Według informacji „DGP” Ministerstwo Finansów rozważa wprowadzenie zasady, że pieniądze na współfinansowanie inwestycji unijnych nie byłyby objęte regułą ograniczającą deficyt. Drugi pomysł to handel limitami deficytów jednostek samorządów na wzór handlu limitów na emisję CO2. Oznacza to, że samorząd, który nie ma problemu ze spełnieniem kryterium deficytu, „sprzedałby” innemu limit wydatków konieczny do sfinansowania ważnej inwestycji. Ograniczeniem ewentualnych nadużyć ma być zastrzeżenie, że kupiony limit zostanie wykorzystany wyłącznie na wydatki inwestycyjne.
Reklama
– Sama idea nie jest zła. Jeśli jako duże miasto wspólnie z innymi okolicznymi samorządami będziemy przeprowadzali ważną dla wszystkich inwestycję i któryś z samorządów ma kłopot, to nam się opłaca „pożyczyć” mu deficyt, by inwestycja ważna dla wszystkich została zrealizowana – mówi Marek Wójcik, sekretarz generalny Związku Powiatów Polskich.
Tyle że najtrudniejsze – co przyznaje samorządowiec – będzie dopracowanie szczegółów. Nie wiadomo też, na ile będzie skuteczny nadzór, dlatego możliwe jest zaostrzenie kontroli samorządów ze strony regionalnych izb obrachunkowych i podporządkowanie RIO nie MSWiA, lecz resortowi finansów.
Oprócz tych wyjątków projekt reguły dla samorządów zakłada, że deficyt poszczególnych gmin, powiatów czy województw nie będzie mógł być wyższy niż 4 proc. w przyszłym roku, 3 proc. w 2013, 2 proc. w 2014 i od 2015 mógłby wynosić najwyżej procent. Miałoby być też wprowadzane ograniczenie dla długu, który nie mógłby przekroczyć określonego pułapu. Tu rozważane są różne warianty np. poziom 150 proc. długu samorządu z 2010 roku lub 130 proc z 2009.
Na łagodniejsze stanowisko resortu finansów mają wpływ lepsze wyniki sektora finansów publicznych, w tym samorządów, na koniec roku. Deficyt samorządów w zeszłym roku wyniósł niepełne 15 mld zł. To nieco ponad 1 proc. PKB wobec 7,4 proc. deficytu całego sektora finansów. A ten wynik także był lepszy niż wcześniejsze szacunki. – Wszystko wskazuje na to, że w 2011 r. deficyt samorządów będzie niższy o połowę i wyniesie 7 – 8 mld zł. Rostowski liczył się z 10 mld deficytu – mówi Marek Wójcik.
Reklama
Ale resort finansów nie zamierza rezygnować z reguły, ponieważ chce trzymać finanse samorządów pod kontrolą. Do tego Jacek Rostowski wpisał jej wprowadzenie w plan ograniczania nadmiernego deficytu, jaki przedstawił Ollemu Rehnowi, unijnemu komisarzowi ds. gospodarczych i walutowych. Zakładał, że zmniejszy ona deficyt sektora finansów publicznych o 0,4 proc. PKB, czyli ok. 6 mld zł.
– Nie będziemy wymagali od samorządów więcej, niż one same zadeklarowały w swoich wieloletnich planach finansowych. Ale nie ma argumentów merytorycznych, aby takiej reguły nie wdrożyć, bo ona poprawia stabilność finansów publicznych, co jest też w interesie samorządów – mówi „DGP” wiceminister finansów Ludwik Kotecki.
Samorządy są jednak przeciwne regule, a jeśli ma być wprowadzona, domagają się licznych wyjątków. Żądają, by z reguły była wyłączona realizacja już podpisanych umów inwestycyjnych, a także proces obsługi finansowej przejmowania placówek służby zdrowia na mocy przyjętej właśnie ustawy zdrowotnej oraz środki na dofinansowanie programów ogólnopolskich, takich jak Orlik czy „schetynówki”.



Deficyt będzie pod kontrolą
Opłaca się wprowadzać handel limitami deficytu?
Dla budżetu to będzie miało skutek neutralny i pozwoli trzymać deficyt całego sektora samorządów pod kontrolą. Ale z rynkowego punktu widzenia można się spodziewać, że dokupienie limitu będzie dla instytucji finansowych sygnałem, iż dany samorząd przekracza jakąś granicę. I nastąpi zjawisko znane z dużych rynków finansowych, na których rośnie wówczas koszt kredytu.
Dlaczego im nie pozwolić, skoro chcą inwestować?
Oczywiście nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Jednak trzeba pamiętać, że instytucje finansowe będą pożyczać takim samorządom drożej, bo ich zdolność do spłaty zobowiązań będzie niższa. To pogorszy ich standing finansowy. Tym bardziej że pewnie część samorządowców nie będzie na to zważać, bo spłata nie idzie z ich kieszeni, ale z kieszeni mieszkańców, i dla niektórych to może być furtka do nadmiernego zadłużania się, szczególnie w okresach przedwyborczych.