Wśród ekonomistów toczy się debata, czy polska gospodarka w ogóle potrzebuje wsparcia ze strony sektora publicznego, jaki miałby być zakres tego wsparcia i czy warto poświęcić dla niego reguły fiskalne, które doprowadziły do ustabilizowania polskich finansów publicznych.

Reklama

Nawet 13,5 mld zł do dyspozycji

Pierwsza grupa uważa, że w tej chwili jakiekolwiek stymulowanie fiskalne nie byłoby jeszcze wskazane, a już z pewnością nie warto niszczyć reguł. Zwolennicy tej tezy zwracają uwagę, że reguła wydatkowa jest tak napisana, że w przypadku wyraźnego spowolnienia gospodarczego daje rządowi więcej luzu w budżecie. Jeśli wzrost PKB miałby wyhamować do poziomu o 2 pkt proc. niższego niż średnia z ostatnich lat, wówczas wyliczając limit, nie bierze się pod uwagę korekt ze względu na wysokość długu. Jak wyliczył Marek Rozkrut, ekonomista firmy doradczej EY, jeśli wzrost wyhamowałby do 1,4 proc. PKB, wtedy limit wydatków mógłby być większy o ok. 13,5 mld zł. Reguła jest też zawieszana w przypadku stanu wojennego, wyjątkowego lub stanu klęski. To oznacza, że w sytuacjach nadzwyczajnych fiskalny gorset przestaje krępować rząd.

To scenariusze na wypadek wybuchu epidemii na wielką skalę, z zamykaniem miast włącznie. Na razie mamy głównie histerię. To za mało, żeby zmieniać ramy fiskalne, one powinny być uniwersalne i w ogóle nie należy ich zmieniać pod wpływem strachu przed koronawirusem – uważa dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.

Po drugiej stronie są ci, którzy nawołują do działania już teraz, bez czekania na faktyczne spowolnienie. Jak dr Marcin Piątkowski, ekonomista z Akademii Leona Koźmińskiego. Nawołuje on do jak najszybszej nowelizacji budżetu i zwiększenia wydatków.

Zapomnijmy o ekonomicznie nieuzasadnionym „zrównoważonym” budżecie: nie ma on sensu przy najniższych kosztach finansowania w historii, zacofaniu infrastrukturalnym, deficycie inwestycji w naukę i edukację i palącej potrzebie stymulacji fiskalnej, w tym w odpowiedzi na koronawirusa – napisał kilka dni temu na Twitterze.

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy

Obie strony spierają się też co do zakresu ewentualnej stymulacji. Pierwsza zwraca uwagę, że potencjalny kryzys będzie wynikał z zaburzeń podaży. A więc jeśli pomagać, to wspierać płynność firm. I niekoniecznie już na tym etapie.

Teraz wystarczy nie przeszkadzać przedsiębiorcom. To, czego oni by chcieli, to większa elastyczność rynku pracy i tego, by Ukraińcy nie wyjechali z Polski. Żaden impuls fiskalny nie zatrzyma imigrantów w sytuacji, gdy na pozwolenie na pracę trzeba czekać miesiącami, a w krajach ościennych procedury są znacznie prostsze. Niebawem swój rynek pracy dla Ukraińców otworzą Niemcy – mówi Dudek. A dr Aleksander Łaszek z Forum Odpowiedzialnego Rozwoju zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt: polska gospodarka zaczęła zwalniać na długo przed pojawieniem się choroby i mimo zwiększenia skali transferów socjalnych w połowie ubiegłego roku.

To pokazuje, że taka prosta stymulacja nie działa. Problemy są gdzie indziej, są nimi np. niepewność regulacyjna i niesprzyjające otoczenie biznesowe. Przykład to sposób wprowadzania podatku cukrowego – podkreśla Łaszek.

Druga strona zakłada jednak, że nadchodzące spowolnienie nie tylko będzie wynikiem spadku podaży (co jest bezpośrednim efektem przerywania łańcuchów dostaw), ale też popytu. Bo trudno zakładać, że konsumenci czy przedsiębiorcy będą w tak niepewnych czasach zwiększać swoje zakupy czy inwestycje.

„Równoważenie” budżetu i oszczędzanie w czasach kryzysu i ogromnych potrzeb inwestycyjnych – drogi, koleje, cyfryzacja, edukacja, nauka, służba zdrowia, metropolizacja, mieszkania – ma tyle sensu, co dostanie się na Harvard, a potem z niego zrezygnowanie, żeby się nie zadłużać – uważa Piątkowski. Co oznacza, że należy jak najszybciej zwiększać wydatki i deficyt, wspierając inwestycje. Co z regułami fiskalnymi? Należy je zawiesić w myśl zasady, że nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. I nie tylko krajową regułę wydatkową, lecz także limity deficytu i długu narzucone przez unijny pakt stabilności i wzrostu. Zakładając, że Komisja Europejska będzie patrzeć na to przez palce, świadoma zagrożenia. Tym bardziej że zjawisko będzie powszechne.