Polski rząd przyciśnięty do muru unijnym Zielonym Ładem i koniecznością odejścia od węgla jest coraz bardziej zdeterminowany w sprawie budowy elektrowni jądrowych. Przygotowania do tej inwestycji ciągną się od 2010 r.

Reklama

Tuż przed ubiegłorocznymi wyborami w USA Warszawa podpisała z administracja Donalda Trumpa międzyrządową umowę, na mocy której strona amerykańska miała w ciągu 1,5 roku od ratyfikacji dokumentu przygotować ofertę na realizacje atomu w Polsce. Choć ratyfikacja opóźniła się i nastąpiła dopiero pod koniec lutego, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski przekonuje w wywiadzie dla DGP, że nie ma to wpływu na przewidywana datę oddania do użytku pierwszego reaktora w Polsce.

Rządowe plany zakładają budowę sześciu, a pierwszy miałby zostać uruchomiony w 2033 r. Według Naimskiego, jeżeli Polska wybierze ofertę Amerykanów, kontrakt mógłby być podpisany w ciągu niespełna dwóch lat. Tymczasem złożenie swojej oferty zapowiadają Francuzi, taka możliwość sygnalizowała również Korea Południowa.

Naimski zastrzega, że oferta z USA nie przesadza wyboru technologii dla polskich elektrowni jądrowych i że musimy omówić warunki jej wyboru z Komisja Europejska. Wskazuje jednak, że to Westinghouse dysponuje sprawdzoną i działającą technologią, która będzie mogła być przeniesiona do Polski „bez zmian”.

Odnosząc się zaś do Francji, mówi, że Warszawa zdaje sobie sprawę, że to silny przemysł w Europie. Jednakże zauważa, że gdyby EDF (francuski dostawca reaktorów) miał budować kolejne reaktory u siebie, finalizować dwa w Wielkiej Brytanii, a także wziąć się do budowy sześciu planowanych w naszym kraju, to on byłby "ostrożny co do możliwości dotrzymania terminów".

Z kolei pytany o Koreańczyków, wskazuje, że ich technologia opiera się na rozwiązaniach Westinghouse’a i jej użycie poza Korea Południowa wymaga akceptacji strony amerykańskiej.

CZYTAJ WIĘCEJ WE WTORKOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ">>>