O nierównościach dochodowych w Polsce nie wiemy zbyt wiele. Teoretycznie liczy je GUS – ale robi to na podstawie ankiet, a te nie są reprezentatywne. Ostrzejszy obraz dałoby badanie na podstawie danych podatkowych – ale takich w kraju nad Wisłą praktycznie jeszcze nie ma. A skoro nie wiadomo do końca, jakie te nierówności są, to trudno stwierdzić jednoznacznie, czy się zwiększają, czy maleją.
Kilka rzeczy o nich można jednak powiedzieć na pewno. Na przykład skąd się wzięły. Punktem zwrotnym był 1989 r. i przejście od gospodarki centralnie planowanej do rynkowej. Jednak dziś większe znaczenie dla rozwarcia nożyc ma koślawy system podatkowy i słabość instytucjonalna państwa.

Premia edukacyjna, czyli specjalista pilnie poszukiwany

Jedną z cech transformacji było wypchnięcie dużej rzeszy pracowników z sektora publicznego do prywatnego. Już w 1999 r. proces opisał Branko Milanović z Banku Światowego. W gospodarce centralnie planowanej nierówności płac były niwelowane przez klasyczną urawniłowkę: na podobnych stanowiskach we wszystkich branżach zarabiało się mniej więcej tyle samo, a siatki płac wewnątrz branż też były silnie skompresowane. Dominował sektor państwowy, konkurencja między firmami była właściwie niepotrzebna, więc jakość pracy miała drugorzędne znaczenie, a skoro tak, to kształtowanie wynagrodzeń nie było potrzebnym narzędziem.
Reklama
Gdy nastały lata 90., nastąpił gwałtowny zwrot: gospodarce zaaplikowano terapię szokową, na którą część państwowych firm nie była gotowa i po prostu padła, część została sprywatyzowana, wszystkie poddano silnej presji rynkowej. Exodus pracowników z sektora państwowego do prywatnego wynikał częściowo z prywatyzacji tego pierwszego. Ci, którzy zostali w państwowych firmach, też musieli przyjąć do wiadomości, że nastały nowe czasy. Niektórzy w ogóle stracili pracę, a przez to ich dochody drastycznie spadły.
Ale samo przejście od sektora państwowego do prywatnego nie było głównym powodem powstania dysproporcji w dochodach. A przynajmniej takie wnioski wysnuwają ekonomiści Michael P. Keane i Eswar S. Prasad, którzy w 2002 r. pod egidą Międzynarodowego Funduszu Walutowego opublikowali tekst "Zmiany w strukturze zarobków podczas transformacji w Polsce" ("Changes in the structure of earnings during the Polish transition"). - Spodziewaliśmy się, że większość wzrostu nierówności była spowodowana przenoszeniem pracy z niekonkurencyjnego sektora państwowego o skompresowanych wynagrodzeniach do dynamicznego sektora prywatnego, który wykazywał znacznie większą nierówność w zarobkach. Ale ku naszemu zaskoczeniu stwierdziliśmy, że największym pojedynczym czynnikiem był wzrost nierówności wewnątrz sektorów – pisali.
Z ich badań wynikało, że wypchnięcie pracowników z państwowych firm do prywatnych odpowiada za zaledwie 39 proc. wzrostu nierówności. Reszta to właśnie silne różnicowanie płac niezależnie od formy własności. Głównie dlatego, że koszty pracy i jej jakość stały się narzędziem walki konkurencyjnej. Dużą rolę zaczęła odgrywać tzw. premia edukacyjna. To miara, która pokazuje, o ile wyższa jest pensja osoby np. z wyższym wykształceniem od średniej płacy. Keane i Prasad wyliczyli, że między 1988 a 1996 r. premia edukacyjna wyraźnie wzrosła i bez znaczenia była forma własności firmy. W sektorze państwowym premia wynosiła 50 proc., a w prywatnym nawet 100 proc. Jedną z ich obserwacji było to, że premia edukacyjna miała większe znaczenie niż doświadczenie zawodowe – co w naturalny sposób premiowało młodych zdolnych. Pracodawcy wychodzili z założenia, że pracownik z długoletnim stażem, którego większość przypadała na czasy socjalizmu, nie jest na tyle cennym aktywem, by płacić mu więcej. A to dlatego, że jego doświadczenie jest mało przydatne w gospodarce rynkowej.
