Reklama
Liderzy polityczni najbogatszych państw świata spotkali się na początku tygodnia w Indonezji, sprawującej aktualnie rotacyjne przewodnictwo grupy G20. Poza Joem Bidenem, Xi Jinpingiem, Olafem Scholzem, Narendrą Modim czy Emmanuelem Macronem obecni byli też m.in. przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel i szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Razem reprezentowali 80 proc. światowego PKB, 75 proc. handlu międzynarodowego i 60 proc. ludności.
Gospodarze zapraszali też Władimira Putina, ale wobec licznych protestów dyplomacji państw demokratycznych, a zwłaszcza spodziewanych gestów ostentacyjnego bojkotu – rosyjski prezydent ostatecznie stchórzył i przysłał techniczną delegację pod wodzą ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa. Zełenski – w charakterze zaproszonego gościa, bo Ukraina członkiem G20 nie jest – wziął za to czynny udział w szczycie (choć ze zrozumiałych względów zdalnie). I skorzystał z okazji, by wbić bolesną szpilę agresywnemu sąsiadowi.
Oddanie głosu prezydentowi Ukrainy wynikało zarówno z woli zademonstrowania solidarności z narodem ukraińskim, od wielu miesięcy (a tak naprawdę od lat) pozostającego ofiarą nielegalnej napaści, jak i z chęci wielu polityków, by z pierwszej ręki poznać stanowisko Kijowa co do możliwości zawarcia rozejmu lub pokoju. Przedłużająca się wojna i jej pośrednie konsekwencje rujnują bowiem gospodarki wielu państw świata, zmuszając je do mierzenia się z sankcjami, zakłócając łańcuchy dostaw i wpływając na wzrost cen kluczowych surowców. Nic więc dziwnego, że temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego zdominował tegoroczny szczyt.
Reklama

W cieniu wojny

Grupa jednogłośnie przyjęła w środę deklarację, w której większość członków potępiła wojnę w Ukrainie i rosyjską agresję, która „powoduje (…) ogromne ludzkie cierpienie i pogłębia istniejące słabości gospodarki światowej”. Zażądano też jej przerwania. W ramach kompromisu wskazano, że „były też inne poglądy i różne oceny sytuacji i sankcji”. Ważną częścią dokumentu stało się potępienie ewentualnego użycia broni nuklearnej, a nawet stosowania takich gróźb, co trudno interpretować inaczej niż jako mocną sugestię pod adresem Moskwy. „Konieczne jest przestrzeganie prawa międzynarodowego i wielostronnego systemu, który chroni pokój i stabilność. Obejmuje to obronę wszystkich celów i zasad zapisanych w Karcie Narodów Zjednoczonych oraz przestrzeganie międzynarodowego prawa humanitarnego” – dodano.
„Dyskusja na ten temat była bardzo, bardzo ciężka” – przyznał w jednym z wywiadów prezydent Indonezji Joko Widodo, chwaląc przy okazji „wykazaną przez członków grupy elastyczność”. Symptomatyczne, że Chiny co prawda nie komentowały publicznie treści deklaracji, jednak opublikowały jej pełne tłumaczenie w swych rządowych mediach.
Harmonogram szczytu uległ zakłóceniu, gdy pojawiły się doniesienia o uderzeniu rakiety w polskie terytorium i o śmierci dwóch osób. Perspektywa bezpośredniego wciągnięcia NATO w trwającą wojnę musiała mocno zaniepokoić obecnych, bo awaryjnie odwołano wiele planowanych spotkań, w tym nawet miniszczyt brytyjsko-chiński z udziałem Xi oraz premiera Rishiego Sunaka. W zamian przeprowadzono pilne konsultacje w różnych formatach i być może to również ich pośrednim efektem były następujące w kolejnych godzinach i dniach komunikaty, z których światowa opinia publiczna dowiadywała się, że to jednak ukraińska, a nie rosyjska rakieta spadła na wieś pod Hrubieszowem.
Na Bali było widać, słychać i czuć, że oficjele – reprezentujący dopiero co łapiący oddech po morderczej pandemii świat – mają dosyć wojny i zamieszania w globalnej gospodarce. Nie interesowała ich eskalacja, przeciwnie, wylali na wzburzone fale tyle oliwy, ile tylko się dało. Rosja nie ułatwiła im jednak zadania. Ławrow pierwszego dnia zrobił sobie skwapliwie rozniesioną po świecie przez social media okazjonalną fotkę w relaksowej stylizacji, by następnie, już w służbowym garniturze i krawacie, z właściwą sobie arogancją ponarzekać z mównicy na „niedopuszczalne upolitycznienie szczytu”. Najwyraźniej miało ono polegać na tym, że inne państwa mają czelność odmawiać Rosji prawa do bezkarnego napadania na sąsiadów, mordowania cywilów i brania krajów trzecich jako zakładników. I że nie chcą już robić z nią interesów. „Tak, na Ukrainie toczy się wojna, wojna hybrydowa, którą Zachód rozpętał i przygotowywał od lat” – oświadczył szef moskiewskiej dyplomacji, po czym zwinął manatki i odleciał, na placu boju pozostawiając ministra finansów Antona Siłuanowa, zwanego ironicznie głównym księgowym Putina, by czuwał nad przebiegiem negocjacji ekonomicznych i meldował, co złego (dla Rosji) z nich wyniknie.
W tej sytuacji zgromadzonym na szczycie liderom nie pozostało nic innego, niż wysłuchać płomiennej mowy Zełenskiego, twardo obstającego przy trudnych dla Kremla warunkach przerwania działań zbrojnych, a następnie oddać się cichej dyplomacji. Niewykluczone, że opracowano przy tym lub zatwierdzono zestaw kijów i marchewek mających zmienić nadmiernie bezkompromisowe nastawienie władz ukraińskich. I rozpisano tę operację na role.
Bez wątpienia główna przypadnie USA. To raczej nie przypadek, że tuż po zakończeniu szczytu na Bali gen. Mark Milley, najwyższy rangą i stanowiskiem amerykański wojskowy, powtórzył wszelkie znane, rytualne zapewnienia o nieustającej pomocy dla Kijowa „tak długo, jak to będzie konieczne” (pytanie: z czyjego punktu widzenia?), lecz jednocześnie – wbrew wielu wcześniejszym wypowiedziom wysokich oficerów i ekspertów NATO – wyraził się bardzo sceptycznie o szansach powodzenia kolejnej ukraińskiej ofensywy, przynajmniej „w najbliższych tygodniach”. Bez złudzeń: czterogwiazdkowi generałowie są przede wszystkim politykami, nawet pozostając w służbie czynnej, więc nie była to ocena wyłącznie merytoryczna. Raczej sygnał, że Waszyngton niekoniecznie ma ochotę dalej „żywić wojnę” niemal bezwarunkowo. Możliwe też, że mamy tu do czynienia z kolejnym poziomem gry pozorów, czyli ukłonem w stronę pewnych partnerów z Bali w zamian za poczynione przez nich koncesje na innych polach. Jeden ukłon wcale nie musi zaś oznaczać trwałej korekty realnej polityki USA. Na wyjaśnienie sytuacji pewnie przyjdzie nam nieco poczekać – poznamy po owocach, na polach bitew pod Donieckiem i Zaporożem.

Klimat i gospodarka

W przerwie w negocjacjach przywódcy G20 (już minus 1), wystrojeni w białe koszule i czapki z daszkiem zdobne w logo grupy, wzięli udział w ceremonii sadzenia drzewek namorzynowych, by zasygnalizować swą determinację w walce ze zmianami klimatycznymi. Poza spektaklem dla fotoreporterów zgodzili się „kontynuować wysiłki na rzecz ograniczenia wzrostu globalnych temperatur do 1,5 st. C”, w tym przyspieszyć działania mające ograniczyć wykorzystanie węgla. Wtajemniczeni twierdzą, że przynajmniej połowa z nich trzymała wtedy za plecami skrzyżowane palce. Ale i tak, zdaniem wielu analityków, przynajmniej deklaratywne podtrzymanie celu 1,5 i antywęglowy przekaz pozytywnie wpłynęły na negocjacje na rozpoczynającym się niemal równolegle szczycie klimatycznym ONZ COP27 w Egipcie (nie torpedując ich już na starcie).
Było też bardziej konkretnie: Stany Zjednoczone, Japonia i mniejsi partnerzy ogłosili, że zmobilizują 20 mld dol. z publicznych i prywatnych funduszy, aby pomóc gospodarzowi spotkania, czyli Indonezji, zamknąć elektrownie węglowe. Tak się mówi „dziękuję” za skuteczne pośrednictwo dyplomatyczne.
Zgromadzeni na Bali liderzy zgodzili się na ostrożne tempo podwyżek stóp procentowych, aby „uniknąć skutków ubocznych”, i ostrzegli przed „zwiększoną zmiennością” kursów walutowych. To spora zmiana narracji w stosunku do zeszłorocznej, gdy szczyt G20 skupiał się na lizaniu ran po pandemii COVID-19. Odniesienie do skutków ubocznych było bez wątpienia ukłonem w stronę gospodarek wschodzących, artykułujących poważne obawy co do potencjalnego odpływu ogromnego kapitału w przypadku kontynuowania agresywnych podwyżek stóp procentowych w USA. Dalsze bodźce fiskalne powinny być „tymczasowe i ukierunkowane” – uznali więc przywódcy najpotężniejszych gospodarek świata i wyrazili głośne zaniepokojenie pogarszającą się sytuacją niektórych krajów o średnich dochodach. Podkreślili przy tym znaczenie dzielenia się ciężarem przez wszystkich wierzycieli.
Obiecali też podjąć „skoordynowane działania” w celu sprostania wyzwaniom związanym z bezpieczeństwem żywnościowym i pochwalili inicjatywę w sprawie odblokowania transportu zboża z rejonu Morza Czarnego (znów sygnał dla Kremla, by nie igrał z ogniem i nie próbował kolejnych szantaży). Liczne wyspecjalizowane organizacje pozarządowe oraz grupy społeczeństwa obywatelskiego skrytykowały co prawda natychmiast ustalenia szczytu za brak zobowiązań do konkretnych kroków w sprawie głodu. „G20 jedynie powtarza stare zobowiązania z poprzednich lat lub odnotowuje zmiany (…), zamiast przejąć przywództwo. (…). W tej chwili 50 mln ludzi jest na skraju śmierci głodowej. G20 nie ma czasu na wezwania do działania, to oni muszą działać” – stwierdziła Friederike Roder z grupy Global Citizen. Ale nie taka jest rola spotkań G20 – prezydenci i premierzy wskazują na nich kierunki, narzucają wspólny ton, zaś rolą ministrów i ekspertów jest później podążanie (szybsze czy wolniejsze, to inna kwestia) wytyczoną przez nich ścieżką.
Na marginesie szczytu sekretarz skarbu USA Janet Yellen odbyła dwugodzinne spotkanie z prezesem chińskiego banku centralnego Yi Gangiem, co było jej pierwszą osobistą rozmową z wysokim rangą chińskim urzędnikiem gospodarczym. Powiedziała przed spotkaniem, że „ma nadzieję uzyskać nowy wgląd w plany polityczne Chin i pracować nad większym zaangażowaniem gospodarczym między dwoma krajami”. Inwestorzy, wciąż wypatrujący nowych chińskich samolotów nad Cieśniną Tajwańską oraz sygnałów o nowej wojnie handlowej między supermocarstwami, pewnie lekko odetchnęli.

