Reklama

Spośród grożących nam apokalips wydarzają się jedynie te niezapowiadane. Wspomnianą prawidłowość szczególnie dobrze widać w odniesieniu do rynku ropy naftowej.

Trzy miesiące temu prognozy wieszczyły czas rekordów cenowych oraz towarzyszących im niedoborów. W marcu stratedzy amerykańskiego banku inwestycyjnego JPMorgan twierdzili, iż wkrótce zobaczymy 185 dolarów za baryłkę. Mniej renomowani analitycy dawali i 200 USD. W Polsce miało się to przełożyć na koszmar dla gospodarki oraz kierowców, zmuszonych tankować benzynę lub olej napędowy płacąc ponad 10 złotych za litr.

Apokaliptyczny kryzys na rynku ropy? A skąd...

Tymczasem po ogłoszeniu apokaliptycznego kryzysu, w który niemal wszyscy uwierzyli, baryłka ropy otarła się o cenę 125 dolarów (aż piętnaście mniej niż latem 2008 r.) i z pewnym wahaniem zaczęła ona powolutku spadać. Choć końca wojny na Ukrainie nie widać, dziś oscyluje już w okolicach 90 USD. Nadal drogo, lecz do przeżycia. Tymczasem może być zdecydowanie taniej.

Reklama

Dotychczasowe kryzysy naftowe przebiegały bowiem według dość podobnego schematu. Wojna - kryzys naftowy – apokaliptyczne prognozy – światowa recesja gospodarcza - ropa dużo tańsza od wody mineralnej. Co ciekawe, w tym schemacie podaż ropy oraz produktów z niej wytarzanych była na rynku zawsze większa niż popyt. Gdyby choć raz zdarzyło się odwrotnie, wówczas dopiero zobaczylibyśmy - ile może kosztować najważniejszy dla naszej cywilizacji surowiec energetyczny.

Jom Kipur

Zamiast tego widzimy podobne spektakle, zwykle w kilku odsłonach. Pierwszy zaczął się od izraelsko-arabskiej wojny Jom Kipur w październiku 1973 r., gdy walczące ze sobą strony otrzymywały wsparcie od: Stanów Zjednoczonych oraz Związku Radzieckiego. Arabowie, rozwścieczeni proizraelską postawą Waszyngtonu zrewanżowali się wówczas USA naftowym embargiem. Sprawiając nim, że cena ropy wzrosła aż pięciokrotnie (nigdy potem nie udało się powtórzyć tak rekordowego skoku w równie krótkim czasie).

Reklama

„A jednak ten pobłyskujący niewyraźnie w oddali, trochę niesamowity, a trochę żałosny świat Wschodu – po wiekach – chwycił Zachód znów za gardło” – alarmował wówczas zachodnioniemiecki tygodnik „Der Spiegel”. Ale energetyczny kataklizm potrwał zaledwie pół roku. Wiosną 1974 r. cena ropy ustabilizowała się i z wolna zaczęła spadać. Państwa arabskie zorientowały się, że tracą rynki zbytu na rzecz Iranu oraz Wenezueli i same zrezygnowały z embarga. To co zarobiły na wzroście ceny ropy przez następne lata wydawały na Zachodzie, wykupując tamtejsze produkty, ziemię, nieruchomości. Ogromne sumy, jakie USA i Europa zachodnia straciły sukcesywnie wracały tam, skąd wypłynęły. Obserwujący to zjawisko prezes korporacji bankowej Citigroup Walter Wriston pozwolił sobie w połowie lat 70. na ironiczne podsumowanie.

Mocarstwowe sny ZSRR

„Ludzie biegają w kółko, spodziewając się końca świata, tymczasem pieniądze w żaden sposób nie mogą wydostać się poza ten układ. To jest obwód zamknięty” – zauważył. Jedynym krajem spoza układu okazał się Związek Radziecki. Premię finansową jaką otrzymał dzięki pierwszemu kryzysowi naftowemu, zainwestował w zbrojenia oraz ekspansję. ZSRR za rządów Leonida Breżniewa, trzymając pod swą ścisłą kontrolą Europę Środkową, starał się rozciągnąć podobną na jak najwięcej innych państw w różnych rejonach świata. Na liście tej znalazły się wówczas m.in.: Wietnam, Laos, Kambodża, Afganistan, Syria, Jemen, Etiopia, Libia, Mozambik, Angola, Ghana, Benin, Mali, Kuba. Temu wysiłkowi towarzyszyło stworzenie największej armii lądowej świata, posiadanie największej liczby rakiet strategicznych i głowic jądrowych, a nawet chęć zbudowania floty oceanicznej zdolnej stawić czoła amerykańskiej. Wedle planów stworzonych przez wiceministra obrony ZSRR admirała Siergieja Gorszkowa zamierzano zwodować: 6 lotniskowców, 13 krążowników rakietowych, 42 krążowniki, 160 okrętów podwodnych z napędem jądrowym.

