Ogłoszony w sobotę Polski Ład to zestaw haseł i obietnic, które dopiero mogą zostać zamienione na konkretne ustawy. Jednak niezależnie od finału, dzięki temu projektowi coraz wyraźniej widać, jak bardzo zmienia się układ korzyści i kosztów dla poszczególnych grup społecznych w III RP z tytułu obecności w Unii Europejskiej.

Reklama

Radykalne przemeblowanie elektoratów?

To, że dotychczasowy elektorat Platformy Obywatelskiej (obecnie w demontażu) należał do najbardziej euroentuzjastycznych, zaś PiS-u oraz Konfederacji do najbardziej eurosceptycznych, miało swe racjonalne korzenie w przeszłości. Patrząc jedynie z perspektywy portfela, wejście do Unii w 2004 r. przyniosło Polsce potężny impuls rozwojowy po zastoju, jaki dotknął kraj w latach 2000-2003. Jego główni beneficjenci na niemal dwie dekady stali się twardym elektoratem PO. To oni odnotowali największy wzrost dochodów i korzystali z możliwości, które dawały im otwarte na przepływ ludzi i kapitału granice. Jednocześnie mogli nacieszyć się konsumpcją, dzięki bardzo spłaszczonej skali podatkowej. Nota bene Jarosław Kaczyński, godząc się na propozycję Zyty Gilowskiej, by zlikwidować trzeci próg podatkowy w 2007 r., tych ludzi nie kupił, mimo iż codzienną wegetację im umilił. Na dokładkę ci najbardziej obrotni wybierali samozatrudnienie, co daje możność uiszczania 19 proc. podatku dochodowego, będącego de facto wymarzonym przez liberałów podatkiem liniowym.

Po drugiej stronie barykady ci, którzy nie odczuli w swych portfelach wejścia do UE, a starzejąc się, mają w perspektywie głodowe emerytury, znaleźli się głównie w gronie twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości.

Ten stan rzeczy ulega właśnie radykalnemu przemeblowaniu, bo zarówno III RP, jak i Unia w ostatnich latach bardzo się zmieniły. Na niwie gospodarczej w kluczowych państwach Europy Zachodniej, jak i w Brukseli idee liberalne są spychane na coraz głębszy margines. Podwyżki podatków dla najlepiej zarabiających, jaki ma zafundować Polski Ład, jawią się wręcz niczym drobne niedogodności, jeśli spojrzeć na trendy, które zdominowały dyskurs publiczny w innych krajach UE. Zieloni, idący w sondażach łeb w łeb z chadecją, obiecują Niemcom, że jeśli przejmą rządy, podniosą najwyższe stawki podatkowe. W przypadku zarobków powyżej 100 tys. euro rocznie (200 tys. dla par) ma ona wynosić 45 proc., a po przekroczeniu 250 tys. euro (500 tys. pary) nawet 48 proc. Coraz więcej zwolenników zyskuje w RFN również idea, by minimalne stawki podatkowe, minimalne płace oraz minimalny zakres pomocy socjalnej zostały ujednolicone dla całej Unii i zagwarantowane wszystkim jej mieszkańcom.

"Sorry, taki mamy klimat"?

Strach przed populistami, społecznymi buntami oraz drastyczny wzrost zadłużenia państw podczas pandemii - to wszystko się sumuje, dając na końcu nieuchronny wzrost opodatkowania. Wszyscy mówią o zmuszeniu do uiszczania realnych danin wielkie korporacje, lecz nie narusza to dużej zgodności w Europie Zachodniej co do tego, iż więcej do budżetu powinno dokładać klika lub kilkanaście procent najbogatszych obywateli. Dokładnie to samo obiecuje w USA administracja Joe Bidena, co każe zakładać, że klamka powoli zapada.

Elektorat liberalny w Polsce nie może więc liczyć na współczucie w Brukseli czy w Parlamencie Europejskim z racji tego, iż po doliczeniu składki zdrowotnej drugi próg podatkowy w Polsce wzrośnie realnie z 32 do 41 proc. Szczególnie w czasach, gdy odżywa idea, by najbogatszym odbierać nawet 70 proc. dochodów. Albo pójść na całość, jak to zrobił w 1939 r. prezydent Franklin D. Roosevelt, przekonując Kongres, żeby drastycznie podniósł najwyższy próg podatkowy. Odtąd Amerykanin, który zarobił ponad 100 tys. USD rocznie, od każdego dolara powyżej tej kwoty oddawał państwu 90 centów. "Sorry, taki mamy klimat" - trafnie spostrzegła kiedyś pewna klasyczka.

