Michał Boni uważa, że tempo zmniejszania deficytu sektora finansów publicznych powinno być wolniejsze, niż chce Jacek Rostowski: uważa, że już w 2015 r. powinniśmy zlikwidować deficyt sektora finansów publicznych. Zdaniem Boniego, o czym mówił w piątkowym wywiadzie dla „DGP”, trzeba uwzględnić, że w latach 2013 – 2014 wyczerpią się środki unijne na inwestycje. Dlatego powinniśmy zdobyć pieniądze, aby inwestycje publiczne utrzymać na zbliżonym do obecnego poziomie. Inaczej oszczędności odbiją się na wzroście gospodarczym.

Reklama

Rostowski twardo jednak zapowiada podtrzymanie ścieżki schodzenia z deficytu. Wskazuje, że tylko stabilność finansów publicznych gwarantuje trwały wzrost gospodarczy.

„DGP” zapytał ekonomistów, kto w tym sporze ma rację. Po stronie Boniego stoi szefowa Towarzystwa Ekonomistów Polskich prof. Elżbieta Mączyńska. – Nie można demonizować deficytu, wydatki, w tym inwestycyjne, są bardzo istotne. Jeśli w budżecie domowym w jednym roku, aby nie było deficytu, zaoszczędzimy na dentyście, to w kolejnym będziemy musieli wydać znacznie więcej – mówi prof. Mączyńska.

Ale inni ekonomiści przyznają rację Rostowskiemu. Dziś wobec olbrzymich zawirowań na rynkach finansowych najważniejsza jest wiarygodność i powinniśmy jak najszybciej zmniejszać deficyt. – Jesteśmy niedaleko od bezpiecznego zrównoważonego budżetu. Ten cel może być osiągnięty w ciągu trzech lat i wyhamowywanie działań oszczędnościowych wydaje mi się nierozsądne – mówi prof. Witold Orłowski z PriceWaterhouseCoopers.

Zmniejszanie deficytu ma też spowodować, że będzie malał dług publiczny w relacji do PKB. Zdaniem Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty Invest-Banku, jest to najważniejsze wyzwanie, przed jakim stoi rząd. – Kwestia obniżania długu i trzymania go ryzach, aby nie dopuścić do przekroczenia progów długu do PKB, będzie determinowała jego działania – mówi Borowski.

Spór dotyczy też innej kwestii. Boni proponuje, aby docelowo wydatki publiczne w Polsce pozostały na poziomie 43 proc do PKB, a ewentualne oszczędności lokować w inwestycje i wydatki prorozwojowe. Jednak zdaniem wielu ekonomistów to zbyt wysoki poziom wydatków publicznych. Stanisław Gomułka przypomina, że 30 lat temu w krajach Europy Zachodniej, gdy ich poziom rozwoju odpowiadał dzisiejszemu poziomowi Polski, wydatki publiczne nie przekraczały 40 proc PKB. – Musi być bardzo dobry powód, aby z wydatkami nie schodzić poniżej 40 proc. Bo im wyższy ten odsetek, tym większe obciążenie podatkami sektora prywatnego, a tym samym mniejsze inwestycje prywatne – podkreśla prof. Gomułka.

Także zdaniem prof. Witolda Orłowskiego wydatki powinny być w okolicach 40 proc. Jego zdaniem powinnyśmy należeć do tych krajów UE, w których ta relacja jest najniższa.

– Badania pokazują, że im większy udział wydatków publicznych w PKB, tym wolniejszy wzrost, choć Michał Boni może mieć rację: jeśli te wydatki publiczne będą alokowane prowzrostowo, to spadek tempa PKB nie musi być duży – mówi Borowski.