Projekty przewidujące upublicznienie wynagrodzeń w NBP przygotowały PO, Kukiz’15 i PiS. Nagłe zainteresowanie polityków płacami w banku centralnym to pokłosie afery, jaka wybuchła wokół Martyny Wojciechowskiej, dyrektor departamentu komunikacji i promocji w NBP. „Gazeta Wyborcza” na podstawie jej oświadczenia majątkowego wyliczyła, że – razem z premiami i dodatkami – zarabia miesięcznie ok. 65 tys. zł. W ubiegłym tygodniu bank centralny dementował te informacje, wskazując, że średnie wynagrodzenie brutto na stanowisku dyrektorskim wynosi 36,3 tys. zł. I chociaż szefowa komunikacji ma zarabiać więcej, to nie tyle, ile podała „GW”.

Prezes NBP Adam Glapiński nie jest zwolennikiem ujawniania informacji o płacach. To bardzo utrudni pracę bankowi. Szczególnie nabór – uważa. I dodaje, że swoje wynagrodzenie pokazał. W 2018 r. zarabiał przeciętnie 63,5 tys. zł miesięcznie. Dodatkowo w odpowiedzi na nasze pytania NBP podał, ile zarabia pierwszy wiceprezes banku Piotr Wiesiołek (53,8 tys. zł), wiceprezes Anna Trzecińska (54 tys.) i pozostali członkowie zarządu (49,7 tys.). Mniej, bo średnio 26,9 tys. zł, dostają członkowie Rady Polityki Pieniężnej.

Nasz bank centralny nigdy nie ujawniał wynagrodzeń w raportach rocznych i sprawozdaniach finansowych. Publiczne stawały się zazwyczaj dopiero, gdy budziły zainteresowanie polityków.

Tymczasem w wielu krajach są to informacje powszechnie dostępne. Zwróciliśmy się do 18 banków centralnych z pytaniem o wynagrodzenie prezesów, ich zastępców, członków zarządu oraz osób na stanowiskach dyrektorskich. Żaden nie odmówił informacji, bo większość i tak je publikuje. Do wyjątków należy Narodowy Bank Ukrainy. Mimo to NBU poinformował nas, że prezes Jakiw Smolij zarabia z dodatkami 307 tys. hrywien (41 tys. zł) miesięcznie, członkowie zarządu – 269 tys. hrywien (36 tys. zł), a dyrektorzy departamentów – 150 tys. hrywien.

W Narodowym Banku Węgier pensje prezesa, członków zarządu i tamtejszego ciała decydującego o poziomie stóp procentowych są podawane imiennie. Prezes György Matolcsy zarabia miesięcznie 5 mln forintów (67 tys. zł) oraz dostaje dodatek roczny w wysokości 540 tys. forintów. Dyrektor wykonawczy dostaje średnio 4,9 mln forintów (65,6 tys. zł), a dyrektor – 3 mln forintów (40,2 tys. zł).

Wśród banków krajów należących do strefy euro jawność wynagrodzeń to standard. W kilkanaście minut od wysłania pytań niemiecki Bundesbank podał nam, że jego szef Jens Weidmann w 2017 r. zarobił razem z różnymi dodatkami 453,3 tys. euro, a jego zastępca o 90 tys. euro mniej. Tajemnicą nie jest też wynagrodzenie dyrektora, które średnio wyniosło 148 tys. euro. Nie ukrywano przed nami informacji płacowych w Banku Irlandii czy Banku Anglii. Bank Japonii podał, że prezes Haruhiko Kuroda zarobił w 2017 r. nieco ponad 35 mln jenów (1,2 mln zł).

Wzorem mógłby być Bank Łotwy (LB), jednego z najmłodszych członków strefy euro. Biuro prasowe przesłało nam całą siatkę płac: od zarabiających 500 euro miesięcznie pracowników najniższego szczebla po prezesa Ilmārsa Rimšēvičsa, który teoretycznie dostaje 12,6 tys. euro. Teoretycznie, bo aktualnie nie pobiera wynagrodzenia ze względu na toczące się wobec niego śledztwo o przyjęcie łapówki.

Płace w szwedzkim Riksbanku można znaleźć w raporcie rocznym. Odsyła nas do niego rzecznik Tomas Lundberg. Aktualnie dostępny jest ten za 2017 r., z którego dowiadujemy się, że prezes Stefan Ingves zarobił 2 mln koron (840 tys. zł) plus 900 tys. koron za pracę w Banku Rozliczeń Międzynarodowych. Sprawozdanie obszernie opisuje płace, bo w Skandynawii w tej sprawie panuje duża transparentność.

Specjalna ustawa dla banku centralnego? A dlaczego nie dla innych instytucji?

Sławomir Wikariak, dziennikarz DGP

Wynagrodzenie dyrektorów NBP to informacja publiczna – tak mogłaby brzmieć ustawa, bez której jakoby nie można ujawnić, ile zarabia dyrektor Martyna Wojciechowska. Zgłoszenie stosownych projektów zapowiedziały już PO, PiS i Kukiz’15. Prezes NBP Adam Glapiński oświadczył, że podpisze się pod taką ustawą „obydwoma rękami”. Można spodziewać się szybkiej ścieżki legislacyjnej i pewnie natychmiastowego podpisu prezydenta.

Na co komu ta ustawa? Nie mam pojęcia.

Ustawa o dostępie do informacji publicznej obowiązuje wszystkich, także prezesa NBP. Niechże więc ktoś po prostu zażąda takiej informacji. Jeśli Adam Glapiński odmówi, trzeba będzie pójść do sądu. Tak jak w tysiącach innych spraw, gdyż władza każdego szczebla niechętnie dzieli się wiedzą z obywatelami. Czy jeśli jakiś wójt odmówi ujawnienia swych zarobków, to uchwalimy specjalną ustawę, która będzie go do tego zobowiązywać?

Od co najmniej czterech lat status NBP jest oczywisty. W 2014 r. Naczelny Sąd Administracyjny przesądził, że instytucja ta podlega przepisom ustawy o dostępie do informacji publicznej (sygn. akt I OSK 937/14). Stwierdzono, że nie tylko NBP musi udostępniać informacje publiczne, ale obowiązek ten dotyczy nawet należącej do niego spółki.

"Narodowy Bank Polski ma osobowość prawną, ale nie podlega wpisowi do rejestru przedsiębiorstw państwowych. Jest zatem państwową osobą prawną, natomiast majątek Narodowego Banku Polskiego jako centralnego banku państwa uznać należy za mienie publiczne" – napisano w uzasadnieniu wyroku. Skład orzekający odwołał się do wykładni systemowej i celowościowej, nie mając wątpliwości, że spółka należąca do NBP musi udostępniać informacje publiczne. Skoro zaś dotyczy to spółki, to tym bardziej jej właściciela "Przyjęcie stanowiska, że spółka nie jest podmiotem zobowiązanym do udostępnienia informacji publicznej, prowadziłoby w konsekwencji do wyłomu w kontroli nad wydatkowaniem środków publicznych przez NBP" - stoi w uzasadnieniu.