To, że Władimir Putin i jego ludzie próbują rozgrywać Unię Europejską nie jest niczym nowym. Wszyscy już do tego przywykli i powtarzanie tej tezy stało wręcz nudnym sloganem. Jednak to, co się dzieje od lata trudno nazwać nudą. Zwłaszcza, jeśli nieco uważniej prześledzić sekwencje kolejnych zdarzeń. Punkt startu naszej opowieści można wyznaczyć na początek lipca, acz nie dotyczył on bezpośrednio Rosji. Wówczas to Alaksandr Łukaszenka zaoferował białoruskie wizy wszystkim, którzy chcieliby z Bliskiego Wschodu oraz Afryki dostać się do Europy.

Reklama

Migranci

Początkowo migrantów przerzucano na granicę z Litwą i Łotwą, a białoruscy pogranicznicy pomagali im przedostawać się na drugą stronę. Bałtowie pośpiesznie budowali metalowe ogrodzenie i wezwali na pomoc Frontex, lecz ośrodki dla migrantów na Litwie szybko się zapełniały. Wydawało się, iż dyktator skutecznie zemści się za to, że Wilno stało się miejscem rezydowania przywódców białoruskiej opozycji. Nagle z początkiem sierpnia egzotyczni przybysze zniknęli z granicy litewskiej i łotewskiej przenosząc się nad polską.

Było to o tyle zaskakujące, że długość jedynie granicy Litwy z Białorusią wynosi aż 677 km. Zamieszkały przez niecałe 3 mln ludzi kraj, z armią liczącą 10 tys. żołnierzy nie posiada dość środków, by móc skutecznie ją uszczelnić. Mimo to cały napór migrantów przeniósł się nad granicę z Polską, która liczy sobie w sumie 418 km, lecz na długich odcinkach skutecznie jej przekraczanie utrudnia Puszcza Białowieska oraz rzeka Bug. Jednocześnie polskie służby mundurowe są ponad dziesięć razy liczniejsze niż litewskie. Łukaszenka wybrał więc dużo trudniejszy wariant przerzucania migrantów do Unii. Jednocześnie tak otwierając dla Kremla możność gry na tym "fortepianie".

Gaz

Niecały miesiąc później znacząco wzmocniła się siła negocjacyjna Rosji przy drugim z „fortepianów”. Stało się tak za sprawą cen paliw kopalnych. Zbiegiem okoliczności wrzesień okazał się bezwietrzny i farmy wiatrowe w Europie zamarły. Należące do Gazpromu magazyny gazu na terenie UE okazały się wówczas wypełnione jedynie w 18 proc. Przez następne tygodnie ceny wszystkich paliw kopalnych oszalały, a przed Unią Europejską stanęło widomo kryzysu energetycznego. Z Brukseli i najważniejszych stolic kontynentu płynęły więc wezwania do Moskwy, by Rosja wreszcie zaczęła tłoczyć przez gazociągi więcej błękitnego paliwa. Putin zwlekał z tym ponad dwa miesiące. Powszechnie sądzono, że chodzi o wymuszenie uruchomienia gazociągu Nord Stream 2. Jednak z początkiem listopada Gazprom zaczął wreszcie zwiększać dostawy. Wiadomo już jednak, że gdyby nadeszła mroźniejsza, bezwietrzna zima, wówczas choćby tylko ograniczenie przesyłu gazu przez rosyjską stronę, wystrzeli jego ceny w kosmos. To z kolei przełoży się na koszty energii, inflację, codzienne życie wszystkich mieszkańców UE.

