Konstytucja, która oddaje władzę nad ludźmi w ręce innych ludzi, stawia tym drugim spore wymagania. Przynajmniej na papierze. Zazwyczaj muszą zostać wybrani przez innych, a więc muszą być w stanie kogoś do siebie przekonać. Muszą też spełnić określone kryteria: mieć wyższe wykształcenie, wybitną wiedzę w swojej dziedzinie, osiągnięcia zawodowe. Te kryteria mają być probierzem inteligencji, pracowitości, rzetelności – bo, przynajmniej w teorii, człowiek pozbawiony tych cech nie powinien awansować. A skoro awansował, to można mu powierzyć odpowiedzialne zadania. Na czymś musimy się oprzeć. Więc polegamy na dyplomach, listach publikacji, sile nazwiska i oddanych na to nazwisko głosach wyborców.

Co się dzieje, kiedy te założenia przestają działać? Kiedy dyscyplina partyjna sprawia, że nikogo do niczego nie trzeba już przekonywać, bo kandydatów na stanowiska wskazuje lider rządzącego ugrupowania? Kiedy merytoryczne kryteria przestają być respektowane albo niewiele znaczą, bo za dyplomem uczelni albo listą publikacji nie stoi inteligencja ani ciężka praca? Wtedy tracimy oparcie. Podejmujemy decyzje cynicznie, dystansując się do wymagań, które ludziom władzy stawia prawo. Oparcie tracą też ci, którzy walczą o politycznie obsadzane stanowiska. Bo jeśli drogą do władzy jest dobry PR, to przewagę dają pieniądze, nie osobiste przymioty. Partia zawsze będzie w stanie zmobilizować więcej środków niż jednostka, więc jednostce opłaca się być posłuszną. W miejscu, w którym zaczyna się taka kalkulacja, kończy się niezależność.

Na czym polega niezależność człowieka, który sprawuje władzę? Jak ją rozpoznać, skoro nie ma na nią certyfikatu ani notki biograficznej? Tylko po podejmowanych decyzjach. Od 2015 r. w Polsce trwa spór o niezależność wymiaru sprawiedliwości. Partia rządząca wymieniała sędziów na kluczowych stanowiskach, zmieniała ustrój Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego pod hasłem walki z układem. Opozycja, lecz także organizacje społeczne i instytucje międzynarodowe, obserwujące ten proces, alarmują, że wymiar sprawiedliwości traci niezależność. Zaczyna działać tak, jak oczekują politycy. Czyli jak?