DasCoin to piramida finansowa. Trzeba napisać to wprost, bo twór się rozrasta, a urzędy i prokuratury nic nie robią, by ją powstrzymać. A to firma działająca z rozmachem porównywalnym do tego, jaki zaserwowali nam założyciele Amber Gold. Kilka dni temu (4 listopada) twórcy DasCoina zorganizowali spotkanie dla ponad tysiąca osób, reklamują już swój biznes w radiu, zgłaszają do gazet (także do DGP), proponując organizację sponsorowanych debat.

A co robią organy państwa? Komisja Nadzoru Finansowego uważa się za niewłaściwą w tej sprawie, bo ona zajmuje się wyłącznie rynkiem finansowym. KNF wskazała więc na Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK? „Zawiadomiliśmy Prokuraturę Okręgową w Warszawie”. Prokurator Łukasz Łapczyński przyznaje, że zarejestrowano postępowanie w sprawie „kryptowaluty DasCoin, za pośrednictwem której propagowany jest system sprzedaży typu piramida, w którym korzyści materialne uzależniane są od wprowadzenia innych osób do systemu, tj. o czyn z art. 286 par. 1 kodeksu karnego”. Z kolei Prokuratura Krajowa twierdzi, że „ujawniona skala zjawiska nie jest znaczna”.

– Za chwilę możemy mieć Amber Gold bis. I znów wszyscy będą udawać, że zrobili to, co do nich należało. Jak widać, sprawa Marcina P. niczego nas nie nauczyła. Ponownie organy państwa i prokuratura są bierne. Choć przecież wszyscy już dzięki tekstowi DGP z kwietnia tego roku wiedzą o możliwym przekręcie – mówi Witold Zembaczyński, poseł Nowoczesnej i członek komisji śledczej ds. Amber Gold.

Nikt z urzędników nie ma odwagi nazwać otwarcie DasCoina piramidą finansową – bo przecież żaden sąd nie wydał wyroku. Obawiają się też media, większość pisze o kontrowersyjnej kryptowalucie czy niebezpiecznej inwestycji. Bo nikt nie chce procesu – twórcy DasCoina wszem wobec głoszą, która kancelaria ich reprezentuje. DGP jest wyjątkiem. O tym, że DasCoin jest oszustwem i piramidą finansową, napisaliśmy już w kwietniu („Poszukiwacze piramid”, Magazyn DGP z 21 kwietnia 2014 r.). Wówczas projekt polegał głównie na łowieniu jeleni na forach internetowych oraz przy wykorzystaniu filmików zamieszczanych na YouTubie.

Ale teraz dla twórców tej piramidy nastał idealny czas. O kryptowalutach stało się głośno, a najpopularniejsza z nich – bitcoin (sposób jego wykopywania przedstawiliśmy na infografice „Rozgrzane komputery, rozgrzane umysły” w Magazynie DGP z 13 grudnia 2013 r.) – bije dzień w dzień rekordy wartości. Osoby, które go kupiły pół roku temu, dziś są bogatsze o kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy złotych. Kurs jednego bitcoina w ubiegły czwartek przekroczył 7 tys. dol. W ciągu miesiąca zdrożał o ponad 2 tys. dol.

Taki lepszy Facebook

Dlaczego nie można nazywać DasCoina kryptowalutą? Bo te ostatnie, aby być cokolwiek warte, muszą być wymienne: na pieniądze albo na towary. Na co zaś można wymienić DasCoin? Na nic. Choć to nie do końca prawda. Jego twórcy tłumaczą, że DasCoina najpierw będzie można wymienić na WebEuro – kolejną tworzoną przez nich walutę elektroniczną. Innymi słowy, wchodząc w ten biznes, godzimy się na to, że kupujemy prawo tworzenia jednej niby-waluty, którą potem będziemy mogli zamienić na drugą niby-walutę – i dopiero tę drugą będzie można wymienić na prawdziwe euro. Ale i tu są ograniczenia – z informacji przekazywanych przez naganiaczy wynika, że będzie można wypłacić tylko 187,5 euro dziennie.

Na czym więc polega model biznesowy DasCoina? Na sprzedawaniu licencji. Kosztują one od 100 euro (pakiet Standard) do 25 tys. euro (pakiet President). Osoba wierząca w to, że będzie mogła swoje wirtualne monety sprzedać za żywą gotówkę za kilka miesięcy, musi wykupić licencję na ich wydobywanie. Może też zarobić dodatkowo, werbując do systemu kolejnych chętnych. Jak mówił na zeszłotygodniowej konferencji Michael Mathias, twarz DasCoina, jego firma to taki Facebook. Ale lepszy. Bo Mark Zuckerberg jest pazerny i nie chce dzielić się z użytkownikami pieniędzmi. A Mathias pazerny nie jest. Zapłaci więc wam za to, że ściągnięcie kolejnych i kolejnych.

– DasCoin ma wszystkie cechy piramidy finansowej, zaś z kryptowalutami ma tyle wspólnego, ile tombak ze złotem. W tym szemranym przedsięwzięciu prawdziwe kryptowaluty – dzięki swojej dużej popularności – są zasłoną dymną i wabikiem na nieświadomych inwestorów. W przypadku uczciwej działalności kod źródłowy kryptowaluty jest otwarty i każdy może się bez trudu dowiedzieć, jak ona działa. Kryptowaluty nie mają też właściciela ani zarządcy, nie trzeba kupować żadnych licencji. Handel działa na zasadach wolnorynkowych. W przypadku DasCoina jest odwrotnie. Nazywanie go kryptowalutą jest wprowadzaniem w błąd – przekonuje Marcin Furtak, administrator portalu Bitcoin.pl.

– Wszystko wskazuje na to, że DasCoin jest piramidą finansową. Wygląda na to, że wypłacane prowizje za ściągnięcie nowych osób pochodzą wyłącznie z wpłat innych uczestników systemu. Czyli łamany jest art. 17c ustawy o zakazie nieuczciwej konkurencji. Nie występuje też generowanie obrotu i zysku ze sprzedaży realnego produktu czy usługi. Kryptowaluta to przecież nie produkt, lecz środek płatniczy. Równie dobrze można by zainicjować piramidę finansową sprzedającą za euro japońskie jeny – wyjaśnia Maciej Maciejewski, redaktor naczelny „Network Magazyn”, zajmujący się od wielu lat ujawnianiem piramid finansowych.

Próbowaliśmy uzyskać komentarz osób zarządzających projektem DasCoin oraz kancelarii reprezentującej go w Polsce. Odpisał nam niejaki Nate, pracownik firmy Netleaders (stojącej za DasCoinem)”. Na pytanie, jak skomentuje twierdzenia, że DasCoin jest piramidą finansową, odpowiedział zdawkowo: „To tylko opinie niektórych ludzi. Jesteśmy normalnie działającym biznesem”. Nie jest też w stanie podać liczby osób, które wykupiły licencję DasCoina. A poproszony o podanie nazwiska, odmówił.

O tym, że DasCoin to przekręt, mówią nam jednak nawet urzędnicy. Zastrzegają jednak, że nieoficjalnie. Oficjalne komunikaty z urzędów to z kolei ważenie słów. – Nie możemy nazwać czegoś piramidą finansową, dopóki sąd się tym nie zajmie. Jakim prawem mielibyśmy przesądzać o tym, czy coś jest oszustwem, czy nie? – słyszymy od jednego z urzędników UOKiK. Czyli powtarza się kazus Amber Gold. Przed komisją śledczą osoba za osobą – urzędnicy, prokuratorzy, politycy – powtarzają niczym mantrę, że choć często dostrzegali przekręt, to mieli związane ręce. Przypominają, że gdy Komisja Nadzoru Finansowego wpisała biznes Marcina P. na listę ostrzeżeń publicznych, to spadła na nią fala krytyki. KNF miała tłamsić legalnie działający biznes. – W Polsce panuje przekonanie, że urzędnicy dążą do szkodzenia przedsiębiorcom. Dlatego nie palimy się do formułowania jednoznacznych osądów. Wolimy przekazać sprawę innemu urzędowi albo prokuraturze – tłumaczy osoba z innego urzędu.