Reklama

Długoterminowe zjawiska pogodowe są nieprzewidywalne, dlatego nie można na nich opierać strategii, ale też Kreml tego nie robi. Zademonstrowaniu Unii braku alternatywy, co do głównego dostawcy surowców energetycznych, towarzyszą komunikaty adresowane do konkretnych nurtów politycznych obecnych w Europie. Jak wirtuoz zagrał na tym "fortepianie" 21 października Władimir Putin, podczas dorocznej dyskusji międzynarodowego Klubu Wałdajskiego. W swym wystąpieniu sporo miejsca poświęcił zmianom kulturowym zachodzącym w USA i Europie Zachodniej. Mówił dokładnie to, co chcą usłyszeć ich konserwatywni przeciwnicy. Zniszczenie odwiecznych wartości: wiary, relacji między ludźmi aż do całkowitego odrzucenia rodziny – wyliczał, porównując to, co dzieje się na Zachodzie do rewolucji bolszewickiej, jaka przeorała Rosję po 1917 r. Walka o równość i dyskryminację przeradza się w agresywny dogmatyzm na skraju absurdu – podkreślał były oficer KGB.

To, że jego głos jest zauważany bez kłopotu da się dojrzeć w wypowiedziach zachodnich polityków, których wrzuca się do jednego worka z napisem "prawicowy populizm". We Francji dwoje największych rywali urzędującego prezydenta - Eric Zemmour i Marine Le Pen zgodnie twierdzą, iż należy znieść sankcje nałożone przez UE na Rosję, a Francja powinna nawiązać z nią jak najlepsze relacje. Podobnie rzecz się ma w innych krajach Europy Zachodniej. Kreując się na obrońcę: uniwersalnych wartości, tradycyjnej rodziny oraz religii prezydent Putin przyciąga do siebie politycznych liderów o tych właśnie poglądach. Czyniąc ich otwartymi na robienie z nim interesów. Po czym lobbują oni właśnie za tym wśród wyborców we własnych krajach.

Ławrow

Grę prezydenta Rosji uzupełnia jego zaufany minister spraw zagranicznych, Siergiej Ławrow. W tym tygodniu podczas spotkania z arcybiskupem Paulem Richardem Gallagherem, który pełni funkcję watykańskiego sekretarza do spraw stosunków międzynarodowych, minister pozwolił sobie na dłuższą chwilę narzekań. Zaczął od tego, że Unia Europejska ponosi odpowiedzialność za obecną sytuację na granicy polsko-białoruskiej, ponieważ stworzyła: „warunki do wybuchu tego kryzysu”. Kolejną jej winą - wedle słów Ławrowa – są różne standardy wobec poszczególnych krajów. Tu przypomniał sprawę Turcji, której w 2016 r. przekazano 3 mld euro ze specjalnie w tym celu utworzonego Instrumentu Pomocy dla Uchodźców. W zamian Ankara uszczelniła swe granice. „Dlaczego nie można pomóc również Białorusinom?” – pytał Ławrow arcybiskupa. Tak postawiona kwestia została odebrana jako prymitywna próba wymuszenia haraczu.

Jednak na konferencji prasowej rosyjski minister spraw zagranicznych wzbogacił swój przekaz o nowe wątki. W jego narracji „kraje NATO i Unii Europejskiej” całymi latami na Bliskim Wschodzie i w Afryce „reklamowały swój sposób życia” oraz narzucały demokrację. Tak destabilizując te regiony świata. Na koniec zaś zainicjowały „bezprecedensowe fale uchodźców”. Co ciekawe z tymi oskarżeniami (grającymi na poczuciu winy Zachodu) połączył sprawę wspieranego przez Kreml syryjskiego dyktatora Baszara al-Asada. Ławrow wezwał do zniesienia „nielegalnych, jednostronnych sankcji”, jakie Zachód nałożył na reżym krwawego oprawcy. Tym sposobem Rosjanie zagrali na zupełnie nowym „fortepianie”, ale to wcale nie koniec.

