Piątek, 9.30, Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie. Startują notowania. Na tablicy dominuje czerwień, większość strzałek jest skierowana w dół. W biurach maklerskich w całej Polsce dzwonią telefony, zdenerwowani akcjonariusze wpatrują się w wykresy na monitorach. W migających i zmieniających się cyfrach każdy zdaje się szukać odpowiedzi: sprzedawać, kupować czy czekać? Niektórzy nie wytrzymują presji: pozbywają się akcji, mimo że ich cena leci w dół. Panika giełdowych graczy to efekt czwartkowych wydarzeń na warszawskim parkiecie. Inwestorzy nerwowo zareagowali na kolejne wieści o spadkach wskaźników za Oceanem i rzucili się do masowej ucieczki. Indeksy zanotowały gigantyczne spadki.

"Nie wiadomo, jak potoczy się sytuacja. Wszystko zmienia się z godziny na godzinę" - mówił nam koło południa Sylwester Rodak, makler banku PKO w Łodzi.

Wizja utraty oszczędności całego życia zatrwożyła setki tysięcy Polaków. "Jesteśmy gotowi wycofać wszystkie akcje i kupić obligacje. Kilka miesięcy temu straciliśmy blisko cztery tysiące złotych przez gwałtowny spadek dolara. Teraz możemy stracić jeszcze więcej" - mówiła pani Barbara, emerytka, mieszkanka powiatu stargardzkiego.

Andrzej z Krakowa zagrał na giełdzie, bo chciał kupić nowy samochód. Zamiast zarobić, stracił. "Na giełdzie już chyba nie zaryzykuję. Do nikogo nie mam pretensji. Taka jest giełda, raz się wygrywa, a raz przegrywa" - przyznaje mężczyzna.

Bardziej doświadczeni gracze bessę na giełdzie przewidzieli i już wcześniej pozbyli się akcji. Łodzianin Henryk Pietrasiak, na giełdzie gra od 11 lat: "Jak tylko zaczęły napływać niepokojące sygnały, zacząłem sprzedawać akcje. Dostałem już nauczkę w 2000 roku, gdy pękła tzw. bańka internetowa. Teraz wolałem nie ryzykować".

Emocje starali się uspokajać maklerzy. Według Pawła Danielewicza z domu maklerskiego WBK w Łodzi nerwy poniosły zwłaszcza niedoświadczonych graczy: "Pojawili się na giełdzie na fali wzrostów. Chcą szybko zarobić. Widzą, że sąsiad zdążył wybudować dom i zmienić samochód. Też tak chcą. Zainwestowali oszczędności życia i po prostu boją się je stracić" - uważa Danielewicz. - "Pośpiech jest niepotrzebny, takie sytuacje na rynkach się zdarzają.
Giełda szalała do popołudnia. Najpierw spadki, potem lekkie wyhamowanie i zwyżka notowań, potem znowu w dół".

Aż do popołudnia. Prawie 14 tysięcy ludzi w całej Polsce odetchnęło. Po decyzji Fed (amerykańskiego odpowiednika NBP) o obniżce stóp procentowych giełdy w USA odnotowały wzrosty, a w ślad za nimi ostro w górę wystrzeliła giełda w Warszawie. I choć analitycy twierdzą, że skutki decyzji Fed dla amerykańskiej gospodarki są niewielkie, to giełdy opanowała euforia. Kolejny raz okazało się, że sytuacją na parkiecie w dużej mierze rządzą emocje, a oszczędności setek tysięcy Polaków zależą od wypadkowej nastroju wszystkich graczy.

-----------------------------

Kazimierz Wroński, nauczyciel z Lublina, który liczył, że na giełdzie zbije fortunę:
Zacząłem bać się giełdy, przestaję grać


Wojciech Łaskarzewski: Giełda szaleje. Spadki, wzrosty, znowu spadki. Laikowi trudno się w tym połapać. Jak pan może inwestować?
Kazimierz Wroński:
Na giełdzie znam się tyle o ile. Nie śledzę aż tak bardzo notowań, ale teraz na bieżąco przeglądam telegazetę. Patrzę na te wszystkie wykresiki i szczerze mówiąc, płakać mi się chce. Z każdym dniem wartość moich akcji leci na łeb na szyję. Odkąd pamiętam, tak źle jeszcze nie było. A przecież niedawno dokupowałem trochę akcji, bo przecież wszyscy powtarzają, że nasza gospodarka tak pięknie się rozwija. Sądziłem, że będę zarabiał, a tu od kilku tygodni tylko tracę.

To co zamierza pan teraz zrobić?
Do tej pory czekałem na jakieś odbicie i odrobienie przynajmniej części strat. Ale mimo chwilowej zwyżki nie zanosi się w dłuższej perspektywie, by coś się zmieniło. Tracę cierpliwość. Muszę się wycofać, bo cały czas mam świadomość, że może w końcu dojść do krachu. Boję się, że jak nie zabiorę pieniędzy, to w pewnej chwili pójdę z torbami. Wystarczy, że inni pomyślą w ten sam sposób jak ja i dopiero wtedy zrobi się panika.

Od dawna pan gra?
Zacząłem ponad rok temu. Znajomy mnie przekonywał, że to znacznie lepsze niż skromne oprocentowanie oszczędności w banku i praktycznie jedyna okazja do zarobku. Rzeczywiście, jeszcze kilka miesięcy temu notowania niektórych spółek działały na wyobraźnię. Ja tylko przez chwilę się cieszyłem, kiedy akcje Biotonu poszybowały w górę i zarobiłem aż 50 procent. Ale zamiast się wycofać, czekałem, licząc na kolejne wzrosty. I się przeliczyłem. Szybko wyszedłem na zero, a teraz jestem na dużym minusie.

Zatem opłaca się być giełdowym graczem?
Opłaca się dla kogoś, kto w tym siedzi, śledzi uważnie notowania i wie, w którym momencie się wycofać. Ale to i tak ryzyko, wiele zależy od szczęścia. Dla mnie nie ma tu mądrych. Jedni analitycy mówią, że będą wzrosty, inni wręcz przeciwnie. I komu tu wierzyć? Ale jedna zasada dla mnie jest pewna. Jeśli Stany mają katar, Warszawa, Europa i reszta świata ostro choruje. Wszystko zaczyna się za Oceanem.