawa nakłada na nich taki obowiązek. – – martwi się pan Marek. Zmiany w przepisach nazywa hipokryzją władzy, bo kiedy stawał do przetargów na ochronę obiektów administracji publicznej, już w sierpniu, po parafowaniu nowego prawa przez prezydenta Andrzeja Dudę, urzędy dyktowały godzinową stawkę 11–12 zł. – – bezradnie rozkłada ręce.

Kiedy pytam zaczepnie, czy nie czuje nadejścia dobrej zmiany i chęci uwolnienia rynku pracy od umów śmieciowych, pan Marek demonstracyjnie puka się w czoło. – – relacjonuje pan Marek.

Staruszek portier w cenie konwojenta

Aby uporządkować chaos płacowy, rząd usiadł do rozmów ze związkowcami oraz środowiskiem pracodawców. W kwietniu ubiegłego roku na zgliszczach dawnej Komisji Trójstronnej powstała Rada Dialogu Społecznego, która poparła projekt minimalnej stawki godzinowej na poziomie 12 zł brutto. Zgodzono się, że obejmie ona te osoby zatrudnione na umowy-zlecenia, które nie ustalają samodzielnie sposobu realizacji pracowniczych zadań oraz nie otrzymują wynagrodzenia prowizyjnego. Pod ustawową ochronę wzięto też osoby na samozatrudnieniu – pod warunkiem świadczenia przez nie jednoosobowych usług dla firm. Legislacyjny kamyk wtoczony wspólnymi siłami na sam szczyt trudnych negocjacji pociągnął za sobą lawinę zdarzeń, które przyspieszyły narodziny nowego prawa – w lipcu Sejm uchwalił ustawę, w drugiej połowie sierpnia Andrzej Duda złożył pod nią podpis. Po waloryzacji minimalna stawka godzinowa wynosi 13 zł brutto i stanowi gwarancję dla pracowników pozbawionych luksusu zatrudnienia na etacie, że nie zarobią poniżej tej kwoty.

Minister rodziny Elżbieta Rafalska nie nazywa wprost nowej ustawy . Raczej zachętą dla pracodawców, którym ma się opłacać przenoszenie pracowników na etaty. Przyjrzyjmy się wnikliwiej resortowym wyliczeniom. Zgodnie z obowiązkiem kodeksowym mamy do przepracowania 168 godzin w miesiącu. Pracodawca, przemnażając liczbę roboczogodzin przez minimalną stawkę godzinową, musi wypłacić pracownikowi na śmieciówce 2184 zł brutto. Chyba że zatrudni go na umowie o pracę, wtedy – korzystając z dobrodziejstwa również podwyższonej od 1 stycznia płacy minimalnej – jego miesięczny koszt zamknie się w kwocie 2 tys. zł brutto. Różnicę widać gołym okiem. – – potwierdza rzecznik Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Marek Lewandowski. Sprawdźmy dla porządku: rzeczywiście po podzieleniu wartości płacy minimalnej przez ustawową liczbę godzin do przepracowania w miesiącu otrzymujemy stawkę 11,9 zł za godzinę. Czyli mniejszą niż 13 zł. A który przedsiębiorca nie chce zaoszczędzić...?

Pan Marek bierze kalkulator do ręki. Ale wychodzą mu inne kwoty. Bardziej urealnione, bo przecież zna specyfikę branży. W ochronie – w systemie zmianowym – pracuje się średnio 240 godzin. Co – przy nowej stawce godzinowej – daje kwotę 3102 zł. Jeśli hurtem przyjmowałby ludzi na etaty, nikt i tak nie zadowoli się płacą minimalną z pracy od ósmej do szesnastej. Czyli pracownicy wezmą nadgodziny. Przyjmijmy, że w niewielkim wymiarze – aby chociaż dobić do wspomnianych 240. Znów kalkulator idzie w ruch. Wychodzi, że z minimalnego etatu z nadgodzinami w nowych realiach ochroniarz pana Marka zarobi 2936 zł. A z umowy-zlecenia – wspomniane 3102 zł. Goniący za każdym groszem pracownik (wielu haruje ponad normę, nawet 600 godzin) wybierze więc opcję numer dwa. Nie tu jest jednak pies pogrzebany.