Zapowiedź bolesnych uderzeń po portfelu idzie w parze z rozczarowaniami. Elektorat Platformy przez sześć lat pokładał wiarę w to, że Unia zablokuje zmiany wprowadzane przez PiS. Obroni Trybunał Konstytucyjny, Krajową Radę Sądownictwa, Sąd Najwyższy, Telewizję zwaną niegdyś "publiczną" itd., itp. W praktyce okazało się, że od procedur Komisji Europejskiej, orzeczeń TSUE i rezolucji Parlamentu Europejskiego większe znaczenie ma nieudolność PiS-u. Po szumnych zapowiedziach reform zwykle następowało zaplatanie się we własne, przebiegłe plany. Na koniec zaś przejęta przez swoich instytucja okazywała się nie "młotem" na dotychczasowe porządki, lecz dysfunkcyjną atrapą.

Odwrócenie sojuszy

Wracając do rozczarowań, to bolesnym ich podsumowaniem staje się europejski Fundusz Odbudowy. Jego powstanie diametralnie odwróciło trendy rysujące się na polskiej scenie politycznej. Coraz bardziej skłócona Zjednoczona Prawica zmierzała w stronę dekompozycji, zaś opozycji pozostawało już tylko czekać, jak to oraz pandemia przypieczętują los obozu władzy. Wybuch nadziei na wielkie fundusze (na marginesie, pozyskane ze wspólnotowego zaciągnięcia długów) wywrócił sytuację do góry nogami. Rozpad Zjednoczonej Prawicy został odsunięty w czasie dzięki odwróceniu sojuszy. Pozyskanie przy głosowaniu ratyfikacyjnym Lewicy zadało nokautujący cios zarówno Ziobrze, jak i PO. To z kolei zainicjowało dekompozycję Platformy. Dwa miesiące temu rozpadała się Zjednoczona Pawica, a teraz rozpada się opozycja.

Jak by nie patrzeć, to Unia Europejska zafundowała liberalnemu elektoratowi obecny stres i udrękę. Dorzucając perspektywę dłuższych rządów PiS-u, połączoną ze wzrostem podatków. Jak tak dalej pójdzie, to euroentuzjastycznemu wyborcy, który zarabia powyżej 8 tys. zł miesięcznie, pozostanie już tylko stara wiara w UE, podgryzana przez chudnący portfel.

Z kolei zazwyczaj eurosceptyczny elektorat PiS dostał w prezencie trudną do przecenienia satysfakcję z pognębienia liberałów, a w przyszłości może mieć nadzieję na niższe podatki i więcej profitów socjalnych. Gdyby nie Unia, na żadną z tych premii nie miałby w dającej się przewidzieć przyszłości szansy. Z punktu widzenia własnego portfela powinien ją więc pokochać szczerą miłością. Na dziś uniemożliwia to wiara, że UE stanowi realne zagrożenie dla polskiego narodu. Przyjęcie praw, jakimi cieszy się na Zachodzie społeczność LGBTQ, oraz kwestia dostępności aborcji wydają się granicami nie do pokonania. Eurosceptycyzm umacnia także nieufność wobec Niemiec i brak akceptacji dla ich dominującej pozycji w UE.

Powodów do zbliżeń PiS i Lewicy przybędzie?

Reklama

Jednak niewiele rzeczy tak zbliża, jak wspólne interesy, owocujące namacalnym zyskiem. Ideowy pancerz elektoratu PiS nie przeszkadza w nagłym zapałaniu sympatią do Lewicy, gdy okazała się jedyną "konstruktywną opozycją". Założenia Polskiego Ładu nieuchronnie zapowiadają, iż powodów do wzajemnych zbliżeń przybędzie. To zazwyczaj powolutku nadkrusza ideowe pryncypia. Zwłaszcza gdy patrzy się bardzo podobnie na rolę państwa w gospodarce oraz zarządzanie redystrybucją pieniędzy pozyskiwanych od podatników.

Tymczasem równie wielka przepaść dzieli jeszcze polskiego liberała od Konfederacji, która wszelkie "wartości europejskie" uznaje za wrogie. Dlatego zdecydowanie jest mu bliższa (programowo bardzo mglista) Polska 2050 Szymona Hołowni. Jednak coś, co wygląda na rekonstrukcję starej Platformy, może okazać się bardzo rozczarowujące dla tych, którzy stracą na Polskim Ładzie oraz obecności w Unii. Wówczas kolejne przeniesienie głosów wiedzie już tylko w jednym, konfederacyjnym kierunku. Bo gdy na stole leży stara miłość, imponderabilia oraz portfel, to wybory dziś zupełnie nie do pomyślenia okazują się w przyszłości całkiem możliwe.