Bardziej pamiętliwe osoby być może jeszcze wspominają fatum, jakie na rok przed wyborami parlamentarnymi zaczęło prześladować rząd Ewy Kopacz. Wyniesiona na fotel premiera przez wyjeżdżającego do Brukseli Donalda Tuska, była minister zdrowia, z całych sił starała się pozyskać głosy obywateli. Wszystko co robiła, działo się pod kątem kampanii wyborczej. Chcąc być bliżej ludu z rządowych samolotów przesiadła się Ewa Kopacz na wprowadzane do eksploatacji pod koniec 2014 r. pociągi Pendolino. Te natychmiast zaczęły się psuć lub seryjnie rozjeżdżać na przejazdach kolejowych samochody i ludzi. Chwilę po tym nawiedził Europę kryzys uchodźczy, a premier Kopacz zgodziła się, by Polska weszła w system relokacji migrantów. Strach przed przybyszami z krajów islamskich okazał się jedną z głównych przyczyn klęski wyborczej PO.

Reklama

Na dokładkę - dosłownie pięć minut przed głosowaniem - media wypromowały osobę Adriana Zandberga i partia Razem podebrała trochę wyborców SLD oraz PO. Pechowym dla Platformy zbiegiem okoliczności lewica znalazła się poza parlamentem, dzięki czemu PiS zdobył samodzielną większość. To tylko kilka z długiej listy nieszczęśliwych zdarzeń, jakich doświadczyła tak bardzo starająca się Ewa Kopacz.

Morawiecki zacytował wiersz...

Gdy Jarosław Kaczyński wyniósł na fotel premiera Mateusza Morawickiego, ten podczas całkiem zręcznego expose, zacytował w dobrej wierze wiersz, jak sądził autorstwa Jacka Kaczmarskiego. Ten drobiazg bez znaczenia, dziś ma posmak przepowiedni. Premier pomylił bardów i cytował nie Kaczmarskiego, lecz Przemysława Gintrowskiego, który śpiewał wiersz Jerzego Czecha pt. „Margrabia Wielopolski”. Jedno z najbardziej pesymistycznych proroctw, jakie się udało kiedykolwiek popełnić polskiemu poecie.

„Pan margrabia wciąż kroczy po linie, / Niebezpiecznie tak wysoko chodzić / Przecież klęska go w końcu nie ominie / Bo ma pecha, kto tutaj się rodzi” – śpiewał Gintrowski. Strofa zacytowana przez premiera podczas expose w 2017 r. w całość brzmi jeszcze lepiej. „Pan margrabia wciąż kroczy po linie / Przepaść z lewej i przepaść po prawej / Jeśli z ręki rodaka nie zginie / To z urzędu odejdzie w niesławie”.

Potem Jerzy Czech pisze jeszcze o klęsce całego narodu i braku nadziei, na przyszłość, bo: „jedno, co naprawdę umiemy / To - najpiękniej na świecie przegrywać”. Zaiste trudno o bardziej napawający dobrymi przeczuciami wiersz na inaugurację nowego rządu.

Reklama

Pech prześladujący rząd

Poważniej mówiąc, jeszcze trudniej o nie obecnie. Pandemia, najazd Rosji na Ukrainę, inflacja, widmo kryzysu energetycznego nie ułatwiają bycie optymistą. Zaś pech coraz mocniej prześladujący rząd, niewątpliwie pracowitego Mateusza Morawieckiego, jeszcze bardziej to utrudnia. Zwłaszcza, gdy rządzący z coraz większą determinacją (jak niegdyś Ewa Kopacz) starają się pechowi pomóc.

Już Krajowy Plan Odbudowy i czekanie na wypłatę pieniędzy z europejskiego Funduszu Odbudowy stanowiły tego widoczny symptom. Chcąc rzecz wyjaśnić należy przypomnieć, że Fundusz Odbudowy powstał na mocy porozumienia krajów Unii Europejskiej, które musiały ratyfikować wszystkie parlamenty. Będąc stroną w tej umowie Polska nabyła prawo do otrzymania 24 mld euro grantów i 34,2 mld euro pożyczek.

W zamian III RP zgodziła się poręczyć zobowiązania finansowe zaciągane przez Unię Europejską, godzić się na możność ściągania podatków nie tylko przez państwa narodowe, ale też Komisję Europejską, wreszcie uczestniczyć w spłacie zobowiązań wynikłych z Funduszu. To ostatnie następuje ze składek członkowskich wpłacanych na bieżąco przez kraje UE. Jak informował ostatnio „Dziennik Gazeta Prawna” już spłacamy długi zaciągnięte na rzecz Funduszu Odbudowy.

Mówiąc jaśniej Drogi Czytelniku, pieniądze z płaconych przez Ciebie podatków płyną do Brukseli, bo twoje państwo w twoim imieniu podżyrowało Fundusz. Natomiast ty nic nie dostajesz w zamian. Choć przecież fakty bycia przez Polskę członkiem Unii, umowa w sprawie Funduszu oraz opłacanie unijnych składek powodują, iż pieniądze na KPO należą się Tobie, jak przysłowiowemu psu buda.