Szkopuł w tym, że do tej pory 13 zł zarabiała ochroniarska elita. Reszta dostawała głodowe lub przeciętne stawki. Najmniej ochroniarz na budowie, który za fatygę opuszczania i podnoszenia szlabanu otrzymywał od 2 do 6 zł netto. To właśnie do tej grupy płacowej przesunięto dozorców, stróżów parkingowych czy też panów na portierni, którzy z ochroną mają tyle wspólnego, że akurat weszli w okres ochronny i czekają na emeryturę. Wyżej zarobkowo są porządkowi z supermarketów (6–8 zł) i dopiero konwojenci mogą liczyć na pobory w okolicach 13 zł. Teraz to się zmieni, bo dostaną wszyscy – niezależnie od kwalifikacji, doświadczenia, stanu zdrowia. – – ironizuje pan Marek. –

Również zamawiający usługi nie byli skorzy przepłacać. W warunkach umowy jasno określali kryteria cenowe – miało być jak najtaniej. – – rachuje mój rozmówca.

Żółta kartka dla ministra Ziobry

Nowa ustawa miała przemeblować rynek usług. No to mebluje – z rozmachem. Nikt nie ukrywa, że nie obejdzie się bez ofiar i że nie będzie bolało. Pacjent, czyli rynek, wymaga leczenia. Na razie nie wiadomo, kiedy wyzdrowieje, ale choroba nie jest śmiertelna, chociaż zakaźna i niestety można mówić o epidemii. Wirus rozprzestrzenił się po wielu branżach – kiepsko jest w przeprowadzkach, budownictwie, gastronomii, cateringu, ochronie mienia czy usługach sprzątających. – – mówi z ulgą w głosie Michał Kulczycki, przewodniczący Solidarności Pracowników Ochrony, Cateringu i Sprzątania. –

Zwolennicy wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej wierzą, że położy ona kres cwaniactwu. Szpachlowanie dziurawego prawa to robota żmudna i obliczona na długie lata, ale na początek zadowolą się drobnymi sukcesami. Pożarem, który trzeba ugasić w pierwszej kolejności, jest hybrydowy system zatrudnienia – z jednej strony na okrawek etatu, w wymiarze: powiedzmy 1/32, a z drugiej – już normalnie – na umowę-zlecenie. Państwowy zleceniodawca ogłaszający przetarg, nawet jeśli chce dać angaż pracownikom firmy na etacie i naprawdę dobrze mu z oczu patrzy, musi się liczyć z tym, że – przykładowo – tylko dwóch na dwudziestu pracowników posiada umowę o pracę i że tego nikt nie sprawdzi, a aplikant bez problemu wygra przetarg. Normą jest ukrywanie nadgodzin w umowach-zleceniach poprzez zatrudnianie pracownika w kilku spółkach córkach tego samego wykonawcy – każdorazowo na wymaganą liczbę godzin. To główne grzechy pracodawców, którzy nie mają skrupułów w oszczędzaniu kosztem pracowników.

Ale nie bez winy są zleceniodawcy – wszystko jedno: państwowi czy prywatni – którzy spokojnie się temu przyglądają i nawet im powieka nie drgnie. Wynajmują ochroniarzy i sprzątaczki do pracy u siebie w banku, sklepie, urzędzie, nie przejmując się, czy podwykonawca – który dostarcza im tanią siłę roboczą – zapewnia jej cywilizowane warunki zatrudnienia. Jednak prezes Instytutu Zrównoważonych Zamówień Publicznych Grzegorz Piskalski staje po stronie oferentów. – – pyta retorycznie Piskalski.