Starsi panowie dwaj

To nie był pierwszy sygnał amerykańsko-chińskiej odwilży. Szczyt poprzedziło bowiem dwustronne spotkanie Joego Bidena i Xi Jinpinga, pierwsze bezpośrednie od początku kadencji tego pierwszego. Panowie mają specjalną pozycję jako przywódcy kluczowych gospodarek świata z wyraźną perspektywą zwiększenia dystansu do reszty. Pomimo licznych problemów chińska wciąż rośnie (i nic to, że wolniej, niż prognozowano jeszcze niedawno), utwierdzając potęgę ChRL w globalnej wymianie handlowej, a amerykańska, wciąż niezwykle innowacyjna, ma poważne widoki na uniknięcie recesji (w przeciwieństwie do unijnoeuropejskiej).
Czas trwania spotkania – aż trzy i pół godziny – wskazuje, że tematów nie zabrakło, a obie strony potraktowały tę okazję bardzo poważnie. Chwila przynajmniej względnego oddechu, którą obaj prezydenci zyskali właśnie w polityce wewnętrznej, nie pozostała pewnie bez wpływu na ich zachowanie i strategię na szczycie – nie musieli sztucznie eskalować sporu, by przykrywać emocjami inne problemy. Przeciwnie, zdrowy rozsądek i polityczne doświadczenie kazały im nie dokładać bez wyraźnej potrzeby do pieca i nie starać się o nowy konflikt. W tej sytuacji „czerwone linie”, o których mówił Xi, i jego protesty przeciw sankcjom ekonomiczno-technologicznym, a także werbalny sprzeciw Bidena wobec „coraz bardziej agresywnych działań Chin wobec Tajwanu” zabrzmiały z obu stron bardziej jak rytualne zaklęcia (nie wypada wychodzić na mięczaka) niż poważne deklaracje strategiczne. Ważniejsze, jak można sądzić, były delikatne i ostrożne, ale jednak wyraźne sygnały deeskalacji.
Bez wątpienia należy do nich zapowiedź wizyty w Chinach amerykańskiego sekretarza stanu Antony’ego Blinkena, którą wstępnie przewidziano na początek przyszłego roku. Jak również prawdopodobny powrót do licznych technicznych kanałów komunikacji pomiędzy wyższymi urzędnikami obu mocarstw – w sprawach klimatu, zdrowia, bezpieczeństwa żywnościowego, a przede wszystkim wojskowych, które Pekin jednostronnie zawiesił po sierpniowej wizycie Nancy Pelosi na Tajwanie. Formalne deklaracje w tej sprawie co prawda nie padły, ale dość wyraźne, choć dyplomatycznie zawoalowane sugestie – jak najbardziej. Co więcej, nieformalnie zasygnalizowano nawet, że niewykluczony jest nacisk na odtworzenie analogicznych kanałów komunikacji między Pekinem a Tajpej (dla zabezpieczenia przed przypadkową eskalacją konfliktu). Pekin zerwał je po dojściu do władzy na Tajwanie pani Tsai Ing-wen. Ponadto, zgodnie z oświadczeniem Białego Domu (któremu Chińczycy nie zaprzeczyli) Biden i Xi „podkreślili swój sprzeciw wobec użycia lub groźby użycia broni jądrowej na Ukrainie”. Ten delikatny ukłon Pekinu w stronę Zachodu – pomoc w dezawuowaniu rosyjskiego blefu i straszaka atomowego – nie pozostał raczej bez wpływu na to, co znalazło się potem w deklaracji szczytu G20.
