W tej chwili dla rządu głównym problemem wizerunkowym jest ustawa sądowa, ona przysłania wszelkie inne działania. Projekt ma poparcie premiera, był przygotowany we współpracy z resortem sprawiedliwości i jest postrzegany jako konieczny, ale widać także jego skutki polityczne. PiS przestraszył się, że sędziowie będą podważali tych wskazanych przez nową KRS. Liczył się także z tym, że w skrajnym przypadku doprowadzi to do wykluczenia z wyborów I prezesa Sądu Najwyższego sędziów powołanych po zmianie ustawy o SN.
To by się wydarzyło tuż przed wyborami prezydenckimi, nie mogliśmy sobie na to pozwolić – mówi nam członek rządu. PiS rozważa jednak korektę niektórych przepisów. Może przepisy zakazujące krytyki władzy nie są najszczęśliwiej sformułowane, tu mogą być zmiany – przyznaje polityk PiS. To nie oznacza jednak generalnego łagodzenia kursu. Przeciwnie, jak podał wczoraj portal Wpolityce.pl, prokurator krajowy Bogdan Święczkowski wydał prokuratorom polecenie, żeby reagowali na wszelkie próby podważania konstytucyjnych organów i instytucji w kontekście działania sędziów.
Politycy PiS liczyli, że okres po exposé da im oddech – miał to być czas realizacji zobowiązań z kampanii i tych ogłoszonych przez premiera. Kluczowy z tego punktu widzenia jest budżet. Rząd ma przyjąć projekt w piątek lub, co bardziej prawdopodobne, w poniedziałek. Cały czas trzymany jest kurs na zerowy deficyt, i to jest kłopot. Po rezygnacji PiS z pomysłów na wprowadzenie 30-krotności w budżecie zabrakło 5 mld zł, żeby go zrównoważyć. Trwają poszukiwania sposobów na zasypanie dziury. Głównym źródłem ma być uszczelnienie obrotu śmieciami (to pokłosie pomysłów szefa GPW Marka Dietla) – idea, którą w rządzie wspiera minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. Tyle że zdaniem naszych rozmówców w pierwszym roku wdrażania nie uda się uzyskać z tego zapowiadanych 3 mld zł, a najwyżej miliard złotych, dlatego trwają poszukiwania kolejnych czterech. I to jest powód tego, że projekt nie został jeszcze przyjęty przez rząd. Są inne pomysły, ale nie chcemy otwierać sobie nowych frontów i zrażać nowych grup – dodaje nasz rozmówca.
Reklama
Jednym z nich było uszczelnienie opłacania składek na ZUS. Wewnątrz rządu był rozważany wariant, żeby wypuścić do Sejmu budżet z niewielkim deficytem. I tak byłby najniższy z zaproponowanych do tej pory przez wszystkie rządy – mówi nam osoba z rządu. Tyle że PiS stał się zakładnikiem obietnic wyborczych, a chwalenie się zerowym deficytem było jedną z nich. Więc boi się, że zmiana i kilka miliardów na minusie w budżecie stałyby się natychmiast przyczyną krytyki ze strony opozycji. Równolegle jednak rząd komunikuje inne projekty. Dziś ma przyjąć ustawę o darmowych lekach dla kobiet w ciąży. Przewiduje ona pełną refundację medykamentów, które są najczęściej stosowane przez kobiety spodziewające się dziecka. Ustawa ma zacząć działać w przyszłym roku.
W rządzie trwają także prace nad przepisami zwiększającymi bezpieczeństwo ruchu drogowego, w tym pierwszeństwo dla pieszych przed wejściem na pasy czy pozbawienie prawa jazdy za przekroczenie dozwolonej prędkości o 50 km na godzinę. Ustawa w tej sprawie może wyjść z rządu w styczniu. Wczoraj odbyło się także posiedzenie Rady do spraw Rodziny, na którym rozmawiano o przepisach utrudniających dostęp młodych ludzi do pornografii w internecie. O tych pomysłach pisaliśmy we wczorajszym DGP. Prace nad tym rozwiązaniem potrwają 3–4 miesiące, projekt musi być dobrze skonsultowany, żeby nikt nam nie zarzucił, że jesteśmy cenzorami – mówi nam osoba z rządu.
Oprócz kwestii politycznej wiarygodności rząd nie może zbytnio odpuścić w sprawie deficytu ze względu na obowiązującą regułę wydatkową. To matematyczny wzór służący do wyliczania kwoty maksymalnych wydatków, jakie państwo może ponieść w danym roku. Do wyliczeń bierze się wydatki z bieżącego roku (jako punkt wyjścia), wskaźnik celu inflacyjnego NBP (czyli 2,5 proc.), średni wzrost gospodarczy z ośmiu lat (sześciu poprzednich, roku bieżącego i prognozę na rok przyszły) skorygowany o tzw. kwotę kontrolną zależną od wielkości długu publicznego (obecnie wynosi ona -1,5 pkt proc.) plus tzw. dochody dyskrecjonalne – a więc dodatkowe, niestandardowe działania rządu, które mają powiększać stan państwowej kasy. Można do nich zaliczyć np. prognozę poprawy ściągalności podatków czy efekt likwidacji limitu 30-krotności średniej płacy, powyżej którego nie odprowadza się składek ZUS. Każda złotówka takich wpływów może powiększać limit wydatków, z czego rząd skwapliwie skorzystał, dopisując do planowanego na 2020 r. pułapu prawie 12 mld zł.
Odejście od likwidacji 30-krotności wpędziło go jednak w pułapkę: nie wystarczy bowiem jedynie zwiększenie deficytu, zgodnie z prawem musi być też zmniejszony limit wydatków. Co oznacza, że albo trzeba ograniczyć plany wydatkowe o 5 mld zł (bo tyle miała dać likwidacja 30-krotności), albo szukać nowych pieniędzy. Z punktu widzenia księgowości budżetowej oznacza to konieczność utrzymania budżetu "na zero”, choć politycznie i ekonomicznie nikt nie miałby problemu z kilkumiliardowym deficytem. To, czy teraz budżet się zepnie, zależy od tego, jak zostaną zaplanowane dochody z projektowanych nowych przedsięwzięć. Prognozy, jakie przedstawi MF, będą trudne do zweryfikowania i nawet jeśli będą zawyżone, to rząd kupi sobie trochę czasu.