Jedyną bronią zamawiających usługi jest modyfikowanie kryteriów przetargu. Do niedawna podstawowym warunkiem przystąpienia do negocjacji była cena, lecz to zaczyna się zmieniać. Oferty opatrywane są klauzulą społeczną, która przeważnie domaga się, aby wykonawca dostarczał pracowników świadczących umowę o pracę. – – potwierdza pan Marek. Powiedzmy, że jest tak: w 60 proc. decyduje cena, w 20 proc. doświadczenie i w 20 proc. zasoby ludzkie.

Rzec by się chciało: . Szkoda tylko, że do szkody musiało dojść, a teraz wypada jedynie przeprosić za usterki. Psucie rynku zaczęło się na dobre w chwili, kiedy dziesięć lat temu politycy zaczęli lansować hasło taniego państwa, a podległe im instytucje publiczne dały się tej propagandzie bezrefleksyjnie uwieść, przeszczepiając na grunt zamówień publicznych ideę racjonalizacji wydatków. Agendy rządowe przymykały zatem oko na zaniżanie stawek godzinowych dla pracowników na rynku usług, a za nimi poszli prywatni przedsiębiorcy, w myśl zasady społecznego przyzwolenia: hulaj dusza, piekła nie ma. Opamiętanie nastąpiło cztery lata temu. Pracodawcy poszli po rozum do głowy, a po drodze złożyli wizytę związkowcom. – – przypomina sobie Sylwia Szczepańska, członkini zespołu ekonomicznego „S”, która monitoruje akcję wręczania żółtych kartek dla instytucji publicznych aprobujących patologie przy przetargach na publiczne zamówienia.

Przychylny nowej władzy stary związek nie zamierza pobłażać jej instytucjom terenowym, jeśli te łamią lub omijają prawo. Solidarność pokazała już 34 żółte kartki urzędom miasta, uczelniom wyższym i szpitalom, a na wstydliwej liście upomnianych są także sądy rejonowe w Legnicy, Nysie, Bielsku Podlaskim i okręgowe w Zamościu oraz Łodzi. – – mówi Szczepańska.

Na dyplomatyczne milczenie zapadł również minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, który dwukrotnie nie stawił się na posiedzenie podzespołu ds. zamówień publicznych przy Radzie Dialogu Społecznego. Szef resortu miał wyjaśnić, skąd przychodnie i szpitale wezmą środki na renegocjację kontraktów z firmami ochroniarskimi i sprzątającymi. Nowa ustawa to wyższa stawka godzinowa i stary problem – z czego sfinansować rządowy pomysł. Na NFZ podobno nie ma nawet co liczyć, bo nie dołoży ani złotówki. W dodatku placówki medyczne są zadłużone prawie na 10 mld zł, z czego połowę zalegają wykonawcom usług – ochroniarzom nadzorującym obiekt czy sprzątaczkom dbającym o higienę na oddziałach. Kwadratury koła minister zdaje się nie dostrzegać, za to wysłał w zastępstwie współpracownika, który też nie potrafił wyjaśnić związkom zawodowym, na czym ma polegać przelewanie z pustego w próżne. – – wyjawia Kulczycki. – .

Jak to się skończy – nie wiadomo. Eksperci twierdzą – choć tu nie trzeba być ekspertem – że szpitale dalej będą się zadłużać, liczba sprzątaczek zostanie znacząco zredukowana, a dodatkowo panie z mopem już nie będą odciążały pielęgniarek przy obsłudze pacjentów.