– Wykształcenie i jego jakość miały wtedy duże znaczenie. Branże, które importowały technologie z Zachodu, potrzebowały specjalistów, tam premia edukacyjna w połączeniu z dużym popytem na pracę działały najsilniej na kształtowanie się dochodów. Wtedy premia była nawet wyższa niż w krajach zachodnich – mówi Michał Brzeziński, ekonomista Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się problemem nierówności.
Premia edukacyjna działa do dziś, choć może nie jest już tak istotnym czynnikiem zwiększającym nierówności dochodowe, jak na początku transformacji. Według danych GUS z 2015 r. (najnowsze dostępne) miesięczne przychody osoby z wyższym wykształceniem były o niemal połowę większe od średniego wynagrodzenia.

System podatkowy, czyli jak zarabiając dużo, płacić małe podatki

Innym powodem narastania nierówności w dochodach może być nasz system podatków od dochodu. Po wprowadzeniu PIT w pierwszej połowie lat 90. system stopniowo ewoluował do postaci, jaką mamy dzisiaj – czyli niemal liniowego. Stawki PIT, co prawda, mamy dwie, ale na tę wyższą, 32-procentową łapie się zaledwie 3 proc. podatników.
Ale to jeszcze nie jest decydujące. Gorzej, że w systemie jest wyrwa w postaci 19-procentowego liniowego PIT dla działalności gospodarczej. Na wprowadzenie tego rozwiązania zdecydowano się w 2004 r. Dochody grupy podatników, którzy rozliczają się w ten sposób, nieprzerwanie rosną. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że liniowcy to ludzie stosunkowo zamożni. W 2015 r. stanowili ok. 2 proc. ogółu podatników składających formularze PIT. Ale ich dochód przed opodatkowaniem i odliczeniem składek wynosił niemal 13 proc. całego dochodu z pracy i działalności gospodarczej wykazanego w zeznaniach podatkowych. Na zamożność liniowców wskazują inne wyliczenia – np. podawanych przez firmę doradczą KPMG w swoim dorocznym raporcie o rynku dóbr luksusowych. Z danych tych wynika, że osób uzyskujących roczny dochód powyżej 85,5 tys. zł (co normalnie wrzucałoby ich w wyższy próg podatkowy, gdyby rozliczali się według skali) w 2015 r. było 277 tys. A to nieco ponad połowa wszystkich liniowców. Tymczasem w grupie tych, którzy płacą według skali, bogatych jest 710 tys. – co stanowi 3 proc. ogółu.
Sam odsetek dużych, zamożnych podatników wśród liniowców jeszcze niczego nie dowodzi. Ale porównanie, jak zmieniały się proporcje uzyskiwanego przez nich dochodu w porównaniu do dochodów bogatych skalowców, może być mocną poszlaką. Z tego samego zestawienia KPMG wynika, że udział zamożnych podatników, którzy wolą 19-procentowy liniowy PIT, w całej grupie zamożnych spadł z 40 proc. w 2008 r. do 28 proc. w 2015 r. Udział wypracowanych przez nich dochodów w tym, co zarobili wszyscy bogaci PIT-owcy, również spadł – ale nieproporcjonalnie mniej. O ile w 2008 r. stanowił około 62 proc., o tyle w 2015 r. było to 51 proc. Można to zresztą policzyć jeszcze inaczej. W ciągu ośmiu lat przeciętny dochód bogatego linowca wzrósł o 18 proc. Zamożny podatnik rozliczający się z fiskusem według skali zwiększył je średnio w tym czasie o 5,6 proc.
Takie zestawienie może oznaczać dwie rzeczy. Pierwsza, na liniowy PIT uciekają dobrze opłacani specjaliści, którzy, pracując na umowach o pracę, musieliby płacić 32-procentowy podatek. Zachęt, aby się samozatrudnić, mają więcej, np. ryczałtowe składki ZUS. Przy dochodzie rzędu 25 tys. zł miesięcznie (a najbogatsi liniowcy taki średni dochód brutto uzyskiwali w 2015 r.) wynoszą ich one około 1200 zł – czyli niecałe 5 proc. tego dochodu. A to dużo mniej niż ponad 19 proc., jakie musi zapłacić etatowiec. To sprawia, że system staje się wręcz regresywny, bo wraz ze zwiększaniem się zarobków procentowe obciążenie podatkiem i składką (policzonymi łącznie) maleje.
Drugie wytłumaczenie: ci, którzy rozliczają się według liniowego PIT, to prawdziwi przedsiębiorcy. Ich dochód rzeczywiście wynika z działalności gospodarczej. A to może oznaczać, że na kapitale można zarobić więcej niż na dochodach z pracy. I to on, jak w przypadku krajów rozwiniętych, ma obecnie decydujące znaczenie dla kształtowania się nierówności dochodowych.

Umowy śmieciowe, czyli rekord Europy

W 2014 r. w Polsce różnica między średnią stawką za godzinę pracy najmniej zarabiających w porównaniu do stawki zarabiających najwięcej była największa w Europie. To dane z badań Eurostatu. Jedna dziesiąta tych z największymi zarobkami dostawała średnio dwa razy większe wypłaty od najmniej uposażonych. Stosunek płac najwyższych do najniższych wynosił u nas 4,7. Dla porównania, w Szwecji, w której rozstrzał godzinowych stawek był najniższy w Unii, wskaźnik ten wyniósł 2,1.
Skąd się to mogło wziąć? Pierwszy trop to płaca minimalna. W Polsce rosła bardzo powoli. Mówiąc inaczej – państwo niespecjalnie próbowało niwelować nierówności w dochodach poprzez działania administracyjne. W 2000 r. najniższa dopuszczalna prawem pensja wynosiła ok. 34 proc. średniego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach. I wokół tego poziomu wielkość minimum oscylowała przez kolejne siedem lat. W 2007 r., gdy gospodarka pędziła nakręcana pieniędzmi z Unii Europejskiej, a na rynku pracy widoczne były pierwsze skutki masowej emigracji zarobkowej, wynagrodzenie minimalne stanowiło ledwie 32 proc. tego, co średnio swoim pracownikom płaciły firmy. Relacja płacy minimalnej do średniej pensji zaczęła rosnąć dopiero w ostatnich latach. W ubiegłym roku wynosiła ona już ponad 43 proc.
Drugi trop to bardzo duża popularność elastycznych form zatrudnienia, czyli tzw. śmieciówek. Początkowo był to sposób na uchronienie się przed skutkami kryzysu finansowego – pracodawcom dano do ręki narzędzie, dzięki któremu mogli zmniejszyć koszty pracy. Po to, by mimo pogarszającej się sytuacji na rynku nie musieli zwalniać. Ale stopniowo przerodziło się to w patologię. Według danych GUS za 2015 r. liczba osób prowadzących działalność gospodarczą, które nie zatrudniały innych pracowników (w domyśle – samozatrudniły się), wynosiła 1,1 mln. Kolejne 1,3 mln pracowało na umowie-zleceniu lub o dzieło i nie miało żadnych innych dochodów.
Szkodliwe z punktu widzenia nierówności w płacach było nie tyle samo istnienie śmieciówek, co ich instytucjonalne upośledzenie względem typowych form zatrudnienia. Aż do 2016 r. umowy-zlecenia czy samozatrudnienie (umowy cywilnoprawne) nie podlegały reżimowi płacy minimalnej. Jeszcze w 2015 r. prawie 1,4 mln osób zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywało wynagrodzenie brutto nieprzekraczające obowiązującego wówczas minimalnego wynagrodzenia. Było to ok. 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę.
