Wyczekiwanie na inwestycje w gospodarce wciąż trwa. Ich brak doprowadził w ubiegłym roku do mocnego spowolnienia dynamiki wzrostu PKB. W tym roku koniunktura odbiła, ale 4-proc. tempo rozwoju, jakie udało się zanotować w I półroczu, to głównie zasługa tego, że Polacy szeroko otworzyli swoje portfele i konsumują.

Bolączką gospodarki są nakłady inwestycyjne. W I kw. symbolicznie, ale wciąż spadały o 0,4 proc. rok do roku. Kolejne trzy miesiące przyniosły tylko nieznaczną poprawę sytuacji. Ich zwiększenie się o 0,8 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej to głównie zasługa budowy mieszkań.

Wielkie wydawanie mają nakręcić fundusze unijne. Ministerstwo Rozwoju od miesięcy chwali się, że jesteśmy liderem w Unii Europejskiej pod względem płatności okresowych przekazywanych z Brukseli. Jeszcze w listopadzie 2015 r. byliśmy w unijnym ogonie, jeśli chodzi o wykorzystanie środków z perspektywy finansowej 2014–2020. Na koniec września z beneficjentami podpisano ponad 23,5 tys. umów o dofinansowanie projektów na kwotę - w części unijnej - o wartości 131,5 mld zł. Liczby wyglądają z miesiąca na miesiąc coraz bardziej obiecująco, jednak patrząc na kondycję publicznej kasy, widać, że wydawanie wciąż idzie jak po grudzie.

Na koniec sierpnia (ostatnie dane o wykonaniu budżetu) udało nam się wydać z budżetu środków europejskich niespełna 30 proc. zaplanowanych na ten rok pieniędzy. To najgorsze w tym okresie wykonanie wydatków w historii tej pozycji w kasie państwa. Nawet podczas inwestycyjnej flauty w 2016 r. po ośmiu miesiącach zaangażowanie wydatków sięgało 40 proc., a w latach 2012–2015 było bliskie 50 proc.

W budżecie środków europejskich ujmuje się dochody z tytułu realizacji programów finansowanych z udziałem środków europejskich oraz wydatki na ich realizację w części podlegającej refundacji. Ten rok jest więc wyjątkowo słaby, jeśli chodzi o inwestycje, do których dokłada się Bruksela. Wszystko wskazuje, że nadal jesteśmy na etapie przetargów. Takie sygnały też płyną z resortu rozwoju - mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku.

Z jego prognoz wynika, że choć wyraźne wzrosty inwestycji, po 6 proc., zobaczymy już w III i IV kwartale br., to mocniejsze odbicie nakładów publicznych i prywatnych przyniosą dopiero lata 2018–2019. Wtedy to unijne miliardy powinny płynąć do gospodarki najszerszym strumieniem. Na razie pierwsze jaskółki wzrostów przynoszą samorządy, które w II kw. zwiększyły wydatki majątkowe o blisko jedną czwartą.

Wszystko wskazuje też, że nieco nad kreskę między lipcem a końcem września wyszły inwestycje sektora prywatnego. Tutaj motorem wzrostu może być nadal budownictwo mieszkaniowe. Dobrej zmiany nie widać wciąż w nakładach ponoszonych z państwowej kasy, gdzie na koniec sierpnia udało się wydać zaledwie 4,7 mld zł z zaplanowanych na ten rok 19,5 mld zł. Wzorem lat ubiegłych przyspieszenia można się spodziewać w ostatnich miesiącach roku.

Już we wrześniu widzimy, że do Ministerstwa Finansów spływa znacznie więcej faktur niż w poprzednich miesiącach, co pozwala sądzić, że wzrost inwestycji w III kw., chociaż nie będzie znaczący, to wyraźniejszy niż II kw. - twierdzi nasz rozmówca z resortu finansów, który pragnie zachować anonimowość. Dzisiaj inwestycyjna słabość mocno przyczynia się do tego, że w kasie państwa zamiast wielomiliardowego deficytu wciąż mamy nadwyżkę.

Inwestycje publiczne są też wyczekiwane dlatego, że mają za sobą pociągnąć nakłady prywatnych przedsiębiorstw. Bez tych zaś nie mamy co marzyć o utrzymaniu na dłuższą metę stabilnego i wysokiego wzrostu PKB. Eksperci BZ WBK przypominają, że tradycyjnie już największą skłonność do inwestycji mają największe podmioty i to one startują z nimi jako pierwsze.

W Polsce liczbowo dominują MŚP, ale jeśli chodzi o napędzanie gospodarki, to największy wpływ mają firmy duże, które realizując inwestycję, często rozpoczynają efekt kuli śniegowej, gdzie wokół ich biznesu tworzy i rozwija się inny: poddostawców - uważa Agnieszka Wolska, dyrektor obszaru bankowości korporacyjnej w BZ WBK. Klienci mają świadomość, że to idealny moment na inwestycje, co widzimy też po zainteresowaniu zaciąganiem nowych kredytów - dodaje.

Wszystkim sprzyja dzisiaj wysoka dostępność finansowania i jego atrakcyjne koszty, które wynikają głównie z historycznie niskich stóp procentowych.