"Premier Donald Tusk i minister Jacek Rostowski, poprzez kreatywne budżetowanie, doprowadzili do tego, że po raz pierwszy w historii Polski deficyt poza budżetem jest większy, niż w budżecie" - mówi "Wprost" profesor Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP. "Rząd wyprowadził z budżetu środki unijne, wydatki na infrastrukturę i do Krajowego Funduszu Drogowego, nie daje samorządom dość pieniędzy na realizację zadań" - wyjaśnia Rybiński. Takie same wyliczenia przedstawia główny ekonomista BCC, profesor Stanisław Gomułka.

Reklama

Rząd, według ekonomistów, opiera się na zbyt optymistycznych obliczeniach. Do tego cały czas wydaje więcej, niż dostaje, więc dług się powiększa. "W ciągu trzech lat deficyt wzrośnie o 370 miliardów" - ostrzega profesor Rybiński. A to oznacza, że Polska znajdzie się w spirali zadłużenia. Same odsetki pochłoięcej niż kosztuje nas utrzymanie wojska, czy policji.

Co więc robić? Ekonomiści radzą podnieść podatki. Rząd bowiem przespał najlepszy czas na wprowadzenie reform i teraz nie da się już nic zrobić, by załatać szybko dziurę budżetową. Podwyżka VAT o procent to tylko drobna kosmetyka. "Dlaczego rząd zapowiada, że to podwyżka na 3 lata? Co się przez ten czas zmieni?" - pyta profesor Gomułka. Co gorsza, propozycje opozycji są jeszcze gorsze. Ekonomiści twierdzą bowiem, że podatek bankowy nie uratuje Polski przed bankructwem, a może jeszcze bardziej zdusić gospodarkę - podrożeją bowiem kredyty.

Dlatego podatki powinny być wyższe - i to nie tylko VAT, ale także PIT. Dopiero, gdy uda się wyprowadzić budżet na prostą, można myśleć o reformach. Przede wszystkim trzeba ciąć wydatki socjalne. Na szczęście nie tak ostro jak w Wielkiej Brytanii. "Nam wystarczą cięcia w skali 10 proc. Ale trzeba działać. Rząd nie chce wprowadzać reform przed wyborami? Po wyborach nie będzie miał wyjścia" - wyjaśnia we "Wprost" profesor Gomułka.

Rząd powinien więc, jak twierdzi profesor Rybiński, posypać głowę popiołem, powiedzieć całą prawdę o kryzysie i przestać uspokajać ludzi. Jeśli bowiem nie będzie reform to Polska skończy jak Argentyna, czy Węgry.