Drugi kryzys naftowy

Drugi kryzys naftowy w 1979 r. zaoferował Moskwie premię finansową dającą złudzenie, iż plany światowej ekspansji nie są fantasmagorią. Kreml odważył się wówczas nawet na zupełnie zbyteczną interwencję wojskową w Afganistanie. Tymczasem skokowy wzrost cen ropy nie potrwał długo. Zainicjowało go obalenie w Iranie przez islamską rewolucję szacha i nałożenie embarga naftowego na USA przez zwycięskiego Ajatollaha Chomeiniego. Rok później wybuchła wojna iracko-irańska. Jej początek przyniósł rekord niepobity przez następne ćwierć wieku. Cena baryłki osiągnęła bowiem wysokość prawie 40 dolarów (po uwzględnieniu inflacji dziś byłoby to ok. 110-115 USD). Związek Radziecki znalazł się u szczytu potęgi militarnej, wikłając się w ekspansję na coraz liczniejszych kierunkach.

Trzeba tu pamiętać, że wprawdzie sowieckiemu budżetowi dopływ dewiz zapewniał jeszcze eksport gazu, sprzedaż złota, węgla i kilku innych surowców, to w tej puli ropa generowała nawet 70 proc. wszystkich dochodów. Stała się ona fundamentem ekonomicznym imperium, niemożliwym do zastąpienia niczym innym.

Wirtualny deficyt ropy

Tymczasem po latach wpadania w bezrozumną panikę na Zachodzie w końcu zaczęto dostrzegać różnicę między apokaliptycznymi przepowiedniami a rzeczywistością. Jednym z pierwszych symptomów otrzeźwienia był raport dyrektora oddziału amerykańskiego koncernu Exxon na Europę dr Joachima W. Koeniga dla International Energy Agency. Zbierając twarde dane dotyczące pierwszego i drugiego kryzysu naftowego Koenig udowadniał, że oba krachy wydarzyły się w sferze: polityczno-biznesowo-medialnej. Natomiast ani przez moment nie pojawiło się zagrożenie, iż ropy i pochodzących z niej paliw może realnie zabraknąć. Wirtualny deficyt stworzyły same rządy i koncerny naftowe skupując na potęgę paliwo, by następnie ją magazynować. Jednocześnie ukrywając te poczynania. Tym blokowano przepływ informacji, ile tak naprawdę jest surowca na rynku. Dopiero w 1982 r. zorientowano się, iż jest go o wiele za dużo. Ten fakt zbiegł się z recesją w USA. Przyniosły ją radykalne działania FED oraz nowego prezydenta Ronalda Reagana przedsięwzięte w celu stłumienie wysokiej inflacji. Wówczas cena baryłki runęła w dół.

Dwukrotnie tańsza ropa w momencie, gdy ZSRR toczył wojnę w Afganistanie i musiał utrzymywać kontrolę nad podporządkowanymi sobie państwami, stanowiła koszmarną dla Kremla okoliczność. Sowiecka gospodarka zaczęła zachowywać się niczym po ciosie obuchem w łeb. Kolejne uderzenia zadał jej prezydent Reagan, rozpoczynając morderczy wyścig zbrojeń, narzucając szereg sankcji na eksport zaawansowanych technologicznie urządzeń oraz próbując blokować budowę gazociągów z ZSRR do Europy Zachodniej.

Cios poniżej pasa ze strony USA

W walce na wyczerpanie Waszyngton zdobył się wreszcie na cios poniżej pasa, dogadując się na początku 1985 r. z Saudami. W zamian za dostawy broni i opiekę USA król Bin Abdul Aziz Fahd zgodził się, by Arabia Saudyjska utrzymywała przez kilka lat wydobycie ropy na dużo wyższym poziomie niż rynkowe zapotrzebowanie. Cena baryłki spadła poniżej 10 dolarów. Zważywszy, że mowa o 159 litrach cieczy oznaczało to, że litr ropy kosztował ok. 6 centów, czyli jakieś trzy razy mniej niż litrowa butelka wody mineralnej na stacji benzynowej w USA

Obniżka cen ropy była rujnująca, po prostu rujnująca. Była to katastrofa – wspominał ten moment członek Komitetu Centralnego KPZR Jewgienij Nowikow. Do końca lat 80. cena baryłki ropy oscylowała między 10 a 20 USD. Kreml zrezygnował z ekspansji, wycofał wojska z Afganistanu, negocjował z USA zakończenie wyścigu zbrojeń. Mimo to sowiecka gospodarka zaliczyła straszliwe załamanie pogłębione przez rozpaczliwą próbę reform. Próbujący ocalić Związek Radziecki Michaił Gorbaczow poniósł klęskę i imperium się rozpadło.