Tanie państwo – tonie państwo

To, że placówki publiczne nie nadążają za rządową dobrą zmianą w kwestii uwzględniania minimalnej stawki godzinowej dla swoich pracowników, jest oczywiste. W Urzędzie Skarbowym w Ostrołęce pracownicy ochrony nie mieli złudzeń i wypowiedzieli umowę. Pracownicy urzędu sami musieli pełnić dyżury, dopóki nie zainstalowano systemu elektronicznego. Cóż, dobra zmiana może nastąpić dopiero wtedy, gdy wyczerpie się wizja taniego państwa. A ceny usług w agendach państwowych przestaną szokować swoimi minimalnymi stawkami – czego przykładem uposażenia ochroniarzy w jednym ze stołecznych ZUS-ów (4 zł za godzinę!) lub incydent w dużym warszawskim szpitalu z zatrudnianiem na czarno Ukrainek do sprzątania, co ujawniła jedna z salowych. Ale – dla przeciwwagi – powodów do optymizmu nie brakuje. Z outsourcingu powoli wycofują się wyższe uczelnie, rektor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu od razu – po wejściu w życie nowej ustawy – zmienił warunki kontraktów z firmami zewnętrznymi. Nowym wymogom karnie podporządkował się Urząd Pracy w Płocku, który podniósł płace za usługi sprzątające o 24 proc.

Straszakiem na opornych, którzy spróbują obejść prawo, mają być wzmożone kontrole Państwowej Inspekcji Pracy. Taryfikator kar jest szeroki – od 1 tys. zł do 30 tys. zł. – – tłumaczy rzecznik prasowy głównego inspektora pracy Danuta Rutkowska. Ujmując to w zgrabną zbitkę socjologiczną – nadzorować i karać – jak radził słynny francuski filozof Michel Foucault. Ale z taką filozofią trudno się pogodzić środowiskom fetyszyzującym wolny rynek. – – zauważa wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Marcin Nowacki.

Pracodawcy w sprawie ustawy o minimalnej stawce nie mówią jednym głosem. ZPP nie wszedł do składu Rady Dialogu Społecznego, stąd jego sceptyczne nastawienie do rządowego pomysłu. – – kontynuuje Nowacki i słychać w jego tonie uszczypliwość. – .

Rządowego pomysłu nie torpeduje Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan, która zasiadała z rządem i związkowcami przy jednym stole. Kibicuje mu, choć nie bez zastrzeżeń. –– mówi. A za sukces pracodawców uważa wynegocjowanie dłuższego vacatio legis dla ustawy, aby sektor publiczny miał czas na przygotowanie się do zmian i renegocjację zakontraktowanych stawek.

Pierwsze cenzurki stronie rządowej będzie można wystawić dopiero po upływie pierwszego kwartału tego roku, kiedy zmiana w wynagrodzeniu godzinowym nieco się ugruntuje. Ale obawy mają wszyscy – przedsiębiorcy, którzy nawet przebąkują o bankructwie, jeśli z podwyżkami stawek zostaną sami jak palec, oraz pracodawcy, którym widmo masowych zwolnień może zajrzeć w oczy. Przecież mówimy o rynku – sumując najbardziej dotknięte zmianami branże: ochroniarską, sprzątającą i cateringową – ok. 800 tys. zatrudnionych. – – pociesza się Kulczycki. – – zawiesza głos Piskalski, choć zmian w dobrym kierunku nie zamierza potępiać w czambuł. Bo przecież rynek usług musi odbić się od dna, ale żeby to zrobić, najpierw musi osiąść na dnie. Czy jednak takie podejście, obliczone na minimalizowanie outsourcingu, nie trąci aby rynkowym anachronizmem? – – nie ma wątpliwości Nowacki.

Ale już nikt absolutnie nie powinien mieć wątpliwości, kto za to wszystko na końcu zapłaci. Bo jeśli elita ochroniarska się zbuntuje i nie zechce zarabiać tyle samo co strażnik własnego świętego spokoju przysypiający w budce parkingowej, na pewno wywalczy lepsze zarobki. Gdy konwojenci podniosą larum, banki podwyższą im stawkę za ochronę, a nam, klientom, wystawią rachunek do zapłaty przy obsłudze konta. Zaraz podrożeją też opłaty za czynsz w mieszkalnictwie. Na jednym z osiedli w podwarszawskich Ząbkach przezornie wypowiedziano umowę firmie ochroniarskiej, którą zastąpiły monitoring i czytniki do kart magnetycznych. Lokatorom musi wystarczyć dozór elektroniczny. – – mówi mi pan Marek. –

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Powiązane
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj