Superbogaci są już zbyt długo dopieszczani przez przyjazny miliarderom Kongres. Najwyższy czas, aby rząd poważnie zabrał się do sprawiedliwego rozłożenia ciężarów uzdrowienia finansów państwa. Każdy musi w równym stopniu się poświęcić” – taki cytat mógłby pochodzić z przemówienia polityka Partii Demokratycznej albo przywódcy jednej z amerykańskich central związkowych. Ale te słowa wypowiedział Warren Buffett. Konieczność zmiany systemu podatkowego dostrzegli ci, w których reforma uderzyłaby bezpośrednio: właśnie najbogatsi. A przeciwnym dotąd podniesieniu obciążeń fiskalnych Republikanom trudno będzie zlekceważyć to stanowisko w debacie, jak uratować Amerykę przed bankructwem.

Bogaci to przyzwoici ludzie

Opublikowany w „New York Timesie” apel inwestora giełdowego, którego majątek szacuje się na 47 mld dol., wywołał burzę. Do jego inicjatywy podniesienia obciążeń fiskalnych dla tych, których dochód przekracza milion dolarów rocznie, przyłączyli się inni superbogaci przedsiębiorcy. Howard Schultz, szef Starbucksa, poszedł nawet dalej. Nie tylko poparł pomysł Buffetta, ale nawet wysłał list do innych miliarderów, przekonując ich, aby przestali wspierać datkami polityków, dopóki Kongres nie przyjmie sprawiedliwego systemu podatkowego.

– Zgadzam z Warrenem Buffettem i gratuluję mu. Bogaci szkodzą własnym, długoterminowym interesom, sprzeciwiając się płaceniu wyższych podatków – tłumaczy inny czołowy amerykański inwestor George Soros.

Sam Buffett przekonuje, że wielu jego superbogatych znajomych to „przyzwoici ludzie, którzy nie mieliby nic przeciwko płaceniu wyższych podatków w czasach, gdy miliony zwykłych Amerykanów cierpią z powodu kryzysu”.

W USA debata w sprawie systemu fiskalnego wykracza poza czystą ekonomię. Ameryka zbudowała etos narodowy na sprzeciwie wobec płacenia wysokich podatków do kasy państwa. Taki był pretekst wojny o niepodległość wobec Wielkiej Brytanii. Ale atmosfera w Stanach Zjednoczonych najwyraźniej się zmienia. Z ankiety przeprowadzonej przez sieć telewizyjną CNBC tuż po opublikowaniu listu Buffetta, w której wzięło udział 55 tys. osób, aż 95 proc. opowiedziało się za bardziej progresywnym systemem finansowania państwa.


Dlaczego bogaci, a przynajmniej ich znacząca część, chcą nagle płacić więcej podatków? – Sytuacja jest szczególna. Trwający wiele miesięcy spór o powstrzymanie narastania długu i kompromis, którym się zakończył, uświadomił Amerykanom, że bez radykalnej reformy finansów publicznych podstawy gospodarki mogą być zagrożone. A to oznaczałoby kolosalne straty dla takich inwestorów jak Buffett – tłumaczy „DGP” Lori Kletzer z waszyngtońskiego Peterson Institute for International Economics.

2 sierpnia Kongres uzgodnił plan redukcji długu, ale trudno mówić o sukcesie. Podczas gdy zobowiązania USA przekraczają już 14,3 bln dol. (85 proc. PKB) i każdego roku rosną o 1 – 1,5 bln dol., umowa zakłada ograniczenie deficytu jedynie o 2,1 bln dol. w ciągu 10 lat. Co gorsza, szczegóły porozumienia mają dopiero zostać ustalone przez specjalną komisję 12 przedstawicieli Republikanów i Demokratów. Ostateczna ugoda ma zostać zawarta do listopada.