– Jak pokazał przykład Amber Gold i wielu innych oszustw finansowych, procedury administracyjne działają u nas z tak dużym opóźnieniem, że Polska jest wyśmienitym krajem dla przestępców. Najpierw ostrzegają dziennikarze, blogerzy, specjaliści związani z finansami. A państwowe organy, które mają chronić konsumenta, zazwyczaj pojawiają się dopiero, gdy jest już za późno, firma upada i przepadły środki klientów – mówi Tomasz Jaroszek z Doradca.tv, który jako pierwszy napisał kilkanaście dni temu o kontrowersyjnej konferencji organizowanej przez twórców DasCoina.

Najlepszy dowód na urzędniczy marazm? OneCoin. Zdaniem ekspertów DasCoin jest oszustwem przypominającym właśnie OneCoina. W przypadku tego ostatniego spółka OneLife Network Limited z siedzibą w Belize zachęcała do kupowania pakietów edukacyjnych OneLife lub OneAcademy, oferując możliwość otrzymywania korzyści materialnych za wprowadzenie innych osób do systemu. Wraz z zakupionym pakietem edukacyjnym otrzymywało się żetony. Dzięki nim można było nabyć rzekomą kryptowalutę OneCoin. Pakiety kosztowały od 110 euro do 27,5 tys. euro. Każdy z konsumentów, który namówił inne osoby do kupna pakietów edukacyjnych, był odpowiednio wynagradzany – tworzyła się zatem hierarchiczna struktura, w której wypłaty są możliwe, o ile ciągle przystępują kolejni uczestnicy. Waluta była bezwartościowa – nie można było jej kontrolować, dysponować nią ani nią nigdzie zapłacić. Miała zadebiutować na giełdzie, lecz oczywiście do tego nie doszło. Michael Mathias, stojący za DasCoinem, współpracował również przy OneCoin.

W Polsce obie rzekomo innowacyjne waluty promowane są przez te same osoby. Kilka tygodni temu UOKiK stwierdził, że system, który opracowała spółka OneLife Network, może być piramidą finansową. Tyle że nie było już przed kim ostrzegać – OneCoin dawno przeszedł do historii. Tomasz Jaroszek odrzuca argument, że organy nie mają odpowiednich narzędzi, by interweniować. – W takim razie kto ma je mieć? Ustawodawca może zablokować całą branżę jednym ruchem, co pokazała ustawa hazardowa, a nie może od wielu lat uzbroić KNF czy UOKiK w lepsze narzędzia? Absolutnie tego nie rozumiem – mówi Jaroszek.

Marcin Furtak spostrzega zaś, że kryptowaluty są zjawiskiem dość nowym, a świadomość i wiedza o nich jest niska. – Biorąc pod uwagę, że twory piramidopodobne podszywają się pod kryptowaluty, być może tu należy upatrywać przyczyn braku działania państwowych instytucji – zastanawia się. Z kolei Maciej Maciejewski mówi wprost, że urzędy oraz prokuratury nie są przygotowane merytorycznie ani technicznie do tego, aby rozbijać piramidy oparte na rzekomych kryptowalutach. I dlatego też będzie przybywać oszustów wymyślających kolejne wirtualne pieniądze. – Nikt nie zdaje sobie sprawy, jak wielki to problem. Wciąż szukamy u oszustów działań przypominających Amber Gold, ale tego typu przedsięwzięcia odeszły już do lamusa – uważa Maciej Maciejewski.