Dopiero od stycznia ubiegłego roku zatrudnieni na tego typu umowach mają prawo do minimalnej stawki godzinowej. Druga przyczyna: pracownicy na tego typu kontraktach przez długi czas nie mieli ochrony związków zawodowych. Dopiero w 2015 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z konstytucją zasadę, że ochrona związkowa należy się tylko etatowcom.
Duże dysproporcje mogą wynikać też z innych przyczyn – np. geograficznych. To dość dobrze zbadany problem. Wystarczy rzucić okiem na produkt krajowy brutto w ujęciu regionalnym. Wartość PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca województwa lubelskiego wynosiła w 2015 r. 32 063 zł, co stanowiło zaledwie 68,6 proc. przeciętnej dla kraju. Dla porównania na Mazowszu PKB na osobę wyniósł 74 550 zł – 160 proc. średniej krajowej. Podobnie kształtują się płace. Najwięcej zarabia się w Mazowieckiem. Płace w firmach wynosiły tam w marcu tego roku średnio 5600 zł. Na drugim biegunie znajduje się województwo warmińsko-mazurskie z płacą na poziomie 3629 zł. Skąd te różnice? O poziomie wynagrodzeń decyduje konkurencja, a jest ona tym większa, im więcej przedsiębiorców na danym obszarze. Warmia i Lubelszyczyzna to regiony mało uprzemysłowione, ze stosunkowo wysokim bezrobociem. Presja płacowa w tych województwach nie jest na tyle silna, żeby podciągnąć dochody mieszkańców.

Rewolucja technologiczna, czyli ubodzy pracujący

Rozwarstwiające się dochody stanowią problem – i przedmiot prac badawczych – nie tylko nad Wisłą. Największe rozwarcie nożyc panuje po drugiej stronie Atlantyku, gdzie uposażenia najsłabiej zarabiających Amerykanów nie drgnęły od ponad trzech dekad. Do tego dochodzi gwałtowny wzrost zarobków na przeciwnym końcu skali – o ile prezesi firm mogli w latach 60. liczyć na 20- lub 30-krotność przeciętnego wynagrodzenia, o tyle w poprzedniej dekadzie było to już 200- lub 300-krotność (wartość ta wahała się znacznie pod koniec dekady z powodu światowego kryzysu finansowego). Oczywiście prezesi nie są reprezentatywni dla całej gospodarki, ale razem z nimi – chociaż w innym tempie – przeciętniakom zaczęła uciekać reszta gospodarki. W efekcie widełki płac się rozjechały, co obecnie zrodziło w USA poważny problem tzw. ubogich pracujących (working poor), czyli osób, które chociaż podejmują zatrudnienie w pełnym wymiarze godzin, to nie są w stanie godnie żyć.
Ekonomiści na świecie zidentyfikowali kilka powodów narastania nierówności w dochodach, które są podobne do tych występujących w Polsce (oczywiście poza dopalaczem, jakim była transformacyjna terapia szokowa): rewolucja technologiczna (komputeryzacja), przyczyny instytucjonalne (wysokość minimalnego wynagrodzenia czy siła związków zawodowych) oraz globalizacja/handel międzynarodowy/przenoszenie miejsc pracy. Czynniki te wzajemnie się nie wykluczają; nierówności w dochodach spowodowało jednoczesne zadziałanie ich wszystkich.
Najlepiej udokumentowany jest wpływ na płace zmian technologicznych. Literaturę na ten temat w USA datuje się nawet na początek lat 80. XX w. (należy pamiętać, że za Atlantykiem był to czas upowszechnienia się komputerów osobistych na masową skalę). Obecnie piszą o tym tak uznani ekonomiści, jak Daron Acemoglu i David Autor.
Mechanizm powstawania nierówności działa tutaj dwutorowo. Pracownicy, którzy w codziennych obowiązkach wspomagają się nowoczesnymi urządzeniami, są bardziej produktywni, a więc są w stanie więcej zrobić w krótszym czasie. To oczywiście wpływa na ich dochody, zgodnie z intuicyjną zasadą, że jak się więcej (niekoniecznie dłużej) pracuje, to się więcej zarabia. Jednocześnie wraz z informatycznym boomem nie przybyło wystarczająco dużo specjalistów potrafiących obsługiwać te urządzenia. Nie mówimy tutaj tylko o obsłudze pakietu biurowego, chociaż w początkowej fazie komputeryzacji problemy z nabyciem nowych umiejętności z pewnością stanowiły znaczący czynnik dla ścieżek zawodowych niektórych pracowników. Chodzi tutaj przede wszystkim o ludzi obsługujących i serwisujących infrastrukturę IT, programistów i inżynierów pracujących przy konstrukcji urządzeń elektronicznych. Niedobór specjalistów spowodował, że pracodawcy byli skłonni płacić im znacznie więcej, wzmacniając w ten sposób efekt premii edukacyjnej.
Na marginesie warto dodać, że sytuacja ta nie uległa zmianie. Magazyn "Wired", opisujący na bieżąco wydarzenia i trendy z Doliny Krzemowej, zauważył pod koniec ubiegłego roku, że programiści specjalizujący się w zagadnieniach sztucznej inteligencji są przez największe firmy z branży traktowani jak najlepsi piłkarze w najbardziej zamożnych klubach. Duże pieniądze dla programistów są też powodem, dla którego amerykańskie start-upy na rozwinięcie działalności potrzebują po kilkanaście milionów dolarów. Te pieniądze nie idą na bajeranckie biura, tylko na ściągnięcie z rynku specjalistów, którzy będą w stanie w niedługim czasie postawić na nogi oferowany przez młodą firmę produkt.

Pensja to nie wszystko, czyli transfer społeczny też ma znaczenie

Premia edukacyjna związana ze zmianą technologiczną stanowi niemalże ortodoksję w tłumaczeniu nierówności zarobkowych. W 2012 r. Alan Krueger, szef doradców ekonomicznych prezydenta Baracka Obamy, zażartował, że kiedy rozmawia ze swoimi kolegami naukowcami o przyczynach nierówności, to zmiany technologiczne za każdym razem wymieniane są jako najważniejszy czynnik. Po nich jest długo, długo nic; czasami niektórzy ekonomiści wspomną również o tzw. czynnikach instytucjonalnych, tj. wysokości płacy minimalnej czy sile związków zawodowych.
Nie tak szybko – mówią Tali Kristal z Uniwersytetu w Hajfie oraz Yinon Cohen z Uniwersytetu Columbia. W styczniu tego roku w wydawanym przez Oxford University Press periodyku „Socio-Economic Review” badacze opublikowali artykuł, którego cel badawczy można streścić w słowach: OK, za nierówności w dochodach odpowiadają zmiany technologiczne i instytucjonalne. Ale które są ważniejsze? Odpowiedź ekonomistki i socjologa brzmi: instytucje.
Autorzy postanowili rozwiązać problem technologie kontra instytucje za pomocą liczb. Korzystając z bogactwa danych statystycznych zbieranych w USA, podzielili gospodarkę na ponad 40 branż. Następnie dla każdej z osobna przyjrzeli się takim wskaźnikom jak uzwiązkowienie, a także wysokość płacy minimalnej (chociaż za Atlantykiem jest ona regulowana na poziomie federalnym, to niezależnie od tego mogą to również robić poszczególne stany, a oprócz tego w wielu branżach – np. motoryzacyjnej – istniały osobne umowy z pracodawcami), a także wysokość nakładów inwestycyjnych w nowoczesne technologie.
Konkluzja? "Naszym zdaniem dla wytłumaczenia rosnących nierówności dochodowych w amerykańskiej gospodarce schyłek instytucji mających wpływ na poziom płac jest prawie dwukrotnie ważniejszy niż wywołane rewolucją technologiczną zmiany na rynku pracy". Malejący wskaźnik uzwiązkowienia oraz stagnacja płacy minimalnej między 1969 a 2012 r. odpowiadają, zdaniem autorów, za 50-60 proc. powstałych w tym czasie nierówności. Wkład zmian technologicznych w tym samym czasie był o połowę mniejszy.
Nierówności w dochodach są więc efektem dwóch nakładających się na siebie trendów. Z jednej strony, zarobki podnosi technologiczna rewolucja i związana z nią premia za rzadkie umiejętności; z drugiej, wzrost uniemożliwia słabość instytucjonalna – niechęć do podnoszenia płacy minimalnej czy niewielka siła negocjacyjna pracowników sektora prywatnego. Łącznie te dwa efekty powodują rozjeżdżanie się zarobków w gospodarce.
Oczywiście, nie wszyscy ekonomiści się z tym zgodzą. Część z nich jest zdania, że do problemu nierówności podchodzi się w niewłaściwy sposób, a powinno nas interesować nie to, ile ludzie zarabiają, ale to, jak faktycznie wyglądają ich dochody na przestrzeni roku. Pensja bowiem nie jest jedynym dochodem, jaki otrzymują obywatele; do tego dochodzą również wpływy z systemu zabezpieczenia społecznego (zasiłki czy – jak w przypadku 70 mln Amerykanów – bony żywnościowe), a także ulgi podatkowe. Nawet jeśli nie mamy danych pieniędzy w kieszeni, bo odprowadziliśmy podatek, to przecież fiskus nam je zwraca po rozliczeniu rocznym. W wielkim skrócie, nawet jeśli ludzie zarabiają niewiele, to realny poziom ich dochodów zwiększa redystrybucja i ją także trzeba brać pod uwagę.
Takie argumenty pojawiają się w debacie o nierównościach za Atlantykiem, ale też za miedzą, w Niemczech. Monachijski Instytut Ifo w przeprowadzonym dwa lata temu badaniu nierówności dochodowych w Niemczech doszedł do wniosku, że redystrybucja dochodów w Republice Federalnej działa tak dobrze, że nie ma powodów do niepokoju. Łyżkę dziegciu wlał w ubiegłym roku ekonomista Marcel Fratzscher, dyrektor Niemieckiego Ośrodka Badań nad Gospodarką w Berlinie (DIW Berlin). W książce „Walka o kawałek tortu” (luźne tłumaczenie oryginalnego tytułu „Verteilungskampf”) postawił ostrą tezę, że pod wieloma względami Republika Federalna jest krajem o nierównościach przynajmniej tak dużych jak w USA. Powód? Fakt, że przeciętne płace nie drgnęły w Niemczech przez ostatnie ćwierć wieku. W efekcie znaczy to tyle, że dochody słabo zarabiających spadły (efekty inflacji). Fratzscher przyznaje, że polityka redystrybucyjna w Niemczech działa bez zarzutu, wyrównując te początkowe nierówności do średniego, europejskiego poziomu, niemniej jednak odbywa się to kosztem gospodarki jako całości – pracodawcy przerzucają po prostu część swoich kosztów na państwo. Dodatkowy problem polega na tym, że Niemcy rozjeżdżają się także pod względem majątku, w czym sprzyja chociażby system podatkowy. A ponieważ zyski z kapitału rosną szybciej niż zyski z pracy, nierówności majątkowe napędzają również nierówności dochodowe.
Dlaczego powinniśmy martwić się nierównościami? Przede wszystkim dlatego, że są szkodliwe dla gospodarki, ponieważ obniżają popyt konsumencki. Osoba zamożna nie potrzebuje więcej jedzenia niż osoba uboga, ale przeznaczy na nie inne kwoty; jeśli dochody rozkładają się w społeczeństwie w bardziej równy sposób, więcej osób jest w stanie sięgnąć po produktu luksusowe lub stołować się na mieście. Tymczasem koncentracja bogactwa obniża zapotrzebowanie na produkty i usługi, bo ilu samochodów potrzebują bogaci?