Czołowa agencja ratingowa Standard & Poor’s od wielu miesięcy ostrzegała, że jeśli Kongres nie uzgodni planu redukcji długu wartego przynajmniej 4 bln dol. w ciągu 10 lat, Stany Zjednoczone po raz pierwszy w historii stracą najwyższą ocenę wiarygodności kredytowej (AAA). 6 sierpnia S&P wprowadził w życie swoją groźbę.

– Osłabienie wiarygodności kredytowej i narastający problem długu bezpośrednio uderzają w majątek najbogatszych inwestorów takich jak Buffett – zwraca uwagę „DGP” Heather Boushey z Center for American Progress w Waszyngtonie. – To wstrzyma napływ taniego kapitału do USA, ograniczy konsumpcję wewnętrzną, spowoduje załamanie kursów akcji na giełdzie i spadek zysków firm – punktuje.

Do tej pory, z powodu oporu Republikanów, program ograniczenia deficytu nie zakładał podniesienia podatków, ale cięcia po stronie wydatków państwa. Ale nawet jeśli taki układ zostałby utrzymany w ostatecznej wersji porozumienia, i tak oznaczałby on poważne straty dla superbogatych. Wiele z posiadanych przez nich spółek zarabia bowiem na dostawach dla rządu. Szczególnie zaniepokojone są takie koncerny zbrojeniowe, jak Boeing, Northrop Grumman i Lockheed Martin, które wydanym w tym tygodniu wspólnym oświadczeniu ostrzegały, że jeśli cięcia w budżecie Pentagonu zostaną wprowadzone w życie, Ameryka może stracić przewagę w kluczowych technologiach wojskowych. Ograniczona podwyżka podatków może się więc okazać dla superbogatych bardziej atrakcyjną opcja niż cięcie wydatków Waszyngtonu.

Nie wszyscy amerykańscy miliarderzy zgadzają się jednak z rozumowaniem Buffetta. I to niekonieczne dlatego, że mają węża w kieszeni. Ich zdaniem argument, iż bogaci płacą w USA mniej, jest nieprawdziwy. Co prawda, jak podaje waszyngtoński Tax Policy Center, rzeczywista stawka podatkowa płacona przez 1 procent najbogatszych Amerykanów spadła z 37 proc. w 1979 r. do 29,5 proc. dziś z powodu ulg wprowadzonych przez kolejnych republikańskich prezydentów, podczas gdy średnio zarabiający Amerykanie skorzystali w tym czasie z cięć w znacznie mniejszym stopniu (płacą dziś średnio 14,3 proc. wobec 18,6 proc. 30 lat temu). Wciąż jednak fiskus jest dla tych ostatnich zdecydowanie bardziej szczodry niż dla superbogatych.


Fiskalne meandry

– Buffett dowodzi, że w zeszłym roku oddał państwu 17,4 proc. dochodów, podczas gdy pracownicy jego biura – średnio 36 proc. Dzieje się tak, ponieważ gros dochodów Buffetta to zyski kapitałowe, na które jest nałożona 15-proc. stawka podatkowa. Jednak inwestor zapomniał dodać, że zarobek jego spółek został już wcześniej obciążony podatkiem od zysku firm (CIT), który w USA wynosi 35 proc. Gdyby to uwzględnić, obciążenia Buffetta przekraczają 40 proc. – wskazuje Kletzer.

Amerykańskie media przypominają, że aż 46 proc. Amerykanów w ogóle nie płaci podatku dochodowego, ponieważ albo ich zarobki są niższe niż kwota wolna od podatku, albo nadwyżka została skompensowana przez rozmaite ulgi. – Jeśli uwzględni się wszystkie podatki, amerykański system jest nie tylko progresywny, ale nawet bardzo progresywny – mówi tygodnikowi „Time” Roberton Williams z Tax Policy Center.

Chris Chocola, ekspert waszyngtońskiego instytutu Club for Growth, uważa, że argumentacja Buffetta może wręcz podciąć wzrost amerykańskiej gospodarki, gdyż zamiast zachęcać Amerykanów do produktywnego inwestowania oszczędności, będzie ich pchała ku bieżącej konsumpcji.

