Rozczaruję panią, nic podobnego się nie działo, było mało seksownie. Ludzie wyobrażają sobie cuda, a tu normalna praca jak każdego dnia. Żadnych scen dramatycznych,
nikt z okien się nie rzuca. To wygląda bardziej biurowo.
Oczywiście to, co działo się w ostatnim czasie, nie było normalne. Czuło się podekscytowanie, nikt nie wiedział, czy za chwilę nie trzeba będzie za euro płacić 5 - 6 zł. Ale ci, którzy
handlują walutami, nie mogą za bardzo poddawać się emocjom, bo one są złym doradcą. Nie chcę przez to powiedzieć, że diler to rodzaj lodówki.
Przestrzegam przed myśleniem, że za osłabieniem złotego stały jakieś ciemne, w dodatku zorganizowane siły, których celem jest czynienie zła. Na rynku walutowym głównymi podmiotami są
banki inwestycyjne. Tylko one mają na tyle duży kapitał, by móc robić takie operacje finansowe. Starają się na tym zarabiać, ich celem jest przecież maksymalizacja zysku. Dilerzy odczytują
trendy z danych makroekonomicznych czy politycznych, a nawet demograficznych.
Pieniądz ma dziś charakter globalny, nie ma właściwie czegoś takiego jak nasz rynek. Dlatego trudno określić udział City w obrotach naszą walutą. Polskie banki to instytucje o charakterze
uniwersalnym. Gra walutą jest jednym z licznych elementów ich działalności, i to raczej skromnym. Tu liczą się duzi, czyli banki inwestycyjne, my takich nie mamy. Aktywnych globalnych graczy,
którzy mogą próbować zmieniać trendy, jest niewielu. Nawet bardzo mało, można ich policzyć na palcach jednej ręki.
Powodów jest wiele. Można to różnie tłumaczyć.
Nie chciałbym tworzyć spiskowych teorii, ale nie można też być naiwnym. Można przypuszczać, że skoro niektóre z tych banków udzielały opcji naszym firmom, czyli znały termin ich wykupu po
określonym kursie, mogły zagrać naszą walutą, żeby zarobić. Goldman Sachs właśnie to ujawnił. Opcje mogły mieć też znaczenie psychologiczne, bankierzy z londyńskiego City widzieli, że
złoty idzie w dół od jakiegoś czasu, opcje mogły być dla nich tylko sygnałem, że będzie wzmożone zapotrzebowanie na waluty, więc chcieli jako pierwsi skorzystać z zarobku. Tego się nie
da wykluczyć, ale pewności nie ma.
Może dlatego, że to dobry moment. One straciły na kryzysie hipotecznym w USA i chcą te straty szybko odrobić. Póki nie jesteśmy w strefie euro, mają taką okazję. Spekulacja unijnym
pieniądzem wymagałaby większych nakładów, a efekt byłby mniej przewidywalny. Nie wykluczam takiego scenariusza. Ale osłabienie złotego widzę raczej w szerszym kontekście. Jeszcze jakiś
czas temu obowiązywała teoria, że Stany Zjednoczone pogrążą się w długotrwałym chaosie, bo kryzys za oceanem rozgościł się na dobre. Za to Europa jest w lepszej kondycji, a świetlane
perspektywy mają przed sobą państwa z Europy Środkowo-Wschodniej. Tu konsumpcja kwitnie, szerokim strumieniem płyną zagraniczne inwestycje. Ale nagle coś się zmieniło w tym obrazie. Nawet
całkiem dużo. Teraz wszyscy twierdzą, że Ameryka najszybciej upora się z kryzysem, za to Europa ma coraz większe problemy, a największe Europa Środkowo-Wschodnia. Te kłopoty rykoszetem
uderzają zresztą w państwa starej Unii. Okazuje się, że np. banki austriackie czy szwedzkie zaangażowały mnóstwo pieniędzy w tej części świata. Austriacy sporo na Ukrainie. Pytanie, czy
odzyskają te środki. To może być główny czynnik nagłego osłabiania się walut naszego regionu. Wygląda mniej efektownie niż czysta spekulacja.
Nie było jednego, dwóch graczy, to poszło lawinowo. Trzeba wiedzieć, że kursem można sterować nie tylko przez ofertę zakupu bądź sprzedaży walut, można też robić to beztransakcyjnie,
ustawiając na określonym poziomie kurs tak, by inni to widzieli.
Tak też można. W Polsce trwała publiczna debata, czy JP Morgan ujawnił swoje analizy o opcjach, by zagrać złotym. Tego nie można wykluczyć, ale udowodnić się nie da. W każdym razie byłoby
bardzo trudno. Nasz bank zareagował, kiedy JP Morgan wydał raport o krótkoterminowym zadłużeniu Polski, bo to było mało rzetelne. Ale problem nie tkwi tylko w tym banku. Chodzi też o reakcję
mediów. Bezkrytycznie przytacza z nabożnością wszystko, co o Polsce napiszą zachodni analitycy. To ma być wiedza obowiązująca. A nie słyszałem, żeby dziennikarze sprawdzili, kim jest osoba
odpowiedzialna za taki raport.
Nasze banki są głównie pośrednikami transakcji walutowych, dostają za to prowizje. Same też grają, ale kwoty, jakimi mogą obracać dilerzy, są więcej niż skromne. Od kryzysu tzw.
rosyjskiego w 1997 r. banki bardzo mocno ograniczyły limity dilerom, próbując maksymalnie się zabezpieczyć. Przecież nie istnieją tacy dilerzy, którzy się nie mylą. Owszem, są tacy,
którzy rzadziej niż inni przegrywają. Jeśli zarabiają na transakcjach, to wszystko jest OK, przyjmuje się, że to norma, ale gdy noga im się powinie, to zaczyna się dochodzenie, wkracza
departament ryzyka. Gdy nawet w dobrej wierze diler przekroczył limit, musi się liczyć z wyrzuceniem z pracy. Wiemy, ile złego może zrobić jeden diler, przykłady możemy mnożyć. Stąd nasze
banki nie angażują się mocno na tym polu.
Każdy zawód ma swoją specyfikę, swoje tajemnice. Nie będę ukrywał, że i w tym wypadku jest podobnie. Z różnych zresztą powodów, m.in. aby konkurencja nie wiedziała albo nie była pewna
tego, co do niej trafiło. Ale zapewniam, żaden trup w szafie się tu nie kryje.
Ci, którzy handlują walutami, muszą mieć jak najlepszą orientację. Jak zdobywają informację niemakroekonomiczne, tego nie wiem. Mogę podejrzewać, że pewnie czasem dzwonią do znajomych z
innych banków, ale to niebezpieczne, bo dopiero czas weryfikuje, czy dostają prawdziwe informacje. Nasi dilerzy sporo wiedzą, obserwują tych, z którymi handlują. Ale więcej nie powiem, bo to
tajemnica.