Dziennik Gazeta Prawana logo

Chiński koncern walczy z PGE. Sprawa skończy się w sądzie

5 czerwca 2014, 06:44
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Chiński koncern walczy z PGE. Sprawa skończy się w sądzie
Shutterstock
Chiński koncern nie poddaje się w walce o budowę bloku elektrowni w Turowie. Dlatego też sprawa skończy się w sądzie. Co zrobi teraz PGE? Czy powierzy budowę zwycięzcy przetargu, czy też poczeka na wyrok?

Walka o lukratywny kontrakt na budowę nowego bloku węglowego o mocy 430–450 MW w Elektrowni Turów coraz bardziej się zaostrza. Po tym jak w marcu Polska Grupa Energetyczna wybrała ofertę Hitachi i Budimeksu za prawie 4 mld zł, spółka Shanghai Electric Group złożyła wniosek do Krajowej Izby Odwoławczej, domagając się przywrócenia do gry. Tydzień temu KIO oddaliła to odwołanie. Jak jednak potwierdził DGP, Chińczycy zamierzają grać do końca.

-  potwierdza Marek Frydrych, doradca Shanghai Electric Group.

Złożenie skargi nie wstrzymuje możliwości zawarcia umowy przez PGE. Jeszcze niedawno przedstawiciele PGE sugerowali, że firma nie będzie z tym zwlekać do czasu ewentualnego rozstrzygnięcia w sądzie. W połowie maja podczas prezentacji strategii na lata 2014–2020 wiceprezes PGE Dariusz Marzec powiedział nawet, że spodziewa się rychłego zawarcia kontraktu.

Teraz sytuacja nie jest wcale jednoznaczna. Gdy wczoraj spytaliśmy spółkę, co zrobi, jeżeli Chińczycy rzeczywiście złożą skargę w sądzie, ta nabrała wody w usta. Bo gdyby Chińczycy wygrali, a budowa w Turowie już by trwała, mogliby ubiegać się o odszkodowanie z tytułu utraconej marży. To 5 proc. wartości kontraktu.

Jeszcze niedawno ten scenariusz był o tyle mało prawdopodobny, że opłata sądowa - przy tej wysokości kontraktu - wynosiła 5 mln zł i przepadała w razie przegranej. Sytuację wywrócił jednak do góry nogami ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał wysokość wpisu za niekonstytucyjną. Teraz opłata zjechała do 100 tys. zł. – tłumaczy nam osoba znająca kulisy sprawy.

Dlaczego PGE zależy na czasie? Każdy miesiąc zwłoki w budowie oznacza straty. W 2013 r. grupa zamknęła w Turowie trzy stare bloki, których nie opłacało się modernizować. To oznacza, że Turów produkuje mniej energii, ale koszty stałe pozostały na tym samym poziomie. Jeśli potrwa to zbyt długo, może się odbić negatywnie na wyniku i notowaniach giełdowych spółki.

Sprawa jest w dodatku bardzo delikatna. Według nieoficjalnych informacji ambasada chińska bacznie śledzi ją m.in. pod kątem - ich zdaniem - mocnego promowania w Polsce japońskiego Hitachi. Oprócz tego bowiem, że koncern ten został wybrany przez PGE do rozbudowy Turowa, to dla Enei stawia za ponad 6,3 mld zł blok węglowy o mocy 1075 MW w Kozienicach.

Oferta Chińczyków była o 900 mln zł tańsza od Hitachi Polska i Budimeksu. Ale i tak wyższa od szacunków inwestora, więc to sytuacja trochę inna niż niechlubny dumping chińskiej spółki COVEC na autostradzie A2. Dlaczego Shanghai Electric nie wygrał? Komisja przetargowa dopatrzyła się niezgodności oferty z wymaganiami specyfikacji. Chińczycy przygotowali jednak opinie prawne, z których wynika, że zastrzeżenia są bezpodstawne, bo wszelkie wątpliwości mogły zostać rozwiane.

Już na etapie rozprawy w KIO Shanghai Electric, a także koreański Doosan próbowały wykazać, że zwycięska oferta też zawierała błędy. KIO nie zgodził się jednak na jej odtajnienie. Według niepotwierdzonych informacji Doosan nie będzie szukał sprawiedliwości w sądzie.

Tomasz Chmal, ekspert od energetyki w Instytucie Sobieskiego

Z jednej strony Polska Grupa Energetyczna nie powinna wstrzymywać inwestycji w nowe niskoemisyjne bloki konwencjonalne. PGE musi zastępować starsze, wyeksploatowane jednostki, które nie spełniają restrykcyjnych regulacji środowiskowych i w ciągu najbliższych lat będą wyłączane. To m.in. dlatego grupa buduje w Opolu dwa bloki węglowe o łącznej mocy 900 MW. Z drugiej strony to właśnie w Opolu inwestor czekał z zawarciem kontraktu do ostatecznego rozstrzygnięcia sądowego. Pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł, a nie w inwestycjach w energetyce. Tych kilka miesięcy w Turowie nikogo nie zbawi, bo kontrakt i tak rozłożony jest na lata. Lepiej spożytkować je na uporządkowanie sytuacji prawnej i czynności przygotowawcze, dzięki którym później nie będzie odstępstw od harmonogramu. Jeśli inwestor tę umowę jednak wcześniej podpisze, to będzie to zagrywka pokerowa.

Doradzałbym zaczekać na rozstrzygnięcie sądu

Tomasz Skoczyński, radca prawny z kancelarii Skoczyński, Kolańczyk i Partnerzy

Prawo zamówień publicznych zawiera dziś furtkę w postaci art. 87, który umożliwia poprawianie niezgodności w ofercie. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, bo można z tego korzystać tylko w ograniczonych przypadkach. Rozpoznanie skargi przez sąd okręgowy nie powinno trwać dłużej niż trzy miesiące. Ten okres może się wydłużyć, jeśli przed sądem będzie konieczne postępowanie dowodowe. To zdarza się rzadko, bo zwykle sąd orzeka na podstawie akt sprawy. Termin związania ofertą w przetargu nie stanowi przeszkody, bo zamawiający może go wydłużyć. Późniejsze dochodzenie odszkodowania z tytułu utraconego zysku nie jest łatwe, ale z prawnego punktu widzenia możliwe. Podpisywanie umowy przed rozpatrzeniem skargi oznacza dość spore ryzyko dla zamawiającego. Jeśli inwestor nie ma noża na gardle, np. w związku z wygasającym pozwoleniem na budowę, doradzam wstrzymanie się z tą decyzją.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj