Dlaczego tak wielu ekonomistów zajmuje się nierównościami dochodowymi?

Paweł Bukowski: Główną przyczyną jest ich wzrost. Po II wojnie światowej obserwowaliśmy wyrównywanie dochodów, co rozpowszechniło opinię, że nie są one już problemem społecznym. Było to zresztą zgodne z ówczesnymi modelami ekonomicznymi, które przewidywały, że kraje rozwinięte znajdują się na ścieżce rozwoju z zanikającymi nierównościami majątkowymi. W rezultacie ekonomia głównego nurtu marginalizowała ten problem. Nowa fala badań pojawiła się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że w USA od lat 80. XX w. można zaobserwować rosnące nierówności dochodowe.

Filip Novokmet: Powstanie „Kapitału w XXI wieku” Thomasa Piketty’ego jest również rezultatem tej zmiany. Ale popularność tej pracy wynika w dużej mierze z tego, że udało się wyjść z nią poza świat akademicki. Sam dyskurs o nierównościach w ekonomii jest znacznie szerszy – w przeciągu ostatniej dekady kilku laureatów Nagrody Nobla napisało książki traktujące o tej tematyce.

Podobnież nierówności na świecie spadają, a mimo to co chwila bombardowani jesteśmy informacjami, że 1 proc. najbogatszych posiada tyle, ile 99 proc. reszty ludzkości.

Novokmet: To prawda, że globalne nierówności – zdefiniowane jako różnice między obywatelami świata – spadają dzięki rosnącym dochodom w Chinach czy Indiach. Pokazał to w swoich pracach Branko Milanović. Ale odpowiedzialne za to procesy mogą mieć też wpływ na rosnące nierówności w krajach rozwiniętych. Bo globalizacja, która tak pozytywnie wpływa na dochód w drugim i trzecim świecie, w dojrzałych gospodarkach prowadzi do zaniku tradycyjnych zajęć klasy średniej. Z tego wynika, że nie powinniśmy skupiać się na nierównościach globalnych. To sytuacja na poziomie konkretnego kraju jest głównym punktem odniesienia dla większości ludzi w nim żyjących, a więc też dla tych, którzy kształtują politykę.