Państwa „G19”, przy całym wewnętrznym zróżnicowaniu interesów, systemów politycznych i ekonomicznych, a nawet stylów uprawiania polityki i biznesu, łączy coś, co dla Moskwy jest nieosiągalne w przewidywalnej perspektywie: kultura rozsądnego kompromisu
Biden powiedział dziennikarzom po spotkaniu, że „nie ma powodu do obaw przed nową zimną wojną między Stanami Zjednoczonymi a Chinami”. I znów – można się domyślać skrzyżowanych palców za plecami, ale w uszach inwestorów (i po prostu obywateli) zabrzmiało to dobrze. Tym bardziej że niemal równocześnie gołębie sygnały pojawiły się też w bilateralnych relacjach Chin z Australią, Koreą Południową czy Francją. I to wszystko niezależnie od (chwilowej?) eskalacji w sprawie globalnego rynku półprzewodników, której jesteśmy świadkami. Po wcześniejszych działaniach Waszyngtonu i innych sojuszników USA oraz przeprowadzeniu przez MI5 i MI6 oceny z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego akurat w środę rząd Jego Królewskiej Mości króla Karola III nakazał chińskiej firmie technologicznej Nexperia sprzedać co najmniej 86 proc. jej udziałów w największej brytyjskiej fabryce mikroczipów Newport Wafer Fab.
Sporo miejsca w komunikatach po spotkaniu Biden–Xi zajął problem koreański, i to też jest symptomatyczne. Zdaje się, że zarówno Waszyngton wraz z kluczowymi sojusznikami regionalnymi, jak i Pekin dostrzegają dziś groźbę poważnej eskalacji ze strony reżimu Kima i wcale nie mają na nią ochoty. Biden zagrał w tej sprawie bardzo sprytnie, informując swego chińskiego kontrpartnera, że „kolejne prowokacyjne działania Korei Północnej skutkować będą wzmocnieniem zdolności wojskowych USA i sojuszników w Azji Północno-Wschodniej”. Czyli tym, czego Pekin bardzo chciałby uniknąć. Jest tajemnicą poliszynela, że kto jak kto, ale Xi może wpłynąć na reżim Kima. Czy zdecyduje się na to dla dobra własnego i całej światowej gospodarki, też pewnie przekonamy się niebawem (choć ten czas będzie liczony raczej w miesiącach niż dniach). Biden tymczasem prosto z Bali poleciał na kolejne szczyty z awanturniczym Kimem na szczycie agendy (m.in. ASEAN, gdzie nastąpiło też dodatkowe spotkanie z przywódcami Korei Południowej i Japonii). Musi przygotowywać to, czym postraszył Chińczyka. Dobra dyplomacja wymaga nie tylko negocjacyjnej elastyczności i kurtuazji, lecz także pistoletu w kieszeni i gotowości jego użycia w razie potrzeby.

Dyplomacja działa

Spotkanie przywódców USA i ChRL było tylko pierwszym z całej serii rozmów bilateralnych, krótszych i dłuższych, z pełnym ceremoniałem, za zamkniętymi drzwiami lub niemal improwizowanych w korytarzach i na werandach. Xi chętnie rozmawiał z wieloma sojusznikami USA, sygnalizując chęć naprawienia stosunków z krytykami polityki ChRL. Przeprowadził rozmowy m.in. z premierem Australii Anthonym Albanese, prezydentem Korei Południowej Yoon Suk-yeolem, a także z Francji Emmanuelem Macronem. Szefa rządu Holandii Marka Ruttego namawiał do „nieupolityczniania handlu”, Włoszce Giorgii Meloni zaś oferował przyjaźń i współpracę opartą na „braterstwie krajów mających tradycje starożytnych cywilizacji”, dzięki czemu „stosunki chińsko-włoskie powinny stać się modelem rozwoju relacji między krajami o różnych systemach społecznych i kulturowych”. Premier Italii odpowiedziała, że „Włochy nie aprobują konfrontacji między obozami i uważają, że wszystkie kraje powinny szanować wzajemne różnice i rozbieżności”. Na deser, nieco później i już poza Indonezją, zaplanowano jeszcze rendez-vous Xi z japońskim premierem Fumio Kishidą. „To nie jest decydujący, ale ważny krok w kierunku próby zmniejszenia nieporozumień” – komentował ten maraton dla Reutersa Shi Yinhong, profesor stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Renmin w Pekinie. Niewykluczone, że realizując w ten sposób zadanie wzmocnienia przekazu oficjalnego (bo w Chinach naukowcy z państwowych uniwersytetów mają czasem nie tylko akademickie obowiązki).