Najbardziej prawdopodobny wariant jest taki, że za 6–12 miesięcy za sprawę weźmie się prokuratura. Wtedy, gdy pojawią się pierwsze problemy z płatnościami. Albo zdenerwują się osoby, które nikogo nie wciągnęły w strukturę i uwierzyły w to, że naprawdę DasCoiny będzie można wymieniać na gotówkę. Przez ten czas jednak będzie trwało łowienie frajerów. A w chwili, gdy organy ścigania zainterweniują, będzie funkcjonowała już kolejna piramida. O takim samym sposobie działania, za to innej nazwie, i zarejestrowana na inne osoby. Służby będą walczyć z wydmuszką, w której nie będzie już pieniędzy. – Modele przestępcze działalności oszustów ewoluują i prokuratura, Centralne Biuro Śledcze Policji oraz Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie mogą wciąż uzależniać swojego działania od pojawienia się pokrzywdzonych. Bo w fazie wzrostu piramidy finansowej nigdy ich nie będzie. Dopóki sprawa nie staje się polityczna jak Amber Gold, dopóty nikt nie chce tak naprawdę podejmować żadnych działań – spostrzega poseł Witold Zembaczyński.

I tylko płacz

Kluczowe dla twórców piramidy finansowej jest uwiarygodnienie się w oczach ludzi. Stąd biorą się zapowiedzi, że 31 marca 2018 r. DasCoin pojawi się na giełdach kryptowalut. Rzecz w tym, że podobne obietnice były składane już na początku tego roku – i termin wejścia na giełdy był wówczas planowany na marzec.

Ale proces uwiarygodniania się wymaga jeszcze czegoś: szczęścia. Dlaczego? Bo trzeba trafić na podatny grunt. Amber Gold rosło w siłę dlatego, że wówczas zyskiwało na wartości złoto. Biznes polegający na inwestycjach w sztabki tego kruszcu brzmiał więc na pierwszy rzut oka wiarygodnie. Dokładnie tak samo jest w przypadku DasCoina, który żeruje na sukcesie bitcoina. Twórcy piramidy pokazują, że najpopularniejsza kryptowaluta ma swoje wady (co jest prawdą). Za to DasCoin, w ich opinii, będzie po prostu lepszym bitcoinem. A jeśli ktoś w to nie wierzy, niech zobaczy – przekonywał ostatnio Michael Mathias – jakie komentarze się pojawiały, gdy ruszał bitcoin. Z tym argumentem trudno polemizować, bo rzeczywiście o bitcoine pisano równie źle jak teraz niektórzy mówią o DasCoine.

By zagłuszyć głosy krytyki, firma zaczęła wydawać pieniądze na reklamę. Tak rozwijał się Amber Gold. Liczne reklamy w prasie, elegancka siedziba, placówki handlowe w dobrych lokalizacjach. Wielu świadków przed komisją ds. Amber Gold zeznało, że to uśpiło ich czujność. Bo jak to – oszuści reklamują się wszędzie, gdzie się da? Podobnie robi DasCoin. Na zeszłotygodniowej konferencji nikt nikomu niczego nie sprzedawał. Nie było naganiaczy zachęcających do wykupienia licencji. Były tylko prezentacje dla gości. Najpierw pokazano, że ludzki mózg nie lubi zmian – a te przecież są dobre, jeśli chcemy się rozwijać (i bogacić). Potem pokazano, że bitcoin był dobry, ale najlepsze czasy są już za nim. Aż wreszcie – przez 40 proc. czasu całej konferencji – opowiadano o DasCoinie.

