Rząd Olafa Scholza, który jeszcze miesiąc temu był głównym hamulcowym decyzji, by sankcje UE przeciw Rosji objęły dostawy surowców energetycznych, wreszcie ugiął się pod presją, a może nawet dostrzegł w nich swój interes. Największy odbiorca gazu i ropy ze Wschodu, główny w ostatnich dekadach partner putinowskiej Rosji na Zachodzie, odwraca się od szkodliwego dla naszego regionu modelu biznesowego w sektorze energii.
Reklama
Nie oznacza to, że Polska i jej sojusznicy mogą odtrąbić dyplomatyczny sukces. W dalszym ciągu toczy się gra o uderzenie tu i teraz w surowcowe dochody Kremla. Stopniowe wygaszanie dostaw nie wystarczy, żeby podważyć jego możliwości finansowania wojny. Rząd Mateusza Morawieckiego wydaje się to rozumieć, o czym świadczy podnoszenie przez niego na forum UE różnych wariantów cła na rosyjskie węglowodory.
Tego typu rozwiązania cieszą się szerokim poparciem wśród ekonomistów, od dawna propagują je think tanki, takie jak brukselski Instytut Bruegla. A potrzeba ich wdrożenia będzie tym bardziej paląca, jeśli Brukseli nie uda się ostatecznie przeforsować naftowego embarga. Inaczej firmy, z krajów, które będą rugować rosyjskie paliwa – jak Polska, Niemcy czy Holandia – będą zmuszone konkurować z podmiotami korzystającymi z przecenionych produktów ze Wschodu.
Warszawa powinna też pójść za ciosem i postarać się o jak najszybszy demontaż Nord Stream 2 i przypieczętować w ten sposób niemiecki kurs na derusyfikację.
Reklama