Bielecki: Nie histeryzować nad deficytem
Wyobraźmy sobie, że mamy wojnę. Nie kupimy armat, chociaż będą konieczne, bo będziemy się bali odpowiedzialności za przekroczenie deficytu o punkt procentowy?! Obyśmy nigdy w takiej sytuacji się nie znaleźli, ale hamulce są dobre w życiu codziennym - mówi "DZIENNIKOWI Gazecie Prawnej" były premier Jan Krzysztof Bielecki.
- Śledczy biorą się za spekulantów
- "Gigant się dusi"
- Tusk wraca do sprawy wprowadzenia euro
- Długi Rostowskiego jak alimenty Dorna
- Polacy wpadli w spiralę zadłużenia
- "Co zrobić z deficytem budżetowym"?
- Dziura budżetowa zaatakuje już w tym roku
- Rząd dopłaci do większych mieszkań
- Będzie euro, ale rząd nie powie kiedy
- Polska gospodarka wychodzi na plus
- Budżet trafi dziś do Sejmu
- Rostowski: To roztropny budżet
- Rostowski: PiS zniszczyłby budżet
- Polska reklama w wielkim kryzysie
- Eksperci: Świat szybko wychodzi z kryzysu
- Bielecki odchodzi z Pekao. Do rządu?
- Szef komisji śledczej: Banki żerują na klientach!
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-02-13

temp. min -24°C max. 2°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
MARCIN PIASECKI: 52 miliardy i 200 milionów złotych deficytu budżetu w przyszłym roku. Jak panu się podoba ta kwota?
JAN KRZYSZTOF BIELECKI: To zależy. Usłyszałem ostatnio dobre określenie dotyczące tego deficytu, którego autorem jest Wojciech Misiąg, niegdyś wiceminister finansów w moim rządzie.
Jego zdaniem tego deficytu nie powinniśmy lekceważyć, ale i nie histeryzować nad nim. W pełni się z tym zgadzam. A Misiąg jest znakomitym fachowcem. Przeszliśmy wspólnie najtrudniejszy okres
w dotychczasowej historii 20-letniej transformacji, czyli załamanie budżetu i finansów państwa w 1991 roku.
O ile trudniejszy niż teraz?
Bez porównania. W 1990 roku został przyjęty bardzo optymistyczny budżet, który zakładał minimalny deficyt. Potem został on głęboko przekroczony, a oprócz tego okazało się, że nie da
się utrzymywać polityki sztywnego kursu wymiany. W efekcie nie tylko konieczna była głęboka nowelizacja budżetu, ale przede wszystkim dewaluacja złotego o 18 procent. To było nic innego jak
zubożenie o tę wartość naszego dorobku. Wtedy na ręce patrzył nam Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który mówił tak: póki nie będziecie umieli utrzymać finansów w ryzach, nie macie szans
na kontynuowanie przez nas programu stabilizacyjnego. To z kolei było warunkiem wstępnym do osiągnięcia porozumienia w sprawie redukcji naszego długu z tzw. Klubem Paryskim. Wtedy nasze pole
manewru było nieskończenie mniejsze i w ogromnym stopniu zależeliśmy od ocen zewnętrznych obserwatorów. Dzisiaj takie decyzje możemy podejmować suwerennie.
I co wtedy z tego wynikało?
Cięcia, dramatyczne cięcia. Musieliśmy zmienić system świadczeń emerytalnych, co dało oszczędność na poziomie 1,5 procent PKB, ale także zasady przyznawania zasiłków rodzinnych i
zatrzymać rewaloryzację świadczeń dla sfery budżetowej. To ostatnie działanie, jak uznał później Trybunał Konstytucyjny, nie było, mówiąc łagodnie, zgodne z prawem. Jednak wtedy było
koniecznością, bo walczyliśmy o życie. Taka skala determinacji dzisiaj nie jest potrzebna.




























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!