Granica polsko-białoruska

Nowe możliwości gry daje bowiem eskalowanie konfliktu na pograniczu polsko-białoruskim. Gromadzenie migrantów w duże grupy i pchanie ich do prób przebijania się przez granicę siłą, zmusiło stronę polską do koncentrowania tam coraz większej liczby jednostek wojskowych. To otworzyło możność postawienia Polsce zarzutu, iż przygotowuje operację militarną. „Odnosi się wrażenie, że nasi sąsiedzi, w tym Polska, w ramach rozwiązywania swoich wewnętrznych problemów politycznych, a także problemów w ramach Unii Europejskiej, są gotowi rozpętać konflikt, w który chcą wciągnąć Europę” – oświadczył Minister Obrony Białorusi Wiktar Chrenin, zapowiadając, iż staje się koniecznością poproszenie Rosji o wsparcie. Jeszcze nim to oznajmił nad Białorusią pojawiły się bombowce Tu-22M3, przystosowane do atakowania celów naziemnych przy użyciu bomb i rakiet. Do obwodu grodzieńskiego są zaś przerzucane elitarne rosyjskie jednostki powietrzno-desantowe.

Rzeczą prawdopodobną okazuje się, że wkrótce za obozami migrantów mogą zostać rozlokowane oddziały armii rosyjskiej. Jeśli do desantowców dołączą te, wyposażone w czołgi, artylerię oraz inne rodzaje ciężkiego sprzętu bojowego, jedyne co polska strona będzie mogła uczynić, to odpowiedzieć tym samym. Biedni migranci znajdą się wówczas w zupełnym potrzasku, pełniąc rolę niemal dosłownie „mięsa armatniego”. W takim wypadku gra Kremla na tym „fortepianie” może sprowadzać się do podsycania groźby wybuchu konfliktu zbrojnego. Szarpiąc tym nerwy społeczeństwom i przywódcom krajów UE.

Tyle tylko, że bezpośrednie starcie z siłami zbrojnymi NATO nie jest Rosji do niczego potrzebne. Jej interes strategiczny sprowadza się do wchłonięcia Białorusi, pozyskania lądowego połączenia z Krymem oraz rozbicia i podporządkowania sobie Ukrainy. Po osiągnięciu tych celów państwo Putina znalazłoby się bliżej centrum Europy i mogło skuteczniej wpływać na to, co się w niej dzieje. Czerpiąc przy tej okazji liczne korzyści. Dlatego w tej symfonii być może najważniejszy z „fortepianów” gra najciszej.

Ukraina

Chodzi mianowicie o koncentrowanie kolejnych jednostek wojskowych na granicy z Ukrainą. Że ma to miejsce ostrzegł w środę sekretarz stanu USA Antony Blinken. Zaangażowanie się przez Kreml jednocześnie w konflikt na polsko-białoruskiej granicy oraz działania zbrojne przeciw Ukraińcom wydaje się być szczytem ryzykanctwa. O wiele bezpieczniejszym scenariuszem byłoby uderzenie na Ukrainie, a następnie wykorzystanie drugiego z pól działania do deeskalacji i zwarcia transakcji. Jej przedmiotem byłyby interesy pozostającego poza Unią i NATO państwa ukraińskiego.

W takim scenariuszu w zamian za ciche przyzwolenie na np. anektowania pasa ziem łączącego Donieck z Krymem, Kreml mógłby zaoferować Zachodowi: wycofanie wojsk znad unijnej granicy na Bugu, zakończenie presji migracyjnej, a nawet wymianę rządzącego Białorusią dyktatora na kogoś zdecydowanie bardziej ludzkiego od Łukaszenki. W promocji mógłby to być ktoś wywodzący się z kręgów białoruskiej opozycji. Pod warunkiem oczywiście, iż rosyjskie garnizony już pozostaną w tym kraju na stałe. Wreszcie dodatkowa premia możliwa do zaoferowania przez Putina, to większe dostawy gazu. Natomiast ich wstrzymanie w środku zimy zapewne uelastyczniałoby strategię negocjacyjną Zachodu.

Czy właśnie w tą właśnie stronę zmierza gra na tak licznych "fortepianach", jaką prowadzi Kreml, dowiemy się wcześniej lub później. Ale jest to już tylko kwestia czasu.