W parlamencie kończą się prace nad ustawą pozwalającą na przewalutowanie części mieszkaniowych kredytów walutowych. Przygotowała ją PO na kanwie propozycji przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Andrzeja Jakubiaka. Projekt zakłada przeliczenie wartości kredytu z franków na złote po aktualnym kursie kupna franka w NBP. Tak wyliczano by zadłużenie kredytobiorcy w złotych. Jednocześnie bank wyliczałby, ile wynosiłby dług, gdyby kredytobiorca zamiast we frankach zaciągnął kredyt w złotych. Dalej bank będzie musiał wyliczyć łączną wartość rat, jakie już zapłacił kredytobiorca. I – analogicznie – jaka by to była kwota, gdyby od początku spłacany był kredyt w złotych. Różnicą frankowicz dzieliłby się z bankiem po połowie. Swoją część bank umarzałby, a na część kredytobiorcy udzielałby preferencyjnego kredytu.
Jednak nie każdy frankowicz będzie mógł skorzystać z tej ustawy. Wprowadza ona wiele dodatkowych warunków – np. wielkości zadłużenia w stosunku do wartości mieszkania. Te nierówności w traktowaniu kredytobiorców wytknęły zresztą autorom ustawy zarówno KNF, jak i NBP.
Bank centralny jest zresztą przeciwnikiem administracyjnych metod rozwiązywania problemu kredytów walutowych i zaleca stworzenie systemu zachęt dla banków, tak same próbowały załatwiać sprawę ze swoimi klientami. Prezes NBP Marek Belka, przedstawiając w Sejmie sprawozdanie z działalności banku centralnego, przestrzegał przed zakusami odgórnego przewalutowania, mówiąc m.in., że na franku mamy bańkę spekulacyjną i jeśli ta pęknie, frank się osłabi. Co spowoduje, że frankowicze przewalutowujący kredyty poczują się oszukani.
Reklama
Ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy, także są zdania, że frank obecnie jest przewartościowany. Wskazują na wyniki szwajcarskiej gospodarki. Wzrost PKB jest minimalny, kraj stoi na skraju recesji. W ujęciu kwartalnym PKB spadł w I kw. o 0,2 proc. Mocny frank szkodzi eksportowi, który na koniec marca był o 3,8 proc. mniejszy niż rok wcześniej. Szwajcaria ma też coraz większy problem z deflacją, która pogłębia się nieprzerwanie od niemal roku. Nie ma żadnego fundamentalnego powodu, by kupować dziś franki, zwłaszcza po takim kursie, twierdzą nasi rozmówcy.
– Frank jest mocno przewartościowany, widać jego negatywny wpływ na gospodarkę, szwajcarski bank centralny robi co może, aby powstrzymać jego dalsze umocnienie, ale globalne przepływy pieniędzy nadal go wspierają – mówi Rafał Benecki, główny ekonomista Banku ING. Grzegorz Maliszewski z Banku Millennium dodaje, że przekonanie o zbyt drogim franku wśród ekspertów jest powszechne. – Mówią o tym przedstawiciele SNB. Kurs jest daleki od kursu równowagi, frank powinien być słabszy i powinna w końcu nastąpić korekta. Pytanie tylko kiedy – mówi.
Dlaczego kupowany jest właśnie frank, a nie np. norweska korona? Rafał Benecki wskazuje na dobrze rozwiniętą infrastrukturę bankową Szwajcarii i jej poziom usług. – To sprzyja napływowi pieniądza z różnych stron świata, zwłaszcza w momentach kryzysowych. Tak się dzieje od wielu lat – mówi Benecki. To dodatkowy czynnik, który utrudnia jego zdaniem wyrokowanie, kiedy frank może zacząć tracić na wartości.
– I bez tego na rynku finansowym proces narastania bąbla spekulacyjnego może trwać bardzo długo, moment, kiedy taki bąbel może pęknąć, jest nieprzewidywalny. Czynników wspierających franka jest dużo: niepokoje w strefie euro, napięcia między UE a Rosją czy spłaty udzielanych wcześniej w naszej części Europy kredytów we frankach – konstatuje Benecki.