Słabością rozumowania Buffetta jest też to, iż podniesienie podatków dla najbogatszych miałoby nieznaczny wpływ na wielkość amerykańskiego długu. Nawet w USA ludzi majętnych jest po prostu mało. Inwestor, który z racji sprawdzających się prognoz bywa nazywany wyrocznią z Omaha, proponuje, aby wyższe stawki płacili ci, którzy zarabiają więcej niż milion dolarów rocznie, a zdecydowanie wyższe Amerykanie, których dochody przekraczają 10 mln dol. Jak jednak obliczył „Wall Street Journal”, w tej pierwszej kategorii jest tylko 237 tys. podatników (przekazali oni fiskusowi w 2009 r. 178 mld dol.), a w drugiej zaledwie 8,2 tys. (54 mld dol.). Tymczasem każdego dnia amerykański dług zwiększa się o blisko 4 mld dol. Nawet podniesienie obciążeń dla superbogatych zasypałoby więc dziurę finansów publicznych tylko w bardzo ograniczonym stopniu. Jak poradzić sobie z resztą, tego Buffett już nie mówi.

U progu kampanii prezydenckiej przed wyborami w 2012 r. apel miliardera został natychmiast podchwycony przez Baracka Obamę. Tyle że przywódca USA zasadniczo zmienił jego przesłanie. Podczas gdy Buffett proponuje, aby dla 99,7 proc. Amerykanów pozostawić stawki podatkowe na obecnym poziomie, Obama chce, aby zwyżka objęła blisko 4 mln gospodarstw domowych, których roczne dochody przekraczają 200 tys. dol. (250 tys. dol. dla małżeństw). Prezydent wie, że tylko w ten sposób można uzyskać wzrost dochodów fiskalnych, ponieważ ta grupa podatników w zeszłym roku przekazała fiskusowi znaczącą kwotę 434 mld dol.

– Z perspektywy Amerykanów, którzy z trudem wiążą koniec końcem, ktoś, kto zarabia rocznie 200 tys. dol., to bogacz. Tyle że obciążenie dodatkowymi podatkami tak szerokiej grupy konsumentów w okresie słabej koniunktury może wepchnąć kraj w kolejną recesję – ostrzega Chris Chocola. Zdaniem „Financial Timesa”, zamiast podnosić stawki dla wszystkich, skuteczniejszym sposobem byłoby nałożenie podatku od wielkich fortun. W przypadku Buffetta nawet niewielka, 2-proc. opłata oznaczałaby, że musiałby co roku przekazać urzędowi skarbowemu 2 mld dol., 25 razy więcej niż dziś.

W napiętej sytuacji politycznej w USA list Buffetta może się okazać argumentem, który w debacie nad uzdrowieniem finansów kraju przeważy szalę na korzyść zwolenników podniesienia podatków. Do tej pory pod naciskiem działaczy Tea Party Republikanie wykluczali taki scenariusz. Jednak w tym tygodniu kongresmen David Camp, który będzie jednym z 6 republikańskich przedstawicieli w komisji ds. planu redukcji długu, po raz pierwszy powiedział Agencji Reutera, że w sprawie podatków nie chce niczego wykluczać. Dotychczasowa postawa Republikanów w negocjacjach jest coraz gorzej przyjmowana przez Amerykanów. Jak wynika z sondażu Reutera i Ipsosu, 49 proc. pytanych uważa ją za naganną, podczas gdy forsujący podniesienie opłat fiskalnych Demokraci zbierają już mniej krytycznych głosów (40 proc.). Z kolei sondaż przygotowany na zlecenie CNN pokazuje, że dla 63 proc. Amerykanów sposobem na uratowanie budżetu państwa powinno być podniesienie jego dochodów, a tylko dla 35 proc. – cięcia w wydatkach socjalnych. Jeśli Republikanie nie chcą, aby po 2012 r. Barack Obama pozostał w Białym Domu, trudno im będzie zignorować rady Buffetta.