Inwazja na Irak

Szansa na jego reaktywację pojawiła się w 2003 r., gdy prezydent George W. Bush junior zabrał się bezrozumnie za porządkowanie Bliskiego Wschodu od inwazji na Irak. Po latach stabilizacji ceny ropy znów wystrzeliły w górę. Dodatkowo windował je burzliwy rozwój gospodarczy Chin i trwająca na Zachodzie prosperity. Na dokładkę wszyscy zaczęli wierzyć w teorię Peak Oil. Mówiła ona, iż około roku 2012 r. nastąpi szczyt światowych możliwości wydobywczych. Po nim wielkość wydobycia ropy miała już tylko spadać, a jej cena rosnąć. Zdestabilizowanie Bliskiego Wschodu i obłożenie sankcjami Iranu - marzącego o własnej broni atomowej - przyniosło wrażenie, że wieszczony przez analityków Peak Oil nadciąga. Baryłka ropy kosztowała ponad 140 dolarów, choć surowca na rynku było pod dostatkiem.

Dla Rosji nadeszły cudowne lata. W kwestii pozyskiwania środków finansowych. Od czasów ZSRR niewiele się tam zmieniło. Wprawdzie Kreml inwestował w eksport gazu, lecz z surowcowej puli niezmiennie to ropa naftowa dawała 70-80 proc. dochodów. Gdy jej cena biła historyczne rekordy, znów jak w latach 70. Moskwa dysponowała środkami umożliwiającymi jej prowadzenie ekspansji. Biegła ona dwutorowo. Pierwszy kierunek wytyczała chęci odbudowy Związku Radzieckiego. Czego ofiarami padły najpierw Gruzja, a następnie Ukraina. Drugi, to próba odnowienia strefy wpływów wywalczonych w czasach Breżniewa na Bliskim Wschodzie i w Afryce.

Putin starał się uczyć na błędach poprzedników

Przy czym Władimir Putin starał się uczyć na błędach poprzedników. Wzorem krajów arabskich oraz Norwegii utworzył Fundusz Dobrobytu Narodowego. Zapobiegliwe kraje surowcowe w takich funduszach gromadzą nadwyżki finansowe z czasów wysokich cen ropy i gazu, by móc sięgnąć po nie, gdy nadchodzą chude lata. W przypadku Rosji Funduszu Dobrobytu Narodowego to rezerwa mająca zabezpieczyć gospodarkę kraju, na wypadek nie tylko niskich cen ropy, ale też zachodnich sankcji. Choć obecnie są one surowe jak nigdy wcześniej, dzięki Funduszowi Rosja zachowała zdolność kontynuowania wojny z Ukrainą, nie tracąc gospodarczej stabilność.

Jednak najazd na inny kraj, który potrafi się bronić, to bardzo drogie przedsięwzięcie. Straty sprzętu, zużycie amunicji, wynagrodzenie dla żołnierzy, etc., wszystko generuje dla państwa dodatkowe koszty. Wedle oficjalnych danych Ministerstwa Finansów Rosji z połowy maja jeden dzień wojny kosztuje Moskwę ok. 300 mln dolarów. Z kolei amerykański „Newsweek” oszacował konieczne wydatki na 900 mln dolarów dziennie. Nawet jeśli prawda znajduje się po środku, to i tak miesiąc po miesiącu najeźdźca wyczerpuje swe zasoby. O ile rezerw broni i ludzi nadal mu nie brakuje, to w kwestii odnawiania rezerw finansowych Kreml wisi na jednym włosku w postaci ceny ropy naftowej. Zupełnie jak w roku 1982.

Rosja na coraz cieńszym włosku

Tymczasem ów włosek staje się coraz cieńszy. Dzieje się tak za sprawą następującego splotu zdarzeń. Po dwóch kwartałach spadku PKB z rzędu gospodarka Stanów Zjednoczonych oficjalnie wchodzi w fazę recesji. Wczoraj Senat USA poparł pakiet reform mających służyć zahamowaniu inflacji. Zaś FED rozpoczął już cykl podwyżek stóp procentowych. Podobnie jak za czasów prezydenta Reagan przyjęto strategię, że najpierw należy zdusić inflację, a dopiero potem zająć się rozkręcaniem gospodarczego wzrostu. Równie znaczące dla ceny ropy są niepokojące wieści napływające z Chin. Kolejne lockdowny, upadki banków, krach na rynku nieruchomości. Na Bliskim Wschodzie administracja Joe Bidena negocjuje z Iranem odnowienie umowy nuklearnej z 2015. Jeśli to się uda, niegdyś drugi eksporter ropy po Arabii Saudyjskiej wróci do gry. Po cichu już następuje to w przypadku Wenezueli. Jednocześnie poddane presji Waszyngtonu kraje OPEC na początku sierpnia zdecydowały, iż od września zwiększają wydobycie surowca. Na dokładkę recesja grozi też Niemcom.

Jednym słowem, najwięksi konsumenci ropy będą potrzebować jej mniej, zaś producenci dopiero się rozkręcają. Wszystko w momencie, gdy niedobór tego produktu na rynku jest zjawiskiem czysto wirtualnym. Płynący z tego wniosek jest dość oczywisty. Zmierzamy w stronę czasów, gdy litr wody mineralnej znów będzie o wiele droższy od litra najważniejszego dla naszej cywilizacji paliwa. A to oznacza, iż nadchodząca zima dla Europy może okazać się trudna, lecz dla Rosji jeszcze trudniejsza. Ale nie będzie dla Kremla aż taka zła, jak następująca po niej wiosna.