Praktycznie jedyny zgrzyt pojawił się przy okazji krótkiej – na stojąco – rozmowy Xi z premierem Kanady Justinem Trudeau, który wyraził „poważne obawy” w związku z podejrzeniem ingerencji Chin w politykę wewnętrzną swego kraju, a co gorsza (z chińskiego punktu widzenia) upublicznił to. Może też dlatego, że akurat w poniedziałek pracownik największego kanadyjskiego producenta energii elektrycznej Hydro-Quebec został oskarżony o szpiegostwo i próbę kradzieży tajemnic handlowych na korzyść ChRL. Chiński lider zareagował na tę „niedyskrecję” gniewnym, publicznym komentarzem.
Za to Rishi Sunak, premier Wielkiej Brytanii, mimo licznych awantur i napięć między Pekinem a Londynem zachował się na Bali „jak należy”. Downing Street jeszcze w przeddzień szczytu wydała oświadczenie, że wyzwania stawiane przez Chiny mają charakter „systemowy” i „długoterminowy” i jest to „kraj o zasadniczo innych wartościach niż nasze, z autorytarnym przywództwem, którego celem jest przekształcenie porządku międzynarodowego”. Bezpośrednie spotkanie Sunaka z Xi nie doszło do skutku, ale już po szczycie biuro Brytyjczyka oświadczyło, że „żadnej z kwestii omawianych przez premiera na szczycie G20 – globalnej gospodarki, wpływu wojny w Ukrainie na bezpieczeństwo żywnościowe i energetyczne, zmian klimatycznych i zdrowia na świecie – nie da się rozwiązać bez skoordynowanych działań wszystkich głównych gospodarek świata. Obejmuje to Chiny”.
Uwagę komentatorów zwróciło też spotkanie Sunaka (który mocno eksponuje znaczenie swego pochodzenia) z premierem Indii. Przy okazji Londyn poinformował opinię publiczną, że negocjuje wielką umowę handlową z Indiami, która byłaby pierwszą taką między New Delhi a jednym z krajów europejskich. „Z niecierpliwością czekamy na to porozumienie (…), które może odblokować inwestycje i zwiększyć zatrudnienie w obu naszych krajach, a także rozszerzyć nasze głębokie powiązania kulturowe” – oświadczył Sunak, Modi zaś rewanżował się stwierdzeniem, że „solidne więzi” z Wielką Brytanią mają ogromne znaczenie dla Indii. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi, tym bardziej że to Indie obejmą już 1 grudnia kolejną, roczną prezydencję w G20. I pomimo tradycyjnych więzów indyjsko-rosyjskich wiele wskazuje na to, że Moskwa będzie miała ogromny problem z powrotem do tego elitarnego grona w roli pełnoprawnego członka. Nie z powodu bieżących perturbacji związanych z wojną w Ukrainie – możliwe, że do czasu kolejnego szczytu działa zamilkną. Nawet nie dlatego, że bezpośrednie i pośrednie koszty tej wojny rujnują skutecznie rosyjską gospodarkę i w efekcie podważają arytmetyczną pozycję tego kraju w rankingach bogactwa. Liczy się to, że państwa „G19”, przy całym wewnętrznym zróżnicowaniu interesów, systemów politycznych i ekonomicznych, a nawet stylów uprawiania polityki i biznesu, wykazały na Bali dobitnie, że łączy je coś, co dla Moskwy jest nieosiągalne w przewidywalnej perspektywie: kultura rozsądnego kompromisu. I zmęczenie kolejnymi nakładającymi się kryzysami. Tymczasem Rosja zna tylko jedną receptę na problemy – tworzenie nowych. Reszta świata będzie musiała coś z tym zrobić.