Dwie fundamentalne dla cywilizacji Zachodu reguły

Stanowią o tym także dwie fundamentalne dla cywilizacji Zachodu reguły. Pierwsza mówi, że jeśli obywatel płaci podatki ma święte prawo oczekiwać w zmian adekwatnego udziału w kontroli nad władzą oraz w profitach. Druga jest jeszcze prostsza i stanowi: „Pacta sunt servanda”.

Jaki by nie był straszny rząd PiS-u, inne rządy krajów UE zawarły z nim umowę określającą reguły współpracy, a jej wykonywaniem zawiaduje Komisja Europejska. Jednak kto brał kredyt ten wie, że najważniejsze rzeczy w umowach są drobny drukiem. Jarosław Kaczyński ogłosił w tym tygodniu, iż dość ustępstw wobec Brukseli. Zrobił to po wywiadzie, jaki Ursula von der Leyen udzieliła „Dziennikowi. Gazecie Prawnej”. Szefowa KE stwierdziła w nim, że wypłata się odwleka, bo reforma polskiego wymiaru sprawiedliwości, przeprowadzona pod egidą prezydenta Andrzej Dudy: „nie gwarantuje sędziom możliwości kwestionowania statusu innego sędziego bez ryzyka, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności dyscyplinarnej. Tę kwestię należy rozwiązać, aby spełnić warunki przyznania środków z KPO i umożliwić Komisji uruchomienie pierwszej płatności”.

Bełkotliwy język umowy

Abstrahując od intencji stron, zajrzyjmy do posiadającego moc traktatu: „Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności”. Oto na stronie 349 w dziale F1.1 w punkcie „b” jak wół zapisano, iż Polska: „zapewni, aby wszczęcie w postępowaniu sądowym weryfikacji spełniania przez sędziego wymogów niezawisłości, bezstronności i «ustanowienia ustawą» zgodnie z art. 19 TUE było możliwe dla właściwego sądu, jeżeli pojawia się w tym względzie poważna wątpliwość i taka weryfikacja nie jest kwalifikowana jako przewinienie dyscyplinarne”.

Przedzierając się przez bełkotliwy język umowy (nota bene ktoś treść tego niejasnego zapisu negocjował – no chyba że nie??) można dojść do wniosku, iż w maju tego roku Warszawa zgodziła się na to, czego żąda teraz Ursula von der Leyen. Co gorsza w oparciu o ten zapis da się blokować wypłatę środków, które się Polsce po prostu należą. Tymczasem owe skromne miliardy euro miały dać paliwo gospodarce w roku wyborczym. Tak ułatwiając Prawu i Sprawiedliwości przedłużenie rządów na trzecią kadencję. A tu nagle taki pech. Jako że sporą cześć inwestycji w KPO przeznaczono na ekologię, w sumie bardzo by się przydały tu i teraz na ratowanie Odry.

Skażona Odra. Pech wszystkich pechów

Tak doszliśmy do pecha wszystkich pechów. Trudno przypuszczać, by premier i reszta Rady Ministrów wlali trującą substancję do rzeki. Jednak z każdą godziną katastrofa ekologiczna zaczyna zamieniać się w polityczną. Obóz Zjednoczonej Prawicy nie ucieknie bowiem przed odpowiedzialnością. Instytucje państwa istniejące po to, żeby monitorować czystość wód i odpowiedzialne za bezpieczeństwo obywateli, totalnie zawiodły. Ludzie odpowiadający w rządzie za kwestie zarówno ekologiczne, jak i bezpieczeństwa, zajmowali się w ostatnich dniach głównie urządzaniem medialnego hara-kiri. Natomiast działań adekwatnych do zagrożenia nie widać. Gdy państwo funkcjonuje wedle zasad: „nie ważne czy instytucja działa, ważne by kierował nią nasz człowiek” oraz „jakoś to będzie, a ludzie sami sobie poradzą”, wtedy na koniec dostajemy to co widzimy.

Przy czym może być jeszcze ciekawiej. Gdy pisane są te słowa brak stuprocentowych potwierdzeń, czy doniesienia o zatruciu Odry rtęcią są prawdziwe. Gdyby okazało się to prawdą, wówczas będziemy mieli nie tylko katastrofę ekologiczną, ale i skandal stulecia. Chodzi tu nie tylko o to, jak śmiertelną truciznę dla wszelkich żywych organizmów jest rtęć i jej pochodne. Rzecz w tym, iż wykrycie jej obecności zarówno w wodzie, jak i ciałach martwych ryb, to banalna sprawa. Można tego dokonać przy użyciu wielu narzędzi, na czele z prostymi odczynnikami chemicznymi oraz w przypadku cieczy używając chromatografu. Wydaje się wręcz niemożliwe, żeby przez ponad dwa tygodnie nikomu w Polsce nie udało się zauważyć, iż przyczyną zatrucia Odry jest rtęć!

Mamy więc do czynienia, albo z gigantycznym fake newsem. albo nasze państwo zupełnie przestało dbać o bezpieczeństwo obywateli. I to tak bardzo, że rodzi się podejrzenie ukrywania prawdy, czym zatruto Odrę. Jednak nawet jeśli rtęć okaże się tylko faktem medialnym, to i tak nie zmieni to prawidłowości, że pechowcy wyborów nie wygrywają.