Serbia uroczyście zainaugurowała budowę swojego odcinka South Stream w listopadzie. Inwestycja - jak przekonywał m.in. prezydent Tomislav Nikolić - miała mieć znaczenie strategiczne i rozwojowe, krajowi miała zapewnić bezpieczeństwo dostaw energii, a jego mieszkańcom miejsca pracy. Jednak to rosyjskie przedsiębiorstwo stało się większościowym udziałowcem projektu, i to na dosyć zbójeckich zasadach. Można się domyślać, że stało się to za sprawą nacisków Moskwy.

Decyzja o przyłączeniu do Gazociągu Południowego przedstawiana była jako jeden wielki sukces. Tymczasem to sukces dosyć wątpliwy, bo zmieni się co prawda trasa tranzytu, ale nie dostawca surowca. Belgrad nie ma także żadnych gwarancji, że łączniki z państwami sąsiednimi zostaną wybudowane, co jest warunkiem roli Serbii w regionalnym rynku energii. Abstrahując już od faktu, kto czerpałby z tego większe zyski (nie Serbia bynajmniej), to wcale nie gwarantowałoby to taniej energii. A przede wszystkim z politycznego punktu widzenia utwierdziłoby rosyjską dominację nad Serbią, młodszą siostrą w słowiańskim prawosławiu.

Wymuszona przez Komisję Europejską decyzja Bułgarii o - przynajmniej chwilowym, choć pewnie docelowym - zawieszeniu prac nad South Stream wpłynęła także na rząd w Belgradzie. I choć początkowo popłynęły stamtąd sprzeczne sygnały - podczas, gdy wicepremier Mihailović mówiła o zawieszeniu prac, minister górnictwa podkreślał wagę tej inwestycji - teraz sytuacja się klaruje. Rząd mówi jednym głosem, że niezależnie od decyzji Bułgarii Serbia przynajmniej czasowo zawiesza prace. Mało tego, prezydent - ten sam ekspopulista i nacjonalista Tomislav Nikolić, który afirmował przyjaźń serbsko-rosyjską - podkreśla, że to droga do Unii Europejskiej jest narodową strategią Serbii.

Skąd zmiana decyzji? Z chłodnej kalkulacji i pośredniego szantażu Komisji Europejskiej. Poważnie podchodząc do planów eurointegracyjnych, Serbia zdaje sobie sprawę, że kontynuowanie prac nad South Stream i jednoczesne łamanie III pakietu energetycznego zaowocowałoby w przyszłości nałożeniem kar. A te z kolei sprawiłyby, że inwestycja przyniosłaby tylko potężną zapaść finansową. Nie mówiąc o tym, że byłby to sygnał prorosyjskiej orientacji Serbii. Serbia po prostu wystraszyła się konsekwencji - i finansowych, i politycznych.

A swoją drogą KE, pośrednio zmuszając Serbię do podjęcia takiej decyzji, wykazuje się niemałą bezczelnością. Serbia nie jest jeszcze bowiem członkiem UE, tymczasem poza nią w projekt zaangażowane są kraje członkowskie: Austria, Słowenia i Węgry. I im nikt jak na razie nie robi z tego tytułu wyrzutów. Poza tym żaden z unijnych projektów z dziedziny dywersyfikacji energetycznej nie obejmuje Serbii. Serbia nie otrzymuje też na to wsparcia unijnego, co jest właściwie kuriozalnym zaniechaniem.

Skoro UE angażuje się w pomoc polityce energetycznej Ukrainy, tym bardziej powinna pomóc Serbii, która jest już wszak krajem kandydackim. To jednak typowe niestety podejście Brukseli, która wobec Serbii przez całe lata stosowała metodę kija zamiast marchewki, jakby zupełnie nie była zainteresowana wciągnięciem Serbii do swojej strefy wpływów. Teraz ta szansa się pojawia, ale kolejny ruch - po geście dobrej woli ze strony Belgradu - powinien należeć do Unii. Tym bardziej, że Serbia dodatkowo została zrujnowana przez katastrofalną powódź i jak nigdy potrzebuje pomocy.

CZYTAJ WIĘCEJ: Bułgaria zawiesza prace nad South Stream >>>

ZOBACZ TAKŻE: Energetyka musi łączyć, a nie dzielić Unię Europejską >>>