W lipcu firmy mogą zacząć masowe zwolnienia osób pracujących na czas określony w obawie, że inaczej będą musiały im zapewnić etat.

22 sierpnia mijają dwa lata od wejścia w życie ustawy antykryzysowej, która ograniczyła umowy czasowe do dwóch lat. Osoby, które pozostaną w pracy, mogą po tym terminie liczyć na lepszą ochronę przed zwolnieniem. Wymaga to co prawda decyzji sądu, ale szanse na przychylny wyrok są duże.

– Nie sądzę, aby pracownicy, którzy nadal mają pracę, składali do sądów pozwy. Ale mogą to robić w razie zwolnienia, bo wtedy nie będą się już bać utraty pracy – mówi w rozmowie z „DGP” Przemysław Stobiński, radca prawny z kancelarii Cameron McKenna Dariusz Greszta.

Firmy, które liczą się z redukcją zespołu, mogą być zmuszone do wcześniejszych zwolnień osób zatrudnionych na czas określony. Żeby uniknąć ewentualnych odszkodowań w przyszłości, już teraz będą sprawdzać zawarte w ciągu ostatnich dwóch lat umowy na czas określony i ustalać, które z nich mogą się przekształcić w stałe kontrakty.

Biorąc pod uwagę, że w latach 2007 – 2009 powstało w Polsce 1,6 mln nowych miejsc pracy (a umowy terminowe zawiera się zazwyczaj z nowymi pracownikami), zagrożonych zwolnieniem może być nawet 100 tys. osób, czyli 3 proc. wszystkich pracujących na czas określony.

Zamieszania i całego mnóstwa procesów sądowych można było oczywiście uniknąć. Wystarczyłby dalekowzroczny przepis w ustawie antykryzysowej jasno określający, co ma się dziać z pracownikami po przekroczeniu dwuletniego okresu zatrudnienia.

Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” zgłosiła już w komisji trójstronnej projekt wyjścia z tego antykryzysowego pata. Zakłada on utrzymanie przepisu o ograniczeniu umów czasowych na 24 miesiące, ale przez dwa kolejne lata zakład pracy mógłby ją rozwiązać za miesięcznym wypowiedzeniem i bez konieczności uzasadnienia.

Jeśli pracodawcy porozumieją się ze związkami zawodowymi, zmiany w kodeksie pracy mogłyby być wprowadzone jeszcze w tym roku. Negocjacje w komisji trójstronnej zostały bowiem rozpoczęte na wniosek Jolanty Fedak, minister pracy i polityki społecznej. Związki sceptycznie podchodzą jednak do propozycji pracodawców.