Na nic nasze prośby o podwyższenie limitów połowu dorsza, bo Unia wyliczyła je według danych wziętych z sufitu. Komisja Europejska zaparła się i limity ani drgnęły. Zgodnie z przewidywaniami naszych rybaków, już się wyczerpały. To oznacza, że do końca roku na żadnym kutrze przypływającym z połowów na Bałtyku nie powinno być dorszy. Czyli te tanie i smaczne ryby zniknęłyby z naszych stołów na długie miesiące albo kupowalibyśmy o wiele drożej, z importu.

Rybacy nie dali za wygraną i łowią nadal. Jednak to, co przywożą do portów, co jakiś czas kontrolowane jest przez inspektorów rybołówstwa. Wykryli oni, że wbrew unijnym zakazom złowiono 3,5 tony zakazanych do końca roku dorszy.

Inspektorzy mieli pełne prawo nałożyć na każdego z rybaków do 20 tys. zł kary za nielegalny połów. Ale Ministerstwo Gospodarki Morskiej, pod które podlega inspekcja, orzekło, że nikomu grzywny nie wlepi.

"Kontrola rybaków była wypadkiem przy pracy. Nie mamy ani prawnych, ani moralnych podstaw do karania rybaków. Obowiązujący taryfikator kar ma być wkrótce zmieniony, trwają już prace nad nowym" - mówi wiceminister gospodarki morskiej Grzegorz Hałubka.

Komisja Europejska zapowiedziała, że przyśle do Polski swoich inspektorów, którzy dokładnie sprawdzą, co łowią Polacy na Bałtyku. Oni też mogą karać wysokimi grzywnami.