Zarówno energia, jak i żywność może drożeć (lub tanieć) niezależnie od tego, co się dzieje w gospodarce, wystarczy, że – na przykład – nie dopisze pogoda. W tym ujęciu inflacja bazowa jest bardziej obiektywnym miernikiem jakości polityki pieniężnej, której celem – z zasady – jest utrzymywanie tempa wzrostu cen na stabilnym poziomie. Tymczasem w lipcu wskaźnik wyniósł 4,3 proc. i był wyższy niż w czerwcu (4,1 proc.).
Deflacji nie będzie
komentuje Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Po danych NBP jest już jasne, że scenariusz, w którym zakładano mocne wyhamowanie wzrostu cen ze względu na kurczący się popyt, jak dotąd się nie realizuje. Niektórzy eksperci u progu pandemii wieszczyli nawet deflację: większość towarów i usług miała tanieć w odpowiedzi na spadające płace i problemy ze sprzedażą. Ale do tego nie doszło. Miliardy złotych, jakie popłynęły do gospodarki w wyniku działania tarcz antykryzysowych, zahibernowały rynek pracy i podtrzymały działalność firm. Do tego stopnia, że polska gospodarka zaliczyła jedną z najpłytszych recesji w Europie w II kwartale. A gdy rozpoczęto znoszenie lockdownu w połowie maja, wystąpiło w niej zjawisko popytu odroczonego: w niektórych branżach odbicie było na tyle silne, że pozwoliło to przenieść na klientów część kosztów związanych z wcześniejszym zamrożeniem gospodarki. Stąd duży, dwucyfrowy wzrost cen niektórych usług, który utrzymuje się do dziś. Usługi fryzjerskie nadal są droższe o ponad 10 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem (w lipcu ich ceny były wyższe o 13,2 proc.), za leczenie zębów płacimy o ponad 14 proc. więcej, za wakacje w kraju o ponad 7 proc. więcej niż rok temu.
mówi Maliszewski.
Ale to nie jest pełne uzasadnienie wzrostu inflacji bazowej. Duży wpływ na nią ma też ogromny wzrost niektórych cen administrowanych, np. stawek za wywóz śmieci. Są one o ponad połowę wyższe niż rok temu. To efekt zmian w prawie, które zostały wprowadzone jeszcze przed pandemią. Inflację bazową podbijają też rosnące stawki za usługi bankowe i finansowe. To z kolei efekt uboczny działań banku centralnego, który w odpowiedzi na pandemiczny kryzys radykalnie obniżył stopy procentowe. Banki, próbując zrekompensować sobie spadek oprocentowania, zażądały wyższych prowizji za swoje usługi. Tym bardziej że muszą się mierzyć z dodatkowymi obciążeniami, wynikającymi chociażby z wypełniania unijnych dyrektyw. Ale też z koniecznością tworzenia dodatkowych rezerw, związanych z niekorzystnymi dla nich wyrokami Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kredytów walutowych czy zwrotu kosztów przy wcześniejszej spłacie kredytu.
Oszczędzanie bez sensu
Układ, w którym stopy procentowe NBP spadają niemal do zera, a inflacja bazowa jest najwyższa od niemal dwóch dekad, zmusza do refleksji, czy skala wsparcia gospodarki, jakiego udzieliła jej Rada Polityki Pieniężnej, nie była zbyt duża i nastąpiła w odpowiednim momencie. Po ostatniej redukcji z 29 maja stopa referencyjna NBP wynosi 0,1 proc., co w praktyce oznacza, że nie ma już przestrzeni do dalszego łagodzenia polityki pieniężnej standardowymi metodami, gdyby doszło do pogłębienia dekoniunktury. Z drugiej strony bardzo trudno wyobrazić sobie podwyżkę stóp w sytuacji, gdy w II kwartale mieliśmy ponad 8-proc. recesję. Jest więc ryzyko wpadnięcia w pułapkę stagflacji – wzrostu cen równocześnie ze spadkiem PKB. To bardzo niebezpieczne zjawisko, bo recesja odbiera ludziom dochody, a wyższe ceny zwiększają koszty życia.
Bezsprzecznie obecna sytuacja sprzyja zaciąganiu długu. Według NBP średnie oprocentowanie kredytu na cele mieszkaniowe wynosiło w czerwcu 3,3 proc. i było najniższe w historii. Wysoka inflacja sprzyja dłużnikom w tym sensie, że – w dłuższej perspektywie – realna wartość zadłużenia spada.
Ale z drugiej strony to nie jest dobry czas na oszczędzanie w bankach. Na słabo oprocentowanych lokatach ponosi się straty. Jeśli ktoś założył roczną lokatę w lipcu ubiegłego roku, to realnie na każdych 100 zł stracił ok. 1,5 zł, nie licząc podatku Belki.
Z tego punktu widzenia dobrze by było, gdyby wypełniła się w końcu prognoza większości ekonomistów i ceny zmieniły swoją trajektorię. Eksperci nadal są przekonani, że obecnie podwyższona inflacja jest zjawiskiem przejściowym i niebawem powinna zacząć maleć. Ma się tak stać, gdy wygaśnie efekt popytu odroczonego, moc tarcz antykryzysowych osłabnie i inflację – w tym inflację bazową – ciągnąć w górę będą głównie ceny regulowane. Zresztą już dziś po ich wyłączeniu jedna z miar inflacji bazowej pokazuje jej spadek do 2,1 proc. w lipcu z 2,3 proc. w czerwcu.
Stopy procentowej zmiany cen w ostatnich 5 latach
Miliardy złotych, jakie popłynęły do gospodarki, zahibernowały rynek pracy