W mojej opinii konferencja różniła się od typowego spędu naganiaczy. Brakowało typowych wezwań do akcji i odsyłania w miejsca, gdzie można zdobyć więcej informacji na temat DasCoina lub nawet go kupić – zauważa Paweł Biedrzycki ze StrefaInwestorow.pl. Przyjęta formuła wystarczyła jednak do tego, by dziesiątki ludzi podchodziły do organizatorów, aby dopytywać o szczegóły. Chociaż trzeba przyznać, że impreza mogła wyglądać inaczej, gdyby wypalił jeden z pomysłów organizatorów – ściągnięcie celebrytów. Agnieszka i Grzegorz Hyży, Krzysztof Ibisz, Dorota Gardias, Karolina Szostak i Rafał Maserak – wszyscy mieli być specjalnymi gośćmi imprezy pierwotnie promowanej jako wydarzenie, na którym ludzie dowiedzą się, jak zarobić na kryptowalutach.

– Skontaktowała się ze mną agentka pewnego bardzo znanego polskiego dziennikarza. Dostał on zaproszenie na event o kryptowalutach. Zastrzeżenia agentki budziło to, że nie wiadomo było dokładnie, co celebryta miałby na konferencji robić. Tajemniczość była tym bardziej zastanawiająca, że dla organizatorów stawka gwiazdy nie grała roli. Ile by sobie zażyczył, tyle by dostał – opowiada Maciej Maciejewski. Osobiście odradził wzięcie udziału nie tylko tej gwieździe, lecz także wszystkim wyżej wymienionym celebrytom. Okazało się, że większość z nich nic nie wiedziała o tym, że na imprezie mieli się pojawić. Potwierdza to chociażby wpis Krzysztofa Ibisza na Facebooku. „Dowiedziałem się z Państwa wiadomości, jakoby mam wziąć udział w sobotnim seminarium o bitcoinach. Ta informacja jest nieprawdziwa. Skontaktowaliśmy się już z organizatorem, usłyszałem słowo »przepraszam« i na tym zamykam sprawę. Dziękuję za Państwa czujność i wszystkie sygnały” – napisał.

Ostatecznie żaden z celebrytów nie pojawił się na konferencji, a banery w internecie zostały podmienione na takie, gdzie znanych nazwisk już nie było. Podczas wydarzenia wykorzystano jednak wizerunki sławnych ludzi – organizatorzy puścili film – sondę uliczną z udziałem Macieja Dowbora, który przeprowadzał wywiady z mieszkańcami Warszawy na temat bitcoina. Dowbor również odniósł się do całego zamieszania na FB. Napisał, że materiał został użyty bez jego zgody i świadomości, do jakiego celu zostanie wykorzystany. Zapowiedział również podjęcie kroków prawnych w celu wyjaśnienia sytuacji. „Jednocześnie zaznaczam, że nigdy świadomie nie podjąłbym współpracy z organizacjami o wątpliwej reputacji” – dodał. Na samym końcu konferencji dała też krótki koncert piosenkarka Cleo.

Wiara w to, że choć nie udało się wzbogacić na bitcoinie, uda się na DasCoinie – nie ma płci ani wieku. Na konferencji można było spotkać i dwudziestolatków w kraciastych koszulach, i panie przyprószone siwizną, około siedemdziesiątki. Wnioskując po samochodach zatrzymujących się na parkingu przed centrum konferencyjnym, nie brakowało też ludzi, którzy mają wielkie pieniądze. Jaguary, lexusy i mercedesy w pewnym momencie przestały robić na gościach konferencji wrażenie. Z pewnością imponowało to wszystkim, którzy na konferencję przyjechali autobusem.

Wszyscy chcą zarobić na nowej kryptowalucie. Skończy się jednak na płaczu. Bo DasCoin kryptowalutą nie jest.

Michael Mathias, twarz DasCoina, mówi, że jego firma to taki Facebook. Ale lepszy. Bo Mark Zuckerberg jest pazerny i nie chce dzielić się z użytkownikami zarobionymi pieniędzmi. A Mathias pazerny nie jest. Zapłaci więc wam za to, że zachęcicie do kupna licencji na DasCoina innych