W minionym tygodniu sprawa amantadyny stała się przyczyną publicznego sporu w rządzie. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł postawił zarzut, że badania nad skutecznością leku w walce z koronawirusem "są blokowane" - w domyśle: przez resort zdrowia. W liście do jego szefa Adama Niedzielskiego pytał, czy zna "przyczyny tej obstrukcji". Sugerował nawet spisek: "być może to dlatego, że nie przynosi koncernom farmaceutycznym takich zysków, jak nowo wynalezione szczepionki, ponieważ czas jej ochrony patentowej już upłynął?". - - spekulował na antenie Polsat News Warchoł.
Preparat znikał z aptecznych półek, a lekarze donosili o chorych, którzy zgłaszali się do szpitala za późno, bo woleli na własną rękę "leczyć się" amantadyną w domu. Spotkało się to z reakcją resortu zdrowia: od 10 grudnia apteki ogólnodostępne lub punkty apteczne mogą sprzedać jednemu pacjentowi nie więcej niż trzy opakowania amantadyny (produkt leczniczy Viregyt-K) po 50 kapsułek na 30 dni. Jedyne wskazania do wydania leku to choroba i zespół Parkinsona oraz dyskineza późna u dorosłych. W reakcji na insynuacje Warchoła rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz odpowiedział, że to lekarze i specjaliści powinni wypowiadać się